sobota, 17 sierpnia 2013

[v] poziemska

Długość: 4 567 wyrazów.
Czas publikacji: 10 lipca - 17 sierpnia 2013 roku.

Pamiętam, że do tamtego poranka poniedziałek był w moim życiu dniem, którego zawsze wstawałam dwadzieścia minut później niż powinnam, w pośpiechu kompletowałam elementy garderoby, a następne blisko pół godziny spędzałam w łazience. Całą uwagę skupiałam na parzeniu kawy, której nigdy nie wypijałam, a później demolowałam połowę mieszkania w poszukiwaniu notatek. Wszystko działo się szybko, a pokonując w pośpiechu drogę do Opola, łamałam wszystkie możliwe przepisy.
Pamiętam również, że do tamtego dnia nikt nie miał prawa mi go zakłócać, połowę wykładów przesiadywałam, grając w Sudoku, a na listę wpisywałam możliwie wszystkie nieobecne osoby w auli.
Gdyby tego było mało zawsze rozładowywał mi się telefon przez co nie mogłam skontaktować się z nikim z Kędzierzyna by chociażby ustalić plany na najbliższy wieczór.
Tamten dzień od początku był jakiś wyjątkowy. Wstałam niewiarygodnie wcześnie i wymknęłam się ukradkiem z sypialni, nie budząc nawet czarnego, puchatego kota. Parzenie kawy nie wymagało tyle uwagi co zwykle, a sąsiad z góry nie odkurzał salonu (tak, o dziewiątej rano) przeraźliwie ryczącym odkurzaczem. Notatki leżały równo ułożone na blacie kuchennym, co również wprawiło mnie w nie lada osłupienie. W łazience spędziłam chyba tylko pięć minut, stwierdziłam, że kawa nie jest odpowiednia na sam początek dnia, dlatego nie zdziwił mnie fakt, że w przedpokoju wylądowałam z kubkiem herbaty i kawałkiem maślanej bułki.
Jedynym minusem było moje uwielbienie do łamania przepisów za któro dostałam trzysta złotych mandatu i cztery punkty karne.
Od pierwszej minuty zajęć nie mogłam skupić się dosłownie na niczym, a magiczna książeczka z grami Sudoku była w całości zapełniona.
I właśnie wtedy po raz pierwszy odezwała się Mirka.
-Judyta, musimy się napić. – jęknęłam.
Mirka miała to do siebie, że była osobą niebywale konkretną i bezpośrednią.
-Dominik mi się oświadczył.
-To musimy napić się podwójnie.
Napaliła się. Roznosiła ją energia, czego skutkiem był bolący nos i rozkruszone paluszki. Serowe. Moje ulubione.
-Mirka, czy do Ciebie coś dociera? Dominik.. – tu wyraźnie zaakcentowałam – się oświadczył.
-Dominik? Od kiedy Antonin ma na imię Dominik?
-Ziemia do Mirki. Z Rouzierem nic mnie nie łączy. To tylko..
-Przyjaciel, który szuka byle pretekstu by Cię przelecieć. Tak, rozumiem.
Franca.
-A rozmawiałaś już dzisiaj z tym swoim Francuzikiem?
Pamiętam, że wtedy właśnie się zakrztusiłam i kaszląc, próbowałam złapać oddech po czym teatralnie uderzyłam ręką w czoło.
-Dziś poniedziałek. W poniedziałki dla siebie nie istniejemy.
Pamiętam również, że do tamtego popołudnia właśnie tak było. Mieliśmy swoje niezapisane zasady, którym bacznie przestrzegaliśmy. Tylko wtedy wszystko diabli wzięli, bo mój telefon wcale nie był rozładowany a na jego wyświetlaczu widział napis: Anton dzwoni. Niech to szlak.
-Antonin?
-Mała, lubisz spełniać marzenia?
W słuchawce zapanowała cisza, a ja słyszałam tylko głośne bicie mojego serca. Chyba powinnam coś powiedzieć. Chyba.
-Lecisz ze mną do Francji, Judi.
Idziemy pić, Mirka. – nakreśliłam tylko na końcu notatnika, wciąż milcząc.

/

-Judith, leć ze mną.
Kiedy pięćdziesiąt minut po znalezieniu mnie przez Rouziera w klubie, w którym rzekomo świętowali awans do Final Four usłyszałam trzeci raz tamtego poniedziałku prośbę: Judith, leć ze mną poważnie się załamałam.
W tamtej chwili wydawało mi się, że musi być naprawdę naiwnym człowiekiem, myśląc, że mogę z nim gdziekolwiek jechać.
Zdanie zmieniłam jednak tuż po tym jak do mnie podszedł, pogładził po policzku, wyszeptał prosto w wargi: Judi, leź ze mną a później przesunął twarz i uśmiechnięty dodał: Proszę.
I tak to wszystko się zaczęło.

/

Oddycham, oddycham. Nie oddycham.
-Anton, ja się boję. Boję się.
Ręce drżą, gorąca herbata je parzy, a na twarz wdziera się grymas bólu, który normalnie towarzyszy tylko przy patrzeniu na czekoladowy placek z rabarbarem, którego szczerze nie cierpię.
-I poparzyłam się. Patrz.
Śmieje się, wprowadzając w osłupienie praktycznie pół Sali przylotów i ignoruje moją panikę, włączając komputer. Obrażona siadam na krzesełko, ale kiedy kilka minut później Anton loguje się na facebooka, a na stronie głównej pojawia się jego(?) zdjęcie z wielkim nagłówkiem: Francuz jednak coś potrafi wybucham szyderczym śmiechem i szczypie towarzysza w udo.
-No ciekawa jestem co? – pytam wycierając kąciki oczu z łez.
Rouzier pochyla się delikatnie do przodu i odgarnia z mojej twarzy włosy, po czym z nonszalanckim uśmiechem rzuca:
-A chcesz się przekonać?
Nie chcę, Anton. Nie chcę. Znaczy chyba.

/

-Powiesz mi, Panie Ważny, po co ja Ci tam?
-Powiem.
Tak, wiem, że z tą uniesioną brwią wyglądam jak idiotka, nie musisz tak na mnie patrzeć, Francuziku.
-Nie teraz.
-Dlaczego?
-Bo uciekniesz.
No to mnie zachęciłeś do tego wyjazdu Panie Rouzier, naprawdę. A w zdaniu jeszcze bardziej utwierdziły mnie słowa: Pobawisz się w moją narzeczoną, które Antonin wypowiada dziesięć minut później, po wejściu na pokład samolotu.
-Co?
Oddychaj, Judyta.
-Poznaliśmy się w Poitiers. Dwa lata temu.
-Wiem.
-Zamknij się. – karci mnie wzrokiem.
-Ślicznie się odzywasz do miłości swojego życia, ślicznie.
Tak tylko mruczę. Z przekąsem. Zagryzając czekoladowe orzeszki.
-Ograniczam.
-Żadna naiwna Ci nie dała?
-Judi, czułe słówka ograniczam. – uśmiecha się pokrzepiająco.
-Boże, dała Ci? – piszczę, zakrywając twarz dłońmi.
-Poznaliśmy się w Poitiers.
Zignorował mnie!
-Dwa lata temu. Ja grałem w tamtejszym klubie, odnosiłem sukcesy.
Buc.
-A ty studiowałaś to co studiowałaś. A co ty właściwie studiowałaś?
Błąd językowy. Jak Cię chowali w tej Francji, człowieku?
-Dobra, nieważne. Pod koniec sezonu bardzo się zbliżyliśmy. Już wtedy coś między nami iskrzyło, Judi. Dlatego przeniosłem się do Kędzierzyna. Oświadczyłem Ci się, byłaś strasznie szczęśliwa.
-No, ciekawa jestem z której strony.
-Judi, bądź grzeczna i nie pyskuj, bo za chwilę będzie Ci się chciało tulić, a ja mogę stać się bardzo oporny.
Peszy mnie. Nawet bardzo, po czym z triumfalnym uśmiechem odwraca się w stronę stewardessy, prosząc o wodę.
-Przeleciałbyś ją, co? – patrzy na nie jak na idiotkę. No co?
-Nie mogę, mam narzeczoną.
Nie myśl, że punktujesz, Anton. Uśmiecha się tylko delikatnie i kładzie dłoń na moim udzie. No chyba Cię pogięło Rouzier.
-Śpiący jestem.
Kiedy po dwóch godzinach lotu budzę obrażonego (nie wiem dlaczego) Antonina, a ten zdezorientowany wbija mi w brzuch łokieć, syczę z bólu i oburzona zdzielam go po łapach. Spogląda na mnie naburmuszony, kręci z politowaniem głową po czym obejmuje MNIE w pasie i kładzie się na MOIM ramieniu. Niedoczekanie Twoje!
-Rouzier, ląduję. – pstrykam placami jakbym co najmniej odkryła Amerykę. Nie dziwie się, że Anton mnie wybrał. Jestem taka mądra.
-Ląduj gdzie indziej.
Słodko. Paryż mam za oknem.

/

Herbatniki są niedobre. Suche, mdłe, a roztopiona czekolada nie dość, że lepi całe palce to dodatkowo zostawia ślad na białej, luźnej koszulce. Szlak.
-Sierota.
Tak, Antoś i ta sierota zaprezentuje się w takim wyglądzie Twoim rodzicom. To naprawdę słodkie, że tak się tym wszystkim przejmujesz. Wstaję, a kiedy patrzy na mnie z uniesioną brwią, szepczę tylko:
-Idę się przebrać.
-Idę popatrzeć.
Chciałbyś. Uśmiecham się czarująco (o ile tak potrafię), wyciągam z walizki pierwszą lepszą koszulkę i wchodzę do pobliskiej toalety.
Wszystko byłoby w porządku gdyby nie istotny fakt, że po odkręceniu wody z kranu tryska ciecz, która moczy mnie do ostatniej suchej nitki. Wcale nie jestem mokra. Nic a nic. Niech Cię szlak, Francuziku. Wszystko kwituje soczystym kurwa – kultura polska we Francji musi zawitać, a kiedy opuszczam pomieszczenie i staję naprzeciw Antka ten krztusi się makaronem, który właśnie je. Pięknie. Jeszcze kogoś zabiję dzisiaj.
-Co się stało?
-Myślałam, że polskich lotnisk nic nie przebije, ale bardzo szybko nas gonicie.
Wcale nie chciałam być złośliwa przy otaczających mnie Francuzach, ale jakoś nie mogłam się powstrzymać. Niech ma Żabojad  za swoje.
-Idę się przebrać. – powtarzam.
-No tym razem to popatrzeć idę na pewno.

/

Jest zimno. Za zimno jeżeli pod uwagę bierzemy, że kalendarz wskazuje piąty miesiąc roku, a moje ramiona okrywa gruby, czarny płaszcz, który kupiłam cztery dni temu na wyprzedaży, bo fioletowy nie zawsze do wszystkiego pasował.
Zmęczona (bo dwie godziny lotu to dużo, prawda? I nie, nie obchodzi mnie, że siatkarze mają gorzej) opieram się o walizkę francuza, szczelniej opatulając się okryciem.
-Zachciało Ci się nosić same płaszczyki i bluzeczki, które ciągle plamisz, niezdaro skończona. – przytula mnie do siebie, uśmiechając się szeroko.
Bardzo szeroko. I przerażająco miło. Ale to nie jest wcale najgorsze. On się pochyla. Delikatnie i do przodu, a później zachłannie wpija się w moje wargi, całując tak zapamiętale, że czuje to w końcówkach palców. O zgrozo.
-No i nie, nie, nie. Nie możesz tak wyglądać za każdym razem kiedy Cię całuje, RYBO. Musisz być naturalna i czerpać z tego jak najwięcej przyjemności, RYBO.
-Czerpię. Popatrz jaka jestem szczęśliwa.
Judyta, mistrzyni sarkazmu 2013 roku.
-W ogóle dlaczego Ty mnie całujesz?
-Nikt nie uwierzy, że jesteś ze mną, bo, O, wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła.
-Antoś, bo my nie jesteśmy razem. Kiedy to ogarniesz?
Nie odpowiedział.

/

Mdło. Jest mi tak cholernie mdło po przekroczeniu progu Antonowego domu, że mimowolnie mam ochotę zniknąć lub co najmniej się rozpłynąć. Powoli, bezszelestnie się cofam, a kiedy wreszcie czuje na plecach opór Antkowego ciała oddycham głęboko po czym spomiędzy moich warg wypływa cichy jęk.
-Stresujesz się jakbyś rzeczywiście co najmniej miała poznać swoich prawdziwych teściów.
Przemilczę to.
Antonin mnie dotyka. To znaczy nie, że dotyka-dotyka tylko łapię za rękę, dodając strzępkę odwagi, która potrzebna jest mi bardzo, bo boję się, że to nie wyjdzie, rozsypie się i plany, w które wbrew pozorom włożyłam nieco starań i energii upadną zakopane gdzieś pod fundamentami domu państwa Rouzier, bo z rodzicami Dominika było troszkę łatwiej i bezpieczniej. To mama Witczaka wparowała kiedyś do Dominikowego mieszkania, kiedy biegałam po kuchni jedynie w koszuli z numerem trzy na plecach sięgającej ledwie ud, siejąc spustoszenie.
A teraz się boję. To znaczy bałam, do czasu, bo kiedy kilka minut później czuje na sobie dotyk tulącej mnie na powitanie mamy Antona, zwanej Nette, obawy tak jakoś same zostają zepchnięte gdzieś pomiędzy pytanie Czy ten czerwony żakiet pasuje do tej nowej małej czarnej z kokardką, którą kupiłam w Opolu, bo nie chciało mi się siedzieć na tych durnych zajęciach a Gdzie jest fabryka tych dobrych, słodkich cukierków, które sprzedaje Pani Grażynka w sklepie obok?
Anton mnie tuli. Tuli tak miło i subtelnie, że automatycznie czuję ciepło rozchodzące się po całym ciele już nie wspominając o bezpieczeństwie. Jest fajnie, nawet bardzo, pomijając napór oczu Francuz, wmuszenia przez ojca Rouziera we mnie mięsa, bo jak to mówi jest potrzebne i pytanie Pani Nette, które powoduję taką ciszę, że słychać chyba tylko głośne bicie mojego serca.
-Dzieciaczki, a wy się staracie już o te dzieci czy jeszcze za wcześnie?
Krztuszę się. Naprawdę się krztuszę. Momentalne czuje jak kawałek przełykanego pomidora zastyga mi w gardle czego konsekwencją jest niekontrolowane kaszlnięcie. Rumienię się. Czuję to i wiem, że nie jest to wcale spowodowane owym wypadkiem, lecz poczuciem beznadziejności jakie czuję względem ludzi, którzy właśnie mnie otaczają, bo nagle wydało mi się, że okłamywanie rodziców Antka jest czynem tak złym, nieodpowiednim i okropnym, że mam ochotę zapaść się pod ziemię. A jeszcze bardziej utwierdza mnie w tym dłoń Rouziera, którą czuje na udzie, szukająca tej mojej i cichy szept.
-Nie, na to jeszcze za wcześnie.

/

-Stop, Antoś. Nie było mowy, że mam z Tobą spać w jednym łóżku.
Głos mi się łamie, ręce opadają, a bolerko, które jeszcze dwie minuty temu miałam na sobie spada na ziemię.
-Judi, ale śpi się tylko we dwójkę.
Uśmiecha się cwaniacko, obejmując mnie w pasie, a opuszkiem palca jeździł po moim brzuchu.
-Um, czyli to było podstęp. – pytam ukrywając uśmiech.
-Judi, tutaj czeka na Ciebie jeszcze wiele podstępów. Cały ten wyjazd jest podstępem!

/

Wystarczyła jedna noc (siedem godzin) spania biodro w biodro z Antoninem by utwierdzić się w przekonaniu, że ten pomysł od samego początku miał na swoim koncie więcej minusów aniżeli plusów.
Przed północną rozmowę z moim „narzeczonym” kompletnie nie mam sił by nawet wstać, a dodatkową przeszkodą jest ciężar Francuza na moim ciele. Powoli, bardzo powoli żeby nie doznać szoku otwieram oczy i co widzę? Rouziera. Rouziera, który leży na mnie całymi swoimi dziewięćdziesięcioma siedmioma kilogramami wagi i uśmiecha się przez sen. Gdybym nie miała na imię Judyta i prawdziwego narzeczonego w Kędzierzynie chyba mogłabym się… NIE. Nic bym nie mogła. Romantycznie. Gdyby ktoś z rodziny Antonina wszedł do pomieszczenia w tym momencie miałby potwierdzenie, że jesteśmy razem. To znaczy nie jesteśmy.
Przekręcam głowę i zauważając, że jest dokładnie 8:12 szczypię siatkarzynę prosto w jego zgrabny tyłek, a ten porusza się tylko po czym dalej słodko śpi. No chyba sobie kpisz, Francuziku.
-Anton, paziu francuski, wstawaj.
Zabiera dłoń z moich piersi (co ona tam w ogóle robiła?!), delikatnie przeciera nią twarz i mrużąc jeszcze lekko oczy spogląda na mnie z przekrzywioną głową, szczerząc się chyba najbardziej jak może.
-Kto, francuzki?
-Anton, możesz ze mnie zejść? I zabrać ten łokieć, bo mi się wbija, um, w brzuch.
Uśmiecha się jeszcze szerzej o ile w ogóle można i wodzi palcem po MOIM dekolcie nic sobie nie robiąc z MOICH protestów.
-Ciesz się, że tylko w brzuch. – mówi i pstryka mi palcem w nos.
-Idiota.
-No dobra, ale mogę Cię jeszcze trochę pomacać?
-Antek, bo Ci huknę!
To się przejął.
-Lubię, kiedy jesteś taka delikatna.
-Ciekawe czy będę delikatna jak wsadzę Ci kij bejsbolowy gdzieś, w coś. Jak myślisz, Anton? Będę delikatna?
-Nie bądź taka agresywna. Pociągająco wyglądasz w tej koszulce. Powinnaś częściej w niej sypiać.
Marszczę delikatnie czoło, a on unosi tylko dłoń i zaczyna obracać wokół palca kosmyk moich jasnych włosów intensywnie się we mnie wpatrując. Spałam w jego koszulce, ale to długa historia.
-Rouzier.
-Tak, właśnie. Do twarzy Ci z moim nazwiskiem.
-Antek.
-A jak kiedyś się już hajtniemy to zmajstrujemy sobie te dzieciaki, o które tak wypytują rodzice i ta liczba – tu wskazuje na mój brzuch. – też nabierze znaczenia.
Patrzę mu głęboko w oczy i wybucham głośnym śmiechem, który wywołuje u mnie łzy. Antonin ma dziwne skłonności do planowania naszej przyszłości. NASZEJ. Nonsens. Oburzony gniewnie opada na materac obok i głęboko oddychając, wpatruje się w sufit.
-Antoś, przepraszam, ale pieprz się. – poważnieje, ale widząc jego minę szybko się rozluźniam. W tym samym momencie podrywa się gwałtownie i opiera głowę na łokciu zwrócony w moją stronę. Uśmiecha się szeroko i znowu bawi się moją-swoją bluzką, co wbrew pozorom sprawia mi przyjemność. O zgrozo.
-Pieprz się? Tak już? Nie muszę robić podchodów?
Skąd się tacy ludzie biorą?
-Nie musisz. Pieprz się, pieprz z kimkolwiek, ale..
-Ale ja chcę z tobą.
-Boże, Rouzier, ale Ty..
-Judi, zdecyduj się czy Bóg czy Rouzier. Bogiem seksu co prawda jestem, ale przecież tego jeszcze wiedzieć nie możesz.
Właśnie chciałam powiedzieć, że jest monotematyczny, ale zaniecham.
-Koniec, idę się kąpać.
-No czekaj. To idę z tobą. – spoglądam na niego z uniesioną głową. – Dobra, innym razem. 

/

-Anton. – szepczę cicho i wtulam się z całych sił w jego ramiona dodatkowo wdychając woń męskich perfum. – Co jak co, ale przytulać się to ja do Ciebie lubię.
Uśmiecham się czego on zauważyć raczej nie może przez zasłaniający mu materiał bluzy. Czochra mnie po włosach (chociaż dobrze wie, że tego nienawidzę) i wybuchając głośnym śmiechem, całuje mnie w czubek głowy.
-A Ty się dobrze czujesz? – pytam zdziwiona.
-Co jak co, ale do zdjęć to pozować też lubisz. – uśmiecha się cwaniacko i wskazuje palcem w bliżej nieokreślonym kierunku.
-Anton. – krzyczę, uderzając go po łapach. – Tak nie można.
-Chodź coś zjeść.
Uśmiecham się, a dziesięć minut później okazuje się, że „bliżej nieokreślonym kierunkiem” był fotograf.
Boziu, daj mi sił.

/

-Anton, nie mam się w co ubrać.
Stoję na środku pokoju owinięta jedynie ręcznikiem, przestępując z nogi na nogę. Nie żebym się denerwowała. W ogóle. Spogląda na mnie z uniesioną brwią i wybucha perlistym, takim lekkim śmiechem. Jestem kompletnie zdezorientowana, a kiedy podchodzi do mnie, wyjmuje z dłoni telefon i po upływie zaledwie kilku sekund mówi do słuchawki: Ingrid jesteś mi potrzebna już kompletnie nie wiem o co chodzi. Kończy połączenie, całuję mnie w skroń, szepcze: Gdyby nie fakt, że się śpieszymy, próbowałbym Cię brać tu i teraz i obiecując, że za chwilę wróci, wychodzi. Lustruje wzrokiem cały pokój i nie zauważając żadnego punktu zaczepienia zrezygnowana opadam na krzesło. Nigdy nie potrafiłam rozgryźć Antonina, ale czasami w najmniej oczekiwanym momencie najbardziej zaskakuje.
Kiedy dziesięć minut później staje w drzwiach, trzymając pakunek, układam wargi w popularną literę „O” i wyglądam zapewne jak ryba. Podchodzi do mnie z triumfalnym spojrzeniem, wyciąga z opakowania smukłą błękitną sukienkę i mówi tylko: Idealnie pasuje do tych twoich patrzałek. Zaskoczona skaczę mu prosto w ramiona, a ten niewzruszony moim ciężarem okręca się wokół własnej osi, mówiąc:
-W taniej, francuskiej komedii właśnie spadłby Ci ręcznik.
Wiedząc, że jesteśmy już mocno spóźnieni stawia mnie na ziemi i intensywnie przeszywa swoimi tęczówkami. Delikatnie mrużę oczy, próbując wymyślić czy znaleźć jakieś wytłumaczenie, rozwiązanie żeby usprawiedliwić jego zachowanie, ale mocno chwyta mnie za policzki, czym brutalnie przywołuje do rzeczywistości. Impulsywnie strącam dłonie Francuza, zauważając jak powoli nachyla się do przodu, odwracam się, zabieram z łóżka prezent i uciekam do łazienki, by nie pozwolić sobie na słabość w postaci tych głupich, tandetnych łez, które powoli zbierają się w kącikach oczu.
-Judi, przepraszam.
Gdy po upływie kilku minut gotowa do wyjścia wybiegam z pomieszczenia, szczerze się uśmiechając by dodać Antoninowi pewności, że tamto zdarzenie nic nie znaczyło zastaję tylko ciemność. I jeszcze pustkę. Z mojej krtani wydostaje się jęk zawodu, który zgrywa się z trzaśnięciem drzwi, które nieumyślnie pchnęłam z dużym impetem.
-Pani Nette, gdzie jest Antonin? – pytam, bo w domu go nie było na pewno.
-Och, Judith, ślicznie wyglądasz. – urywa, owijając szyję chustką, która świetnie podkreślała kolor jej oczu. Kolor oczu Rouziera. – Prosił byś zaczekała. – dodaje zbliżając się do wyjścia, a w tym samym momencie pojawia się Anton.
-Szczerze?
-Szczerze.
-Wolę zostać tutaj z Tobą, w domu, zapijając smutki niż tam grać. Rozumiesz?
-Rozumiem.
I zostajemy. Śmiejemy się, rozmawiamy, a kiedy włącza kolejny odcinek Seksu w wielkim mieście, który szczerze uwielbia opadają mi ręce, rzucam popcornem w telewizor i oblewam Antkowy tors winem. Jednocześnie. I naprawdę czuję się swobodnie. I naprawdę Anton nie prawi mi żadnych kazań, że jestem nieuważna, niezdarna, a u kwiatka w mojej sypialni na palcach u jednej ręki można zliczyć wszystkie liście. Nie ma pretensji, że będzie musiał wyrzucić swój ulubiony, fioletowy podkoszulek do śmieci i rano obudzi się z kacem, chociaż i tak ja bardziej będę odczuwać skutki dzisiejszej nocy. Nic nie ma.
-No bo widzisz, Carrie była okropna. – mówi nagle, tak niespodziewanie, że krztuszę się ostatkiem napoju. To takie niecodzienne, bo przez całą resztę wieczoru milczał.
-Nie Anton. To Mr Big ją zostawił. To Mr Big wyjechał i to Mr Big chciał te dwa dni w tygodniu wolne. To on był podstępny, zakłamany i nieczuły. To on sprawił, że pokochała raz. I to on spowodował, że nie będzie kochać już nigdy więcej. Nie Carrie. On.
Wybucham kompletnie nie kontrolując tego co mówię czy robię. Czuję tylko jak gwałtownie łapie mój nadgarstek i z całej siły przyciąga na swoje kolana a ja opadam na nie z cichym plaśnięciem.
-Będziesz tą czułą, fajną Carrie, Judi? – szepczę tak cicho i słodko, patrząc na moje usta i przygryzając wargi.
-Nie wiem czy potrafię być taka, Anton. – odwracam wzrok, szukając punktu zaczepienia, którym okazuje się jakże ciekawy zestaw zdjęć na tablicy korkowej w jego pokoju. Słodko.
-Patrz mi w oczy, Judi. Nawet na to Cię nie stać? – parska, niedowierzająco kręcąc głową. I wcale nie drgam, kiedy chwyta mnie za brodę i kładzie kciuk na moich ustach, ale zaskoczona jestem. – Judi. - Jego szept ginie wśród krzyków bohaterów serialu, gdy stykam jego usta smakujące jeszcze czekoladą i słodkim winem z moimi, lecz przestaje na nie napierać, słysząc ten charakterystyczny dzwonek telefonu, który zanika gdzieś w zakamarkach ciemnego pokoju.
-Dominik.
-Zostaw. – szepczę, mocniej napierając na moje wargi. I czuję się źle i niedobrze, bo wiem, że nie powinno to powodować dreszczy, przyśpieszonego oddechu, a już na pewno sprawiać przyjemności, kiedy delikatnie przygryza skórę szyi i obojczyków. Mrużę delikatnie oczy, odchylając głowę w tył, a kiedy czuję jak rozpoczyna wędrówkę dłońmi od ud, powoli sunąc pod materiałem sukienki do góry aż po szlufki stanika, o który wyraziście zahacza zadaję pytanie, którego zapewne będę żałować przez najbliższe sto lat. No o ile przeżyję.
-Anton, czy my będziemy się kochać?
-Tak, chyba tak.
Kochać, nie pieprzyć. Kochać. Kochać się.

/

-Śpij. Nie wierć się.
Tak, Anton. Miłe powitanie. Znowu jest mi zimno, znowu boli mnie głowa i znowu czuje ciężar Antonowego ciała. Ała.
-Umieram.
W dodatku jest okropnie mdło, a powieki wydają się tak ociężałe, że nawet nie próbuję ich podnosić. Nie chcę przegrać walki na dobry początek dnia.
-Byłem aż tak dobry?
Uśmiechnął się. Na 88,8 %.
-Dobry to ty możesz być w plewieniu rzodkiewki.
-Byłem rewelacyjny? – westchnął. Oj, bo się podniecisz Rouzier.
-Ujdziesz w tłumie, ale możesz się już odsunąć.
Nie muszę otwierać oczu by wiedzieć, że marszczy czoło, zwęża brwi i z miną oburzonego chłopca, któremu sprzed nosa zabrano dopiero kupionego lizaka podnosi się opierając głowę o swoją rękę.
-Za grosz romantyzmu. – Fuka.
Odwracam się do niego tyłem i w błogiej ciszy próbuje udać się w objęcia Morfeusza, lecz po kilku sekundach zdaję sobie sprawę z bardzo istotnego faktu.
-Um, Anto, dlaczego ja jestem naga? – pytam, unosząc się z prędkością światła.
Zapomniałam kiedyś wspomnieć, że nienawidzę momentów, kiedy człowiek uświadamia sobie prawdę, a przed oczami przelatują mu urywki setek wspomnień, minionych przeżyć. 
-O kurwa.
-Także. Także byłem dobry.
-Byłeś dobry, Anton. Przecież ja Cię zabiję. Przeleciałeś mnie. Jak mogłeś mnie przelecieć?
Podrywam się gwałtownie, opatulając kołdrą, a kiedy Antonin wypowiada ze śmiechem: Widziałem Cię przez pół nocy nago przeszywam go najbardziej morderczym spojrzeniem na jakie mnie obecnie stać, a on rozkłada bezradnie ręce z miną niewiniątka. No chyba sobie kpisz.
-O nie Judyta. To ty pierwsza mnie pocałowałaś.
-A ty Anton do tego przez cały czas zmierzałeś. Przyznaj się, że od początku wyjazdu miałeś wszystko idealnie poukładane  i po kolei tylko skreślałeś kolejne pozycję z tej swojej wyimaginowanej listy. Najpierw ją tutaj przywiozę, cały czas będę mamił tymi swoimi słówkami, kupie wino, osiągnę ten swój zamierzony cel i wszystko będzie idealnie. Otóż idealne nie jest nic.
-Przecież każdy wiedział, że w końcu się z tobą prześpię. – łapię łapczywie powietrze. – Nawet ten twój narzeczony, dlatego nie chciał się zgodzić na ten wyjazd, dlatego Cię tak kontroluje i dlatego również chcę odejść z Zaksy. Czy ty naprawdę nigdy nie zauważyłaś, że chcę Cię zabrać jak najdalej ode mnie?
-Wracam do Polski.
-Myślisz, że to coś zmieni? I co dalej?
-Trzeba było pomyśleć o tym zanim.. zanim zrobiłeś to co zrobiłeś.
I może mój głos ociekał ironią, a w głowie kołatała się myśl, że zwalam całą winę na niego, ale czując łzy, które powoli zaczynają wypływać z kącików oczu, wybiegam do łazienki, po czy puszczam ciepłą wodę, której wysoka temperatura wywołuję parę. Nigdy nienawidziłam dennych telenoweli, w których Jasmine była córką Florentina, a ten z kolei był mężem jej ciotki, potajemnie kochającej się w Raphaelu. Jeszcze bardziej nienawidziłam nudnych love story, które kończą się zdaniem: Żyli długo i szczęśliwie. A już w ogóle nie wspomnę o wpadających niespodziewanie do łazienki francuzach, którzy klękają przy wannie na której właśnie siedzimy, zimnymi dłońmi łapią nas mocno za policzki i bez zawahania z całych sił wpijają się w nasze wargi. I całują bardzo zapamiętale.
-Nie byłaś obojętna na ani jeden gest, wiesz. Kocham Cię. To też wiesz.
Przymykam delikatnie oczy i oddychając ciężko, zakręcam gorącą wodę.
-Wyjdź.

/

Pożegnałam się z rodzicami Antonina, ale mimo wszystko nie czuje ulgi, która właśnie pojawić się zdecydowanie powinna. Jest tylko pustka, a obok niej, bardzo blisko obawa. Jednak gdzieś tli się jeszcze wsparcie, którego adekwatnie nie powinno być. Jest obecność Antonina, bo czuję jego długie palce w dłoni. I naprawdę ta ręka wiele znaczyła.
-Jeszcze tylko jedna romantyczna scenka i uwolnisz się ode mnie. – mówi przez zaciśnięte zęby, uśmiechając się sztucznie. Bardzo sztucznie, ale ten gest dla wielu ludzi wydawał się niesamowicie szczery i pełny uczuć. Niby charakteryzował tą miłość do mnie, ale ja parskam na samą myśl o niej. Automatycznie i przysuwam swoje ciało bliżej niego.
-Anton, proszę Cię odpuść, bo zrobię Ci krzywdę, wiesz? Jak wyjaśnisz rodzicom mój późniejszy brak w twoim życiu?
-Późniejszy brak?
-Tak. – szepczę przez zaciśnięte gardło, wiedząc, że to tak kryje wiele niewypowiedzianych słów, które powinny paść już dawno.
-Powiem, że mnie omamiłaś, świata poza tobą nie widziałem. Wymyślę coś.
-Wyjdę na..
-Tego przecież właśnie chciałaś, prawda?
-Chciałeś mieć haka na Witczaka, prawda? – Jedynym faktem, który chciałabym wyeliminować z tej sytuacji jest parzący dotyk Rouziera i ewentualnie jeszcze to mocne szczypanie w kącikach oczu, które zwykle pojawia się tylko przy krojeniu dużej cebuli albo oglądaniu tanich komedii romantycznych. Nie chciałam widzieć tych jego błękitnych oczu ani czuć jego spragnionych warg na ustach. A całował przecież obłędnie.
-Chciałem Cię mieć, Judi. Nie chciałem być gorszy od niego.
-Kiedy ty wreszcie zrozumiesz, że on mnie kocha? – pytam, przelotnie całuję jego spierzchnięte wargi i doskonale wiedząc, że nie ustąpi bez słowa ruszam przed siebie głęboko oddychając. Czuję jego dłonie na nadgarstku i oddech na szyi, a jego twarz znów znajduję się zdecydowanie za blisko.
-Ja też Cię kocham. I tu wcale nie chodzi o to żeby dokopać Dominikowi. Kocham Cię, Poziemska. Rozumiesz? Gdybyś miała mnie w dupie nie zgodziłabyś się na to wszystko. Nie przyjechałabyś tu, nie przespałabyś się ze mną, bo oboje wiemy, że wcale tak dużo nie wypiłaś. Oboje znamy twoje możliwości, Judi. Ja Cię tylko omotałem, omamiłem, ale do tamtego momentu to stało na porządku dziennym. Gdybyś go kochała byłyby wyrzuty sumienia, a ich nie ma. – milknie, głośno wypuszczając powietrze. – On czy ja, Judi?
-Anton.
-On czy ja?
-On.

/

-To nie to Dominik, rozumiesz? To jednak nie to. Nie czuję tego samego. Nie czuje tego co czuć powinnam. Nie ma tej magii, bo nie ma mnie tutaj z tobą. To znaczy jestem fizycznie, ale myślami wciąż tkwię tam, w Paryżu.
Wstaję i z przepraszającym wzrokiem częstuję go ulubionymi prażynkami, a on odsuwa kolorowe opakowanie i przytula mnie z całych sił, gładząc długie włosy.
-Właśnie mnie rzuciłaś?
Odsuwam jego ciało na długość ramion i potakująco kiwam głową, a on ucieka wzrokiem i tylko na zmianę otwiera i zamyka usta. Szepczę ciche przepraszam, które na tle ostatnich wydarzeń jest chyba niczym i zakładając szarą bluzę, wychodzę. Wychodzę, zamykam delikatnie drzwi, zbiegam ze schodów i siadam na ostatnim schodku klatki schodowej, ukrywając twarz w dłoniach.
-Jesteś dupkiem, Anton. – mówię do słuchawki, chociaż dobrze wiem, że nigdy nie odsłuchuję poczty. – Jednym, wielkim dupkiem. I nie będę przez Ciebie przeklinać, bo mi nie wypada. Jestem kobietą, a ty mimo wszystko wciąż skończonym dupkiem, którego bardzo nienawidzę. I nie lubię tego jak się puszysz. Strasznie. I słyszałam, że zerwałeś kontrakt, bo wyjeżdżasz. Fajnie. Decyzja twojego życia, kuźwa. Anton, miałam nie przeklinać! – krzyczę i naciskam guzik zakończ, doskonale wiedząc, że to połączenie będzie kosztować mnie fortunę.
Nigdy nie miałam dobrych pomysłów już nie wspominając o ich oryginalności. Zauważając kolorowy rower, którego nie dotykałam od kilku dobrych lat wsiadam na niego i po prostu jadę. Jadę ile sił w nogach i nie przeszkadza mi deszcz, pojedyncze pioruny i silny wiatr, który doszczętnie niszczy mój staranny makijaż. Jednak po przejechaniu niecałego kilometra zatrzymuję się i z impetem popycham rower. Któraś z kolei próba dodzwonienia do przyjaciółki kończy się krzykiem: Mirka odbierz! i rzuceniem telefonu w wysokie krzaki, którego odnalezienie zabierze mi zapewne co najmniej dziesięć minut z życia pod warunkiem, że przestanie padać. Siadam, ale słysząc charakterystyczny dźwięk noki, skaczę w zarośla i dokładnie po: a) wybrudzeniu spodni do ostatniego milimetra kwadratowego b) złamaniu dwóch paznokci c) zadrapaniu policzka, z którego powoli zaczyna sączyć się krew, krzyczę:
-Mirka, idiotko, nienawidzę Cię. Jezu, przecież ja Cię nie cierpię! Rozdarłam nogawkę, rozmazałam cały makijaż, złamałam trzy paznokcie, przebiłam oponę w rowerze i chyba zalałam telefon, który rzuciłam w krzaki, bo Ty nie odbierałaś swojego, łaskawco. Nienawidzę Cię.
-Sens.
-Anton?
-Anton. Czego Pani chcę?
-Ciebie chcę.
-Ale mnie nie można chcieć.
-To chyba jednak zaleje ten telefon całkowicie.
-Nie znoszę Cię.
-Też Cię kocham.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz