czwartek, 3 lipca 2014

[i] stratami

Długość: 15 130 wyrazów.
Czas publikacji: 20 kwietnia - 3 lipca 2014.

Każdy wie, że oba miesiące wakacyjne mają po trzydzieści jeden dni. To podobno dużo, ale młodzież cechuje fakt, że zawsze narzeka na ich krótkotrwałość, bo przecież, zanim się obejrzą pojawia się wrzesień, okropna szkoła i szpetni nauczyciele. Dla Poli perspektywa powrotu do więzienia, które obowiązywało przez dziesięć miesięcy każdego roku, była atrakcyjna, ale nie wiadomo czy mówiła tak tylko po to żeby spławić natrętnych kolegów, czy dlatego ponieważ promile, które zdążyła już w siebie wlać, zanim przybyła większość gości, działały na nią zbyt pobudzająco.
Impreza, którą dość przypadkowo zorganizowała z nią Eliza, była dla Poli idealną okazją żeby się napić, nie będąc jednocześnie z tego rozliczaną przez otoczenie ani nawet własne sumienie, bo czuła, że w końcu ma ku temu powód. I nie chodziło jej tu nawet o kończące się lato i wakacje, ale chęć osiągnięcia chociaż chwilowego zapomnienia o sprawach złych i ciążących jej na sumieniu od dłuższego czasu. Chęć swoistej ucieczki, za którą nikt jej nie potępi, bo nie będzie miał powodów ani prawa by to zrobić.
Tak więc Pola wciąż piła, czując jak w kącikach jej oczu co jakiś czas gromadzą się łzy, ale za żadne skarby świata nie pozwoliła im przekroczyć granicy poza którą mogłyby zostać zauważone. Nie lubiła tego typu imprez, na których otaczały ją same miziające się ze sobą pary lub dominuje większość abstynentów, ale cóż, liczyła się kwestia przyzwyczajenia, a ona przecież przywykła do tego, że musi radzić sobie sama. Od jakiś trzech miesięcy. Tak więc radziła sobie sama, a przynajmniej starała się, do czasu, kiedy drewniana ławka tuż przy ognisku, okupowana przez Pole od kilku godzin, nie ugięła się pod ciężarem Antka, który nie wiadomo skąd na owej imprezie się pojawił i jeszcze nonszalancko mówił do niej Cześć. Pola nie odpowiedziała, bo była w szoku. Nie odpowiedziała również dlatego, bo zastanawiała się, czy aby na pewno na liście jej gości nie było jego nazwiska, ale nie – nie było go na pewno, dlatego jeszcze szerzej otworzyła usta by wyrazić swoje niemałe zdziwienie. Wiedziała, że to niekulturalne, ale trudno - w swoim życiu zrobiła już wiele niekulturalnych rzeczy i musi z tym dalej żyć, więc dlaczego teraz miałaby tego żałować? Pole powoli już przerastały rzeczy pokroju żałuje, a już szczególnie wszystkie dotyczące Antka, który w jej mniemaniu był wtedy słodki. A przynajmniej w słodki sposób uniósł jej szczękę delikatnie do góry, zamykając jednocześnie usta.
Rzeczywiście, Pola z zamkniętymi ustami wyglądała zdecydowanie lepiej.
-Nie wiem czy jestem aż tak bardzo najebana, że w idealny sposób sobie to wyobrażam, czy na serio z tobą rozmawiam, ale podaj mi wodę, bo czuję, że coś nie ogarniam.
Te słowa całkowicie wybiły go z tonu, więc uśmiechając się lekko i dziwiąc, czy aby na pewno zrozumiał absolutnie każdy wyraz, który dziewczyna wypowiedziała w jego kierunku, sięgnął po butelkę Nałęczowianki, przełknął głośno ślinę i dopiero po tych wszystkich czynnościach, które wykonywał jakby z trzykrotnym opóźnieniem, zdecydował się przemówić.
-Na serio ze mną rozmawiasz.
Pola popatrzyła na niego z przerażeniem w oczach, ale już po kilku sekundach zreflektowała się ciepłym i bardzo udawanym uśmiechem. Chciała być szczera i do tej pory była przekonana, że po alkoholu to przychodzi dużo szybciej i łatwiej, ale w tym przypadku to chyba tak gładko niestety nie działało. No chyba, że za mało wypiła.
-To szkoda wody, podaj mi wódkę dobry człowieku.
-Pola, no i co ty robisz?
Pretensja, którą dało wyczuć się w głosie jej niepożądanego gościa bardzo Pole zdziwiła. Tego nie dało się ukryć, bo zabrzmiało to co najmniej tak jakby Antek się o nią martwił. Jakby znał jej sytuacje, wiedział co czuje, co przeżywa, co ją dręczy i wykańcza, a to przecież nie mogło być możliwe. W żadnym wypadku. Wszystko inne tak, ale nie to. Nie znał jej i nie miał prawa nawet udawać, że cokolwiek związanego z nią go interesuje.
-Nie udawaj, że mnie znasz ani nawet, że obchodzi cię to co czuje. Odwal się. Nie chcę spędzić całej imprezy z tobą.
Sfrustrowała się Pola i spróbowała odepchnąć towarzysza rozmowy na długość ramion, a ten za bardzo się nawet nie opierał, bo z jednej strony bał się, że ona coś sobie zrobi, a po drugie, na litość boską, przecież on wiedział, że Pola szybciej zmieni zdanie niż on opróżni tę puszkę piwa, którą dziewczyna trzymała wtedy w dłoni. Tego był pewny.
-Ze mną się nie napijesz?
-Oczywiście, że się napije. – Automatycznie odpowiedziała, nawet nie czekając na to co Antek dalej miał do powiedzenia. Nie chciała tego słuchać, bo postanowiła jeszcze kilka sekund wcześniej, że to będzie jeden z tych wieczorów, podczas którego ani razu nie odważy się na żadną analizę, ani razu nie dopuści do siebie myśli, że to tak naprawdę ją obchodzi. – Muszę Cię przecież upić. Wyglądasz na bardzo rozważnego, a przecież na trzeźwo wcale cię nie wykorzystam.
-Będę czekać.
-Ok.
Szepnęła, będąc pewna, że Antek nie jest w stanie dosłyszeć tego co mówi, ale się myliła, więc zauważając jego dość komiczną minę, wzruszyła tylko ramionami i stuknęła swoją butelką piwa o jego, po czym zaciągnęła się napojem. Wiedziała, że pomysł spędzania z nim czasu należy do opcji najgorszej z możliwych na jaką tylko mogła się zgodzić, bo to wiązało się z byciem, poznawaniem i przyzwyczajaniem, a to ją przerażało. Nie chciała się przyzwyczajać. Do nikogo, a już szczególnie nie do niego. Ale się zgodziła. I kompletnie nie miała pojęcia dlaczego to właściwie zrobiła.
Antek poprosił ją do tańca. Do tańca, rozumiecie? Pola nie lubiła tego robić, ale słysząc jedną z jej ulubionych piosenek, która zawsze kojarzyła jej się z najlepszą przyjaciółką, której już przecież przy sobie nie miała i dobrą zabawą, zgodziła się bez żadnych protestów, biorąc pod uwagę nawet okropnie nierówny i pagórkowaty teren, w całości pokryty mokrą od rosy już trawą. Pola śmiała się, podskakiwała i w dodatku potrafiła nawet bez żadnych trudności ignorować ten okropnie parzący dotyk Antka, który w normalnych okolicznościach, nie pozwalałby jej zrobić nawet najmniejszego kroku w prawo czy w lewo ani nawet wypowiedzieć żadnego słowa. Teraz ją to nie obchodziło. Naprawdę, czuła się swobodnie, nawet jeżeli doskonale wiedziała, że jutro, kiedy przyjdzie jej boleśnie zderzyć się z rzeczywistością to ją przygniecie. Dosłownie.
-Polka, chodź ukradniemy wódkę i sobie wrócimy już do domu.
-Trudno będzie ukraść wódkę z własnej imprezy.
Antek co prawda uśmiechał się cały wieczór, ale dopiero w tamtym momencie Pola dostrzegła, że w końcu jest on naprawdę szczery, a ona była w stanie patrzeć na niego tak całą noc, dzień, tydzień i miesiąc, ale ten zniknął jej z pola widzenia na tyle niespodziewanie, że ona nawet nie zdążyła zarejestrować tego momentu. Nienawidziła takich chwil, bo one mimowolnie powodowały nawrót wspomnień sprzed kilku miesięcy, które kojarzyły się jej tylko z przemijaniem, znikaniem, tym wszystkim co najgorsze i strachem. Poli oddech automatycznie się pogłębił, a powieki jakby w przyśpieszonym tempie na przemian zaczęły się zamykać i otwierać. I to zabawne, że wystarczyło tylko niespodziewane pojawienie się Antka, żeby znów poczuła się bezpiecznie.
-Ukradłem ci z imprezy wódkę, a Tomek powiedział, że nigdzie nie idzie, bo musi do końca zapić to, że Julka go zostawiła ze złamanym sercem. Chyba szuka zemsty. Masz pamiętać, że jeżeli kiedykolwiek mnie skrzywdzisz to zostanę gejem tylko po to, żeby przelecieć twojego chłopaka czy kogoś tam, czaisz? Poczuję się wtedy lepiej ze swoim złamanym sercem.
-Czaje.
I właśnie wtedy Pola obiecała sobie, że już nigdy nie zorganizuje takiej imprezy. Nigdy.

/

Wakacje się kończyły, a Pola płacząc i krzycząc na cały świat, siedziała ubrana na czarno, chcąc odzwierciedlić w swoim ubiorze fakt, że jej serce pęka, że ma żałobę, że umarły jej najpiękniejsze wakacje w życiu, a ona bała się drogi do szkoły i tego co w niej zastanie.
W zasadzie, ona cieszyła się nawet na samą myśl, że znów spotka osoby, których nie widziała prawie dwa miesiące, ale na miłość boską – tyle się w ciągu ich trwania pozmieniało.
Zmieniła się ona. Zmienili się oni. I nawet zmieniły się relację ich, co do tej pory nie potrafiło nawet przejść jej przez myśl, już nie wspominając o akceptacji tego co się stało i dzieje wciąż, bo to przekraczało jej wszelkie wyobrażenia, bo przecież zawsze, z całych sił, broniła się przed staniem się i byciem ważnym dla kogokolwiek.
Antek stał nonszalancko oparty o jedną z kolumn zabytkowego budynku, paląc papierosa. Nonszalanckie w tym wszystkim głównie było to, że jego plecak jakby od niechcenia trzymał się na jego prawym ramieniu, a jedną z nóg uniósł lekko do góry i postawił na owym murku na którym opierał cały ciężar swojego ciała. Pola była w szoku. Największym szoku w swoim życiu mimo że jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale to było już elementem naturalnym jeżeli chodziło o reakcje i emocje okazywane względem niego. Nie wiedziała, że ulotny dla niej Adonis pali, że jest takim buntownikiem, że sprzeciwia się trenerowi  i okłamuje go, bo przecież na pewno nie powiedział swojemu guru na dwa dni przed rozpoczynającym się sezonem, że popadł w tego typu nałóg. I co najważniejsze - problem polegał na tym, że Antek zawsze powtarzał, że nigdy do papierosów nie wróci, bo zbyt wiele przez to gówno stracił.
Tylko nie myślcie sobie, że ona się tym przejmowała. Był jej obojętny, zupełnie, tak więc Pola grała niewzruszoną, w głębi duszy błagając by Antek sobie stamtąd poszedł lub wrócił chociaż na lekcje, pozwalając jednocześnie przejść jej koło budynku obojętnie. Właściwie, ona cała była mu obojętna, a przynajmniej takie miała wrażenie, które chyba jednak było jak najbardziej słuszne, bo wciąż zainteresowany sobą i swoim dużo niższym kolegą, popularnym Tomkiem z jego klasy, stali niewzruszeni, wciąż zaciągając się dymem papierosowym. Nie zwracali na Polę najmniejszej uwagi, co z jednej strony dawało ulgę i pozwalało przejść jej niezauważoną wzdłuż kamienicy, ale z drugiej – piekielnie ją to raniło. Chciała żeby dostrzegł jej obecność, to, że tu jest, że nie widzieli się przecież od dłuższego czasu i  że tęskniła, ale ona wciąż była dla niego tylko powietrzem. W gruncie rzeczy, chwilami cieszyła się, że on nie zauważa jej bytności nawet w najmniejszym stopniu, ale jednak gdzieś miała tę świadomość, że on wie o jej istnieniu, że się nią nieświadomie dla niej bawi i uzależnia od siebie.
Antek był typem popularnego chłopca, który mógł mieć każdą dziewczynę w mieście, a nawet poza jego granicami, bo przez swoją niespotykaną urodę przyciągał do siebie wszystkie te największe głupie ślicznotki, które każdemu wydawały się istnymi boginiami. Pola wiedziała, że nie ma sensu z nimi rywalizować, bo zawsze przegrywałaby już przed rozpoczęciem całego tego procesu, ale Antek mimo że mógł mieć nawet tą piękną Karolinkę z 2b, mamił właśnie ją, a to nie pozwalało jej spokojnie funkcjonować, bo ona nie potrafiła sprecyzować swoich uczuć w żadnej sytuacji, a już szczególnie nie w tej. Wszystko opierało się na tym, że Pola nie wierzyła w żadną miłość, słodkie amory czy wyznania: będę z tobą już na zawszę, ani nawet w przysięgę ustną w postaci Kocham Cię. Pola sądziła, że miłości nie ma, a te wszystkie związki, w które pakują się dziewczyny w jej wieku są tylko wyobrażeniem wielkiego kochania czy najzwyklejszym zauroczeniem. Te jej koleżanki były naprawdę głupie. Zmieniały chłopaków jak rękawiczki, potrafiąc po dwóch tygodniach od rozstania z chłopakiem, usidlić kolejną ofiarę, wmawiając jej, że kocha ją nad życie i że te życie za nie kiedyś odda. W gruncie rzeczy tego nie można było nazwać miłością. Im się tylko wydawało, że kochają, a Pola mimo upływu prawie roku od bliższego poznania tego chłopaka, wciąż próbowała walczyć z uczuciem, którym go darzyła, ale to mimo wszystko wciąż nie była jeszcze ta właściwa miłość, lecz zauroczenie. Życie nauczyło ją, że miłość jest tylko jedna, że tylko raz będzie zdolna się zakochać i już na zawsze w tej miłości będzie trwać. Może i ona będzie nieszczęśliwa. Może także niespełniona, ale zawsze będzie powiązana jakimś uczuciem z osobą, którą naprawdę pokocha jako pierwszą i z całych sił błagała żeby to nie był on. Nie chciała cierpieć. Nie chciała znaleźć się w ślepym zaułku, ale czuła również, że na ucieczkę było już chyba za późno. To był jej nałóg o którym myśląc, zasypiała, budziła się i nawet biegała, mając słuchawki w uszach. To nonsens, bo Pola biegała tylko i wyłącznie po to by uciec od uciążliwych myśli o nim, a tymczasem te kilka godzin sam na sam z muzyką wprowadzały do jej życia jeszcze więcej wątpliwości i zamętu niż miała wcześniej, bo analizowała każdą sytuację związaną z nią i Antkiem na nowo i zastanawiała się co mogła powiedzieć czy nie powiedzieć by wypaść lepiej. Interesowała się jego życiem w każdym calu. Tym co robi, czyni i co czuję, chociaż jego uczucia zawsze były dla niej tylko przewidywaniami. Pola miała jednak nad nim przewagę - wiedziała, że Antek nie jest prawdziwie szczęśliwym człowiekiem, w takim stopniu jak to kreuje, a on nie zdawał sobie z tego sprawy, myśląc, że wciąż pozostaje nieodgadniony, ale nie miał pojęcia jak bardzo się myli. Ona wiedziała, że jej ukochany w jakimś stopniu cierpi z powodu nieszczęśliwej i nieodwzajemnionej miłości, co dla niej było perspektywą straszną i potworną. Nie brała jednak tej możliwości jako jednoznacznego wyjaśnienia, bo z drugiej strony wciąż wydawało jej się, że on coś jednak do niej czuje. Tylko, że to coś mogło być tylko złudzeniem, ale on właśnie tak się zachowywał. Każdy jego gest na to wskazywał, bo wiecie, ona wszystko analizowała. Właściwie, nie było również tak jak się to wydaje na pierwszy rzut oka. Pola miała z Antkiem stały i dobry kontakt, co wydawało się dużym nonsensem, bo w rzeczywistości unikali jak ognia kontaktu wzrokowego, a tym bardziej cielesnego, a już szczególnie pilnowali tego by ze sobą nie rozmawiać. Nie chodziło tu jednak o żaden wstyd siebie, lecz o miłość, która tliła się w niej i nie pozwalała jej zachowywać się swobodnie w absolutnie każdej sytuacji. Pola wiedziała, że miłość to zbyt bolesne uczucie, więc bała się wyjawić to co czuje przed światem, a tym bardziej bała się tego, że on może coś zauważyć. W gruncie rzeczy czasami zdawało jej się, że wszyscy dookoła wiedzą, że ona jest mu całkowicie oddana i należy tylko do niego, bo oni razem wysuwają taką postawę i wbrew pozorom dają wszystkim dookoła powody by tak twierdzili. Naprawdę, ona miała wrażenie, że każdy chłopak w obrębie stu metrów unika jej jak ognia, bo gdy się tylko do niej zbliży, odzywa się w nim czerwona lampka, sygnalizująca: ona jest Antka, on mnie zabije. A najśmieszniejsze w tym wszystkim była świadomość, że to sam Antek wysuwa takie dogmaty, a ona na wszystkie możliwe i znane jej sposoby się przed tym broni.
Szkoda tylko, że dość nieskutecznie, mimo że  próbowała wmawiać sobie, że jest całkowicie inaczej, że to tylko złudzenie oraz jej chore i przerysowane wyobrażenia.

/

Pola siedziała w ostatniej ławce, w sali chemicznej, bawiąc się swoim ulubionym długopisem, który ukradła kuzynce z biura, pełniąc jednocześnie dekoracyjną funkcję na lekcji z wychowawczynią. Miała otwarte okno, a krzesło jej przyjaciółki, która akurat rozchorowała się po ich piątkowym wypadzie na grilla, w miejscu gdzie odbywają się największe imprezy na Mazowszu było puste. Jejku, ile ona była w stanie poświęcić by tylko znaleźć się wraz z nią za murami szkoły i mieć możliwość beztrosko śmiać się z wyczynów swoich przyjaciół, którzy na siłę próbowaliby ją tylko pocieszać, myśląc, że Pola ma za sobą kolejną ciężką, trudną, nieprzespaną i pijacką noc, ale tak nie było. Nie musiałaby przecież w takim wypadku też słuchać zrzędzenia i okrzyków swojej nauczycielki, ani nawet średnio co pięć minut odmawiać kolegom gry w wojnę. A przede wszystkim - nie musiałaby myśleć o nim. Pola marzyła o tym, by zadzwonił dzwonek, ale poprzez nieodrywanie wzroku od zegarka umyślnie zmuszała się do znoszenia faktu, że czas płynie za wolno. Nienawidziła odliczać do końca lekcji, więc naburmuszona włączyła na telefonie Bartka, który wciąż grał w karty jakąś przypadkową grę, ale już po chwili musiała zwrócić mu jego własność, gdyż ten zawsze złościł się, że bije i łamie mu wszelkie rekordy, które sobie ustanawiał, a poza tym, no wiecie, Pola dostała piątkę, bo przez przypadek krzyknęła A, które okazało się poprawną odpowiedzą na nie wiadomo co.
Wygrała życie, tylko szkoda, że w jej przypadku ta wygrana nie mogła trwać wiecznie. Albo chociaż odrobinę dłużej niż w rzeczywistości się utrzymywała, bo ona minęła szybko, wiecie? Minęła wraz z dzwonkiem, otworzeniem drzwi od klasy, wyjściem na korytarz i zobaczeniem jego.
Antek się peszył. Peszył się za każdym razem w jej obecności, myśląc, że to wciąż pozostaje niezauważalne dla nikogo. Za każdym razem kiedy ona pojawiała się na horyzoncie, a on dostrzegał jej obecność, pośpiesznie przełykał spożywany produkt, a warto zaznaczyć, że Antek był wyjątkowo zachłannym człowiekiem i wiecznie jadł, strzepywał okruszki bułki ze swojej brody, kurtki i spodni po czym wycierał dłoń w jeansy, ani na moment nie spuszczając z niej wzroku do czasu, kiedy odległość między nimi zmieniła się w taką, kiedy dzieliło ich już tylko kilka metrów. Naprawdę myślał, że to co robi jest niezauważalne, ale rzeczywistość była inna. Pola momentalnie dostrzegała speszenie jego kolegów, którzy próbowali przekazać mu co najmniej stary, ona już tu idzie i mając świadomość jak na nią wpływa, próbowała opanować swoje emocje do minimum żeby nie wyjść na kretynkę. Wciąż przecież miała świadomość, że on może mieć każdą, a to wszystko mogło wydawać się takie piękne i proste tylko z jej perspektywy. Właściwie, ona chyba nigdy jeszcze nie była nikim tak mocno zauroczona. Nigdy też nie potrafiła zrozumieć swoich uczuć, bo dotąd chyba tak szczerze nie kochała. Nikogo, chociaż ona wciąż utrzymywała, że to jeszcze nie miłość. Był w każdym jej śnie, w każdej myśli i tylko cudem potrafiła powstrzymać się od wybuchu przed nim najszczerszym płaczem, bo mijając go musiała patrzeć prosto przed siebie i nie dać się sprowokować, życząc mu smacznego. I powodzenia, bo wiecie Pola i Antek byli siatkarzami. I w tej siatkówce zawsze rywalizowali, i sprzeczali, i kłócili się ze sobą.
Pola nie była wysoką dziewczyną, ani nawet nie miała żadnej cechy typowej siatkarski, a wręcz przeciwnie - miała tylko skromną siódemkę tuż po przecinku jeżeli chodzi o wzrost, bardzo chude ciało i w dodatku nosiła okulary, ale boisko ją całkowicie zmieniało, bo kiedy tylko zakładała niebiesko-pomarańczową koszulkę z numerem trzynaście na plecach wszystko tak jakby w jednym momencie się zatrzymywało i zmieniało. Ona się zmieniała. Była wtedy zupełnie inną dziewczyną i nieznaną dotąd osobą. Otwartą, całkowicie swobodną, a co najważniejsze - piękną. Pola jako siatkarka powalała na kolana praktycznie wszystkich facetów, którzy choćby na moment zawiesili na niej wzrok. I nie było w tym absolutnie żadnych wyjątków, a mam na myśli tutaj Antka. Antek uwielbiał ją podziwiać kiedy grała, a miał taką możliwość praktycznie co drugi dzień tygodnia, gdyż Pola była kapitanem całego zespołu, co nie budziło zdziwienia, bo zdecydowanie wyróżniała się spośród wszystkich jej towarzyszek nie tylko grą, ale i determinacją, którą zdecydowanie odziedziczyła po ojcu. Pola niby na co dzień niepozorna i wstydliwa osoba, podczas meczu potrafiła kłócić się o każdą piłkę nawet z sędzią, a ten, co wzbudzało ogólny podziw jeżeli tylko miała rację, zawsze ulegał. Ale to wcale nie dziwiło Antka, bo on dopatrzył się tych wszystkich jej najlepszych cech już zdecydowanie wcześniej. I je chyba pokochał. Boże, on pokochał tę małą francę, bo wbrew pozorom była taka podobna do niego.
-Pola, o której będziesz na hali? - Zapytał. A ona stanęła jak wryta, próbując zatuszować swoje zdziwienie. Ogólnie Antek się do niej nie odzywał. Nie w szkole. W szkole starał się za wszelką cenę unikać z nią nawet kontaktu wzrokowego, a już nie wspominając nawet o kontakcie wzrokowym, cielesnym i jeszcze prowadzeniu konwersacji jednocześnie. To przekraczało wszelkie granice ich wyobrażeń, dlatego Pola prawie się rozpadała od wnętrza, a Antek czuł nawet lekką satysfakcję, że jeden gest z jego strony może tak działać na kobiety, bo to oznaczało, że mógłby mieć każdą. Ale on nie chciał każdej. On chciał Pole nawet jeżeli musiałby czekać na nią całą wieczność.
Cała wieczność była tu nawet pojęciem względnym, bo ta wieczność kiedyś się skończy, a on modlił się tylko by z tą wiecznością nie skończyło się to coś co czuł do tej frustratki, bo coś czuł. Tylko nie wiedział jeszcze co.
-Nie wiem czy będę dzisiaj na hali.
Odpowiedziała. Z przekąsem, złością i sarkazmem, bo wiecie Pola nie miała pewności czy ma po co pojawiać się dzisiaj na hali, a on doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale mimo to zapytał, zapytał czy będzie. Nie było tak, że Pola nie chciała tam iść. Chciała, cholernie chciała, ale w głębi siebie czuła, że nie przyszedł na nią jeszcze czas. Nie dziś, nie teraz, bo ona nie potrafiła wywiązywać się w ostatnim czasie ze swoich obowiązków względem klubu. Wciąż zawodziła, a zawodów przecież nie lubiła.
-Pola. – Szepnął i jednocześnie położył dłoń na jej ramieniu. - Przepraszam.
-Zostaw mnie i tyle, zrozum. Zrozum albo w przyszłości poproś mnie o wyjaśnienia. 

/

Pola przez całe życie była niesamowicie otwartym człowiekiem, skłonnym do zabaw, śmiechu i wszystkiego co kojarzyło się z czymś pozytywnym. I obiecała sobie, że nigdy żadna sytuacja tego w niej nie zmieni, ale zobowiązując się do tego, nie sądziła, że kiedykolwiek spotka ją coś pokroju tego co przytrafiło jej się kilkanaście miesięcy temu. Nigdy nie sądziła, że jedna sytuacją potrafi zmienić taką szczerą dziewczynę w osobę, która tak idealnie potrafi dostosować się do sytuacji, która w jednym momencie potrafi roześmiać się perlistym śmiechem, a w drugim płakać, samotnie spędzając czas w domu za szczelnie zamkniętymi drzwiami i oknami. Ta jedna sytuacja, która tak naprawdę nie trwała długo, pozostawiła w niej trwały ślad już na zawsze i ta jedna jedyna sytuacja nauczyła Polę cenić świat i ludzi ponad wszystko oraz cieszyć się z każdej chwili, co dziwiło całe jej otoczenie, bo przecież jak można nie planować ze znajomymi sobotniego wypadu do Bielska czy poniedziałkowej imprezy u Franka, a przecież Pola nigdy tego nie robiła. Ona żyła dniem i dopiero rano decydowała, że wieczorem gdzieś idzie, a wieczorem upewniała się w przekonaniu, że rano tych decyzji będzie bardzo boleśnie żałować.
Ona u ciągu kilku tygodni zmieniła się z kompletnej egoistki w altruistkę, która potrafiła być na absolutnie każde zawołanie jednego człowieka, mimo że ten na każdym kroku ją ranił i za wszelką cenę starał się by nigdy nie stała się dla niego ważna. To śmieszne, gdyż sama zawsze pilnie tego przestrzegała, lecz nie chciała mu zwracać uwagi czy wywoływać niepotrzebnych sprzeczek, bo nienawidziła kłótni. Kłótnie wydawały się Poli tylko głupią stratą czasu, który mogła z kimś spędzić, chociażby się śmiejąc. Może trochę sztucznie, może nienaturalnie, ale jednak pozytywnie, dlatego denerwowało ją to, że Dawid się do niej nie odzywał. Pola od zawsze wiedziała, że ten jest w niej szaleńczo zakochany, więc mimowolnie tworzyła się między nimi niewidzialna granica, której żadne z nich nie chciało przekraczać, żeby nie stracić siebie nawzajem, ale jego bierność w ich kontaktach ją denerwowała, a wręcz irytowała. Potrzebowała go, żeby chociażby z nim porozmawiać, chociaż przez chwilę, ale to wciąż pozostawało nieosiągalne od dłuższego czasu, dlatego Pola nie kryła zdziwienia, kiedy w poniedziałkowe popołudnie Dawid podszedł do niej ot tak i szepnął tylko Jutro są zawody, rujnując jednocześnie jej wszystkie dotychczasowe plany. Pola nie była zadowolona, bo czekała na nie od dłuższego czasu, a kiedy poznała termin od razu wiedziała, że nie może na nie iść. Była wręcz wściekła, ale czuła, że to nie koniec rozmowy, bo Dawid niezmiennie wpatrywał się w nią z zaciętym wyrazem twarzy. Długo czekała na jakiekolwiek słowo z jego strony, ale kiedy w końcu się odezwał to od razu tak, że tego pożałowała, bo zabolało. Zabolało jak nigdy.
-Nie będzie cię prawda? A ten twój kochaś spędzi cały dzień na rozpaczaniu, że nie ma przed kim się popisać. Przez jednego dupka przegramy.
-O co ci chodzi?
Nie odpowiedział, ale przecież nie musiał udzielać jej tej informacji, bo doskonale wiedziała o co i przede wszystkim o kogo mu chodzi. I ten szczegół był przerażający, bo do tej pory była pewna, że to co dzieje się na linii Pola-Antek jest tajemnicą tak skrzętnie ukrytą, że nawet oni czasami mają trudność w jej odnalezieniu. W tym wszystkim naprawdę nie było trudno się zawieruszyć, bo oni robili to na co dzień. Pola na przykład zawsze gubiła się podczas prób interpretacji tego co ją otacza, co oznacza każdy jego gest i jaki on naprawdę jest, a Antek, Antek chyba nigdy się w tym nawet nie odnalazł. Pola była świetną aktorką dlatego mimo rozdzierającej pustki i niezrozumienia, i rozpaczy, i chęci płaczu, które ogarniały ją w tamtym momencie, roześmiała się perlistym śmiechem i położyła dłoń na jego klatce piersiowej co robiła zawsze, próbując wyrazić swoje rozbawienie. I miała nadzieję, że Dawid jej uwierzy.
-Byłem głupi, bo przez cały ten czas sądziłem, że nie chcesz mnie tylko dlatego, bo nie szukasz nikogo na stałe, a tymczasem cały czas był on. Myślałem, że jeżeli będę cierpliwy, a ty się w końcu zmienisz, będziemy razem, a tymczasem cały czas był on. Byłem naiwny, wiem to, wiedziałem już dawno, ale nie będę ukrywał, że mnie to nie zabolało, bo musiałbym cię okłamać, a tego robić nie chcę. Nie chcę już niczego ukrywać, bo przecież nie mam już nawet czego zatajać. O wszystkim wiesz. – Przerwał. – I co, nic mi nie powiesz?
Chciała mu powiedzieć wszystko. Wykrzyczeć tyle nigdy niewypowiedzianych słów prosto w twarz, ale nie musiała tego robić, ponieważ doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że on jej nie uwierzy. Nie uwierzy jej w ani jedno słowo. Nie uwierzy jej, że wszystko to co mówił było kłamstwem, a fakt, że znała Antka od dziecka nie musiał od razu oznaczać, że przez to całe życie odgrywał on ważną rolę w jej życiu.
-Przestań fantazjować.
Te słowa z niewyobrażalnym trudem przeszły przez jej gardło, a jeżeli ma być w pełni szczera to jeszcze długo potem nie dowierzała, że ujrzały one światło dzienne. Nie chciała być w stosunku do niego chamska, ale nie widziała również innego wyjścia. Jedyną obroną był atak. Była na Dawida wściekła. Ta jedna rozmowa spowodowała, że jej napięcie sięgnęło zenitu i już nie potrafiła się rozluźnić. Nie wtedy. Nie tamtego dnia, który wbrew pozorom, minął Poli szybko. Zaraz po powrocie do domu, położyła się spać i obudziła się dopiero późno w nocy. Właściwie, nie obudziła się sama, bo pomógł jej w tym telefon. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego kto do niej dzwoni, bo z głośników rozbrzmiewała jej ulubiona i jedyna piosenka, ale nie odważyła się sięgnąć po urządzenie. Była tchórzem. Cholernym tchórzem.
Wkurzyła się. Bardzo. Zdenerwowana z impetem usiadła na skraju łóżka. Powoli zaczynała mieć wrażenie, że to dopada ją w każdej kwestii, że od czerwca zdążyła przeżyć gwałtowny proces zmian, który spowodował, że stała się histeryczką i panikarą.
Miała dosyć tych swoich słabości. Decyzję o wyjściu z domu podjęła szybko, wręcz ekspresowo, bo w jednej chwili siedziała jeszcze w piżamie, a w drugiej biegła już pustą drogą, deszcz moczył jej twarz i włosy, a muzyka całkowicie izolowała ją od świata. Nie wiedziała co ma zrobić, co poradzić, u kogo szukać schronienia i pomocy. Wciąż biegła. Miała kompletną pustkę w głowie. Już, teraz, chociaż tak naprawdę jeszcze nic się nie wydarzyło. Była na początku ścieżki. A może właśnie nie, może tylko jej się tak wydawało? Może powoli dochodziła do kresu wszystkiego? Tak jak ona? Ona, która by jej pomogła? Ona byłaby jej przystanią. Ona by ją uratowała. Tylko jej nie ma.

/

Święta to czas, w którym ludzie oddają się wspomnieniom. To śmieszne co nie? Jakby mało im jeszcze było rozpamiętywania rzeczy, które ich niszczyły przez większość pozostałych dni w roku. Zauważają wtedy każdą niedogodność - wszystko co odbiega od normy i bardzo mocno przeżywają fakt, że coś się zmieniło. Ludzie nie lubią zmian, bo zbyt szybko się przyzwyczajają i już później nic z tym nałogiem nie potrafią zrobić. Nawyk ich zabija. Każdego dnia, tygodnia, miesiąca. Każdej nocy. Na nowo.
Pola starała się funkcjonować i pokazywać, że wciąż wszystko jest dobrze. Tylko problem tkwił w tym, że na ludzi z którymi przebywała na co dzień, którzy odegrali jakąkolwiek ważną rolę w jej życiu to już powoli nie wystarczało. On ją rozszyfrowywał. Czytał z niej jak z otwartej księgi, a ona nie potrafiła tego procesu cofnąć czy zatrzymać. Czuła się taka mała, taka bezsilna. To wkurzające, bo przywykła do faktu, że nikt jej tak naprawdę nie zna. Możecie mi uwierzyć, że najgorsze co może człowiekowi się przydarzyć to nieświadome odczytanie jego problemów przez drugiego człowieka. W normalnym świecie, wystarczy komuś powiedzieć, że ma się problemy z samym sobą, swoim życiem czy po prostu z piciem, a ta osoba się w to zaangażuje. Zaangażuje się, żeby poznać cię bardziej, żeby grać twojego przyjaciela, który jest na każde twoje zawołanie, ale nie jest szczery. Nie jest godny zaufania. Robi to tylko po to, żeby z czasem uderzyć. Uderzyć tak, że zaboli jak nigdy. Wywoła cierpienie, którego nie będziemy w stanie powstrzymać lub zwalczyć. Będzie przyjemność sprawiać mu fakt, że krzywdzi i rozwala nasze życie i nas. Nas. Jakby cierpienie było zaraźliwe. Jakby zemsta miała mu w czymś pomóc. Tacy są ludzie. Dlatego Polę powoli przerażał fakt, że mur, który wokół siebie zbudowała, powoli się zapadał.
Minęło pół roku. Pół roku bólu, cierpień, męczeństwa, żalu, smutku. Pół roku, które okazało się istną katorgą dla jej życia.
 Niektórzy mawiali, że jedna minuta bólu równoważy się z jedną minutą szczęścia. Jeden tydzień cierpienia jest prognostykiem tygodnia radości. Jeden miesiąc męczeństwa daje nam trzydzieści dni wesołości, więc gdzie było jej sto osiemdziesiąt dwa i pół dnia promienności? Ciekała na nie, bo czuła, że już dłużej tak nie wytrzyma, że już nie daje rady.
Eliza starała się za wszelką cenę poprawić jej humor. Starała się, wkładała w to mnóstwo wysiłku, poświęcała minuty, godziny, tygodnie, a Pola czuła, że jest okropnym człowiekiem skoro nie potrafiła jej pomóc w osiągnięciu upragnionego celu, a przecież wszystko zależało tu tylko i wyłącznie od niej. Miała już tylko ją. Taka była prawda, bolesna, okrutna, ale musiała się z tym pogodzić. Eliza na swój sposób była wyjątkowa. Na swój nieodgadniony nigdy dla mnie sposób była wyjątkowa i zdawałam sobie sprawę z tego, że tylko Pola, ta biedna, poraniona dusza Poli jest w stanie rozumieć dlaczego tak właśnie jest.
Nie widziała Antka od dziesięciu dni. Nie czuła się z tym faktem źle, bo nie ukrywała, że ostatnio wpływał na jej psychikę bardzo niekorzystnie. Irytował ją. Każdym gestem, czynem i nawet obecnością, a to oznaczało, że coś jest nie tak. Nie wiedziała jeszcze co dokładnie i chyba właśnie dlatego doceniała każdą chwilę bez niego.
Ale te chwile się skończyły. On się wtedy pojawił. Tamtego mroźnego, ciemnego, sylwestrowego wieczoru. Pojawił się. Była wtedy u Elizy. I pech chciał, że pojawił się tam również on, we własnej osobie, co spowodowało, że Pola poczuła wściekłość tak mocną i silną jak chyba jeszcze nigdy. Marzyła i wyobrażała sobie ten wieczór jako dzień, w którym się rozerwie, odpręży, zrelaksuje i w zupełności zapomni o problemach, niedogodnościach, a przede wszystkim jego bolesnej obecności w jej życiu, a raczej braku tej bytności w takich ilościach jakby tego oczekiwała. Działał jej na nerwy. Nieświadomie. Czasami odnosiła wrażenie, że on specjalnie, jakby na złość jej samej pojawia się w miejscu, w którym ona właśnie przebywa, zaszczyca towarzystwo swoją obecnością, niszczy jej staranne i wyważone postanowienia i znika, najczęściej ubrany w te swoje śliczne bluzy, które idealnie eksponowały ideał jego ciała. Właściwie, do tej pory wydawało jej się, że jest całkowicie na odwrót, że to ona pojawia się w miejscach, w których on przebywa czy ma zamiar się pojawić, ale różnica tkwiła chyba przede wszystkim w tym, że ona niczego mu nie niszczyła. Żadnych postanowień, wniosków czy nie zabierała mu chwil odprężenia. I znikała. Podobnie jak on to za każdym miał w zwyczaju, ale tym razem tego nie zrobił. Nie zniknął tylko był, a Poli wydawało się, że jedno pomieszczenie, że te kilkanaście metrów kwadratowych, które musiała z nim dzielić nie były wystarczającą powierzchnią by poczuła się swobodnie.
Zdecydowanie tak nie było. Pola nie mogła się rozluźnić ani na moment tylko wciąż trzęsła ręką, a jej oddechy były coraz głębsze i głębsze, ale to nie było nic nadzwyczajnego czy nienormalnego. On po prostu wciąż się na nią patrzył – a ją to wręcz onieśmielało. Antek siedział na sterylnie czystej kanapie, wyglądając troszkę jak włoski agent z biura jakiegoś sławnego mafiozo. Trzymał w dłoni piwo, które Poli jakoś nigdy nie przypadło do gustu i wciąż się na nią patrzył mimo iż przekonywał kolegów, że interesują go tylko oni i nikt więcej w tym pomieszczeniu. Pola w przeciwieństwie do niego, nie miała w sobie na tyle dużo odwagi, by wciąż nachalnie się w niego wpatrywać, ale w pewnych odstępach czasu spoglądała na niego i zawsze, ale to zawsze ich spojrzenia się spotykały. Nie patrzył na kolegów - patrzył na nią. Podły kłamca.
Nic wcześniej w życiu jej tak bardzo nie irytowało. Miała ochotę podejść do tego człowieka i po prostu wydłubać mu oczy, zmiażdżyć lub usunąć go z sali całkowicie, a już szczególnie wykonać wszystkie te czynności jednocześnie, ale nie, nie zrobiła tego. Nie zrobiła tego, bo doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że gdyby tylko powiedziała mu wszystko co w tamtym momencie leżało jej na sercu on najzwyczajniej w świecie udawałby, że nie wie o co jej chodzi. I jeszcze by się roześmiał. Znała go.
Antek był zdecydowanie podłym hipokrytą, który mówił jedno a robił drugie. Identycznie zachowywał się w stosunku do niej, bo może i nigdy jej nie okłamał, tego była pewna, ale grał nie fair. Mówił jej prawdę, zawsze, bo to sobie obiecywali, ale ta prawda była ograniczona. On po prostu nie mówił jej wszystkiego, chociaż to nie powinno jej dziwić. Nie była przecież dla niego nikim ważnym, a tym bardziej osobą, której odważyłby się powiedzieć cokolwiek ponad normę.
-Nie denerwuj się tak.
Miała ochotę go uderzyć. To była pierwsza myśl, która przeszła jej przez głowę. Te słowa były zbędne, a on mimo że doskonale zdawał sobie z tego sprawę, wypowiedział je. Zrobił to specjalnie, wiedziała to przecież, ale mimo to była wściekła.
-Naprawdę nie lubię kiedy się na mnie złościsz.
-To dlaczego dajesz mi powody żebym wciąż i wciąż to robiła?
Uśmiechnął się i przeniósł wzrok z niej gdzieś do góry. On myślał. Nie macie pojęcia jak mocno ją ten widok, ten czyn rozśmieszył. Antka to chyba zdenerwowało. Właściwie, nie ma tu miejsca nawet na chyba. On się wkurzył.
I ją pocałował. On ją pocałował. Niespodziewanie, nieoczekiwanie, zaskakująco. Zrobił to. A później odszedł, zostawiając ją z głową pełną sprzecznych myśli, wyobrażeniem, że wcale się nie myli i przeświadczeniem, że to coś znaczy. Odszedł i już więcej tej nocy do niej nie podszedł.

/

Pola nigdy nie lubiła wcześnie wstawać. Nigdy, co najlepiej odzwierciedlała jej sytuacja w trakcie weekendu, kiedy Pola spała praktycznie do dwunastej i to w najlepszym wypadku, czyli takim, kiedy siostra, mama czy brat ją budzili. W innych sytuacjach potrafiła przespać cały dzień, spóźniając się nawet do szkoły, dlatego sama siebie zdziwiła, że tamtego poranka wstała dość wcześnie, a wręcz praktycznie wcale nie zasnęła. Pola nigdy w nocy nie sypiała, ale sądziła, że po promilach, które wlała w siebie poprzedniej nocy, zrobi to z łatwością, lecz bardzo się myliła. Była wściekła.
Leżenie w łóżku w jej wykonaniu chyba nie miało już najmniejszego sensu, bo polegało tylko i wyłącznie na ciągłym obracaniu się z jednego boku na drugi. Wyciągnęła spod głowy miękką poduszkę i przycisnęła ją silno do twarzy po czym wydała z siebie zduszony okrzyk. To nie było odpowiednie zachowanie, biorąc pod uwagę sytuację, ale Eliza z którą dzieliła tamtej nocy łóżko mimo wszystko wciąż spała. Pola delikatnie ściągnęła jej zimną dłoń ze swojego brzucha i udała się w kierunku łazienki, a później jeszcze kuchni, z każdym krokiem coraz bardziej narzekając na zimną posadzkę. Miała ochotę zrobić Elizie krzywdę za to, że nigdy nie zdecydowała się na kupno dywanów.
Dopiero kiedy zaświeciła światło w kuchni zorientowała się, że jest noc, że tak naprawdę ten czas, który minął, wcale nie minął, a to wszystko było tylko jej złudnym wyobrażeniem. Za oknem panowała ciemność, bez żadnych prześwitów, bez żadnych oznak tego, że zbliża się świt, a ona uświadomiła sobie, że powoli zaczyna wariować, a jej podchody i podróż do kuchni wcale nie były mądrym pomysłem, bo przecież w nocy jeść się nie powinno. Ale ona była głodna. Przetarła twarz dłonią, po czym zorientowała się, że stoi w jednej pozycji od dłuższego już czasu, nic nie robiąc. Nie wiedziała ile minut dokładnie upłynęło, ale na pewno przekraczało to normę. Z letargu wywabił ją chyba powiew mroźnego powietrza, dobiegający z zewnątrz przez otwarte okno i chyba dopiero po dostrzeżeniu tego drobnego szczegółu, zdała sobie sprawę z tego jak cholernie bardzo jej zimno. Nie była ubrana odpowiednio do panującej obecnie pory roku, ale dotychczas nie odczuwała również na tyle mocno zmiany temperatury, by przeszkadzało jej to w normalnym funkcjonowaniu, więc dlaczego wtedy poczuła ten mróz? Nie wiedziała co dokładnie mogło być powodem, ale trochę ją ten na ogół mało istotny fakt przeraził. To nie był przypadek. Przypadki nie istnieją, a wszystko w życiu ma swój określony cel.
Nie wiedziała ile tak siedziała. Może tylko kilka minut, a może minęły nawet pełne godziny? W tamtym momencie to nie było już dla niej tak istotne. Pozwalała bezkarnie pokonywać kolejne centymetry wskazówkom zegara, wsłuchując się w znajome tykanie. Często spędzała czas właśnie w taki sposób. Półmisek ze świeżymi owocami powoli pustoszał, a nad horyzontem pojawiały się pojedyncze strugi światła, które wdzierały się do pomieszczenia, a ona musiała mrużyć dotąd i tak zmrużone już oczy jeszcze bardziej, chociaż wysiłek ten był niepotrzebny, bo w ostateczności nie potrafiła wydobyć piękna z całego tego zdarzenia. Z tego wschodu.
Nadchodził świt. Świt Nowego Roku.
-Dzień dobry.
Podskoczyła. Nie spodziewała się usłyszeć jakiekolwiek głosu. Nie wtedy. Nie w tamtym momencie, bo chyba w całości próbowała się oddać pejzażowi, który rozciągał się za szklaną szybą. Nie chciała żeby jej przeszkadzano. Nie w takim momencie, ale on miał beznadziejną zdolność do pojawiania się w najmniej odpowiednim momencie, więc musiała to zaakceptować i powoli starała się to robić, po przecież to była norma. Z resztą, nie mogła zabronić mu przebywania z nią w jednym pomieszczeniu. Nie miała do tego prawa.
-Jest noc.
-Dobranoc?
Rozśmieszył ją, lecz nawet mimo tego gestu Pola nie czuła się komfortowo przebywając z nim w jednym pomieszczeniu sam na sam, mając go tak blisko i w dodatku będąc ubraną tylko w swoją za dużą bluzkę z wymownym napisem, którego cytować nie należy, a już w ogóle nie czuła się komfortowo ze świadomością, że on żadnej bluzki na sobie nie ma, a mieć powinien, ale przecież nie mogła mu tego powiedzieć czy nawet dyskretnie zwrócić na to uwagi.
Ta sytuacja była dziwna sama w sobie, bo przecież Pola i Antek tak naprawdę się nie znali. Nie znali się tak jakby znać się chcieli, bo to wszystko w około powodowało, że wytwarzała się między nimi granica nie do przejścia przynajmniej z perspektywy Poli, która nie wiedziała jak ma się zachować, żeby nie zostać zdemaskowaną przez Antka. Naprawdę, ona zamiast skupić się na rozmowie, kontrolowała każdy swój gest i ruch, dbając o to, żeby wszystko było perfekcyjne. Nienawidziła siebie za to co czuła, co rozrywało ją od środka, kiedy Antek przybliżał się do niej na tyle na ile na pewno zwykły kolega czy znajomy przybliżać się nie powinien, bo widzicie, on tak seksownie oparł swoje dłonie na blacie po obu stronach jej ud jak to robią w tych wszystkich amerykańskich komediach romantycznych i tak seksownie przerzucał głowę z jednej na drugą stronę i uśmiechał się, wyczekując reakcji dziewczyny. A Pola nie robiła nic, bo z jednej strony obawiała się, że każdy jej czyn ją zdradzi, a z drugiej, że może wydać się zbyt sztuczna w swoich gestach, dlatego postanowiła skupić całą swoją uwagę na truskawkach, które na nowo wydały jej się niesamowicie smaczne, a on się roześmiał. Grał z nią, ale skrzętnie to ukrywał. Nie chciał żeby Pola się mieszała, bo to nie sprzyjało rozwojowi ich konwersacji.
-Wiesz może która godzina?
-Siódma.
-Czyli jestem jeszcze pijany? – Upewnił się. -Chodź coś pooglądać.
Potakująco pokiwała głową. Wciąż czuła skrępowanie, ale nie było ono już tak duże jak jeszcze kilka minut wcześniej. Wzięła do ręki miskę truskawek i podążyła za Antkiem ku salonowi Elizy, po drodze, wyciągając z szafki jeszcze malinową milkę, co spowodowało, że kiedy przekroczyła próg ich celu jej przewodnik kucał przy półce i ewidentnie czegoś szukał. Dziewczyna niezauważalnie dla niego uniosła brwi do góry i wciąż się jeszcze śmiejąc, usiadła na kanapie, obserwując każdy jego ruch. Badała jak marszczy czoło, nie mogąc znaleźć odpowiedniej płyty i zaciska szczęki ze zdenerwowania. Jej spojrzenie błądziło po całym jego ciele, aż wychwyciło element, którego wychwycić nigdy nie powinno. Pola wydała z siebie zduszony okrzyk, brzmiący bardziej jak westchnienie przerażenia, a zdezorientowany Antek odwrócił się w jej stronę z pytającą miną, lecz nie musiał słyszeć żadnych słów by poznać odpowiedź. Podążył tylko za jej zielonymi tęczówkami, które utkwione były w jego udzie, a dokładnie punkcie, którego akurat nie zakrywał żaden materiał.
W jego pokaleczonym udzie.
-Matko, Antek, co się stało? – Zapytała przerażona, stawiając nogę na parkiecie.
Nie wiem, może chciała znaleźć się bliżej niego? Może chciała pomóc? Może pragnęła zrobić cokolwiek mimo że to było chyba nieodpowiednie?
-Spokojnie. Nic mi nie jest. Wszystko jest w porządku.
Nie czuła się spokojna, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nic nie jest w porządku, że powiedział tak tylko żeby ją spławić, żeby nie być zmuszonym słuchać jej uciążliwych pytań. Odpuściła. Odpuściła mimo że było to dla niej bardzo trudne. Początkowo wydawało jej się, że wręcz niewykonalne, ale jednak to zrobiła, bo nie chciała wzbudzać w nim wściekłości ani bardziej niszczyć mu tego dnia. Niszczyć tego dnia sobie, chociaż to tak cholernie bolało.
-Avengers czy Thor?
-Iron Man. – Zapytał co najmniej jakby zdarzenie, które miało miejsce kilka sekund temu tak naprawdę nigdy się nie wydarzyło, a ona odpowiedziała automatycznie, nie myśląc nawet o tym co powiedział. Jej wzrok utkwiony był w ścianie i momentami obraz przysłaniały jej pojedyncze strugi łez, ale kiedy tylko on usiadł obok niej i podał jej koc, rozluźniła się. Albo to znów były tylko złudne pozory lub błędne sygnały, które wysyłał jej organizm.
-Nie płacz. To nie będzie nic romantycznego.
-Dupek. Po prostu zapodziałam gdzieś okulary.
Zaczęła się rozglądać, udając, że rzeczywiście ich szuka. Błagała w myślach, żeby naprawdę jej w to wszystko uwierzył, żeby ta cała sytuacja nie wydała mu się wcale podejrzana, ale to było zbędne. Nie uwierzył. Złapał ją za podbródek i odwrócił jej twarz w swoją stronę. Znów ją rozszyfrował. To zaczynało być nie fair.
-Mnie nie oszukasz. Serio, nic mi nie jest.
Znów kłamał.
-Mogę coś dla ciebie zrobić?
-Mogłabyś tylko ubrać trochę dłuższą bluzkę, bo kusisz i tyle. Nie czepiałbym się wtedy.
-Ty w ogóle mógłbyś się ubrać, więc się zamknij.
Pola doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ta sytuacja była wynikiem tylko i wyłącznie upojenia alkoholowego. Wkurzyła się. Koniec z tym. Koniec z cierpieniem spowodowanym głupim gdybaniem. Gdyby nie ono nigdy to wszystko by się nie wydarzyło, dlatego nie tworzyła w swojej głowie kolejnych pięknych scenariuszy, które po pewnym czasie musiałyby odejść w niepamięć, bo byłyby tylko błędnymi wyobrażeniami.
Wiedziała również, że będzie tego wszystkiego żałować. Każdego gestu, słowa, chwili i każdej minuty, bo oni nie przejdą nad tym do porządku dziennego. Nie będzie już tak jak dawniej. Nigdy. Ten wieczór, te kilkanaście godzin spędzonych wspólnie, praktycznie tylko we dwoje zmieniło zbyt wiele. Nie tylko w ich relacjach, ale również w jej wyobrażeniach, których coraz bardziej się bała.
Czy myślicie, że to wszystko wydarzyło się przypadkiem? Nie. To nie był zbieg okoliczności. Pola przez cały czas miała świadomość tego co robi i co się dzieje. Znała wagę dotychczasowych wydarzeń, ale wciąż brnęła w to dalej, bo już jej nie zależało. Chciała wykorzystać wszystko w pełni. Chciała dać sobie możliwość powiedzenia w przyszłości: Nie uciekłam. Próbowałam. To nic, że nie wyszło. To nic, że będzie boleć. Przynajmniej przez tą jedną krótką chwilę byłam szczęśliwa. Ale dopiero po upływie czasu zdała sobie sprawę z tego, że to nie będzie tylko zwykły ból. To będzie przeszywające męczeństwo, które przygniecie jak nigdy, które doprowadzi do straty ostatnich sił i wszelkiego szczęścia. Ona nie pisała się na to świadomie. Kurde, ona naprawdę nie była świadoma tego co czyni. To wszystko do niej dotarło. W tamtej cudownej dotąd chwili przejrzała na oczy. Wstała. Ubrała spodnie Elizy, które znalazła na krześle obok i opuściła pomieszczenie.
-Co ty robisz?
-Dobra Antek, poudawaliśmy, pośmialiśmy się, ale teraz czas na powrót do rzeczywistości, w której tak naprawdę się nie znamy.
I wyszła, a on zrozumiał, że dokonał wyboru najgorszego ze wszystkich, dając jej powody do rozmyśleń na najbliższe tygodnie. Dał jej powód do tego by pomyślała, że to może być coś więcej.

/

Niektórzy twierdzą, że każdego dnia dzieje się coś nowego. Każdy dzień wnosi do naszego życia nowe doznania, wrażenia, a przede wszystkim buduję nasze doświadczenie, które jest nam potrzebne chyba najbardziej z tego wszystkiego co dobre, co zapisujemy po stronie plusów.
Czasami jest niestety również tak, że jeden dzień nie zmienia nic. Żyjemy, bo żyjemy. Funkcjonujemy, bo funkcjonujemy. Musimy, bo wszyscy w koło tego właśnie od nas wymagają, a my nie możemy pokazać im, że nie dajemy rady, że boli nas fakt, iż nowe jutro nie daję nic.
Czasami jest tak, że po upływie pół roku nie poznajemy już samych siebie. Po upływie pół roku zastanawiamy się, dlaczego te sześć miesięcy tak nas zmieniło? Dlaczego świadomie dopuszczaliśmy do tego, że życie przelatywało nam przed oczami, a sny dominowały na jawie? Sny o nieistniejącej i nieprawdziwej przeszłości? Sny o pięknym wyobrażeniu przyszłości? Teraźniejszość już była niczym. Teraźniejszość się już nie liczyła. Od teraźniejszości uciekała i nie było już osób, które potrafiły zaprowadzić ją znów na właściwe tory. Żyła wspomnieniami, czasami już nawet nie dostrzegając momentów, w których gubiła codzienność. To musiało się skończyć. Musiała w końcu położyć temu wszystkiemu kres, ale w żaden sposób nie potrafiła wyznaczyć stałej granicy między tym co było, jest, a będzie. Nikt nie mógł odebrać jej wspomnień i zabronić do nich wracać, ale za każdym razem kiedy to robiła, kiedy zatracała się w tym co było w niej, bolał fakt, że nie mogli być z nią tu i teraz, odkrywać krętych losu ścieżek i pomagać, wspierać, doradzać. Być. Już na zawsze. A tymczasem ona próbowała otoczyć się ludźmi, który tak diametralnie różnili się od tych, z którymi spędzała ostatnie lata. Wraz z odejściem Wiktorii odeszło wszystko - plany, marzenia, a przede wszystkim aspiracje. Odeszło jej życie.
-Życie to jakiś jeden wielki mało śmieszny i pierdolony żart. – usłyszała.
Rzeczywiście tak było. Wydawało jej się, że to wszystko to naprawdę jakiś cholerny żart. Ostatni miesiąc minął zbyt szybko, biorąc pod uwagę również tempo, którym żyła. Nawet się nie obejrzała, a kończył się luty, a wraz nowym miesiącem pojawiały się finały i nowe znaki zapytania. Pod jakimś względem się zmieniła. Pod jakimś względem zdołała odizolować się od otoczenia i czuła się z tym naprawdę szczęśliwa. W końcu zyskała wolność i niezależność.
A on jej w tym pomógł.
Odchodząc.
Antek się zmienił. Zmienił się diametralnie w ciągu zaledwie kilku tygodni nie do poznania, a Pola miała czasami wrażenie, że całkowicie nie zna tego człowieka ani nawet nigdy wcześniej nie widziała go na oczy. Wszystko co do tej pory kojarzyło się jej z słodkim Adonisem wyparowało, a miejsce greckiego boga zajął zwykły i co gorsza arogancki, chamski i nieodpowiedzialny bożek, który całkowicie ukrył piękno jej wybranka. Pola tęskniła za swoim przyjacielem. Nie za facetem, ale za zwykłym przyjacielem, którego wbrew jego powszechnej ulotności zawsze miała przy sobie i nie dowierzała, że w ciągu tygodnia jej nieobecności wszystko mogło się tak bardzo zmienić, więc czasami nawet jej bezsilność doprowadzała ją do płaczu. A Pola nigdy nie płakała przez faceta. Co ten Anton z nią robił? Uczucia się nie zmieniają, nie z dnia na dzień. A przecież on był w niej zakochany. Szaleńczo zakochany aczkolwiek nie do końca był w stanie zidentyfikować jak silna jest ta jego miłość, gdyż nigdy wcześniej nikogo nie kochał. I chyba dlatego wydawało mu się, że tę miłość musi w sobie zagłuszyć, uciszyć, a wręcz usunąć ze swojego wnętrza, bo myśli o niej nie dawały mu spokoju, więc mimowolnie próbował się od niej odizolować. O ile było to możliwe. Nie potrafił, ani momentami nie chciał z nią rozmawiać, bo wciąż powtarzał sobie, że nie może tego robić, bo to wpływa w stu procentach destrukcyjnie na całego jego jakby już wcześniej nie miał więcej problemów.
On nie chciał pozwolić jej się przyzwyczaić. Wszystko tylko nie przyzwyczaić. Nie do niego, bo przecież jego może wkrótce zabraknąć, a to wiązałoby się z jej cierpieniem, a on nie chciał żeby cierpiała. Każdy tylko nie ona. Już wystarczająco dużo tego typu uczuć wzbudził w ludziach i czuł z tego powodu tak niesamowicie wielką nienawiść w stosunku do swojej osoby. Był samolubem i starał się myśleć tylko o swojej wygodzie i spokoju, więc sądził, że z uczuciami jakie w niej wzbudzał poprzez odtrącenie i traktowanie niby z nienawiścią powinna poradzić sobie sama.
Och, jak bardzo ten nieszczęsny piękniś się mylił.
Ona to odczuwała. Tak mógł zachowywać się tylko skończony dupek, a Antek do tej pory wydawał jej się znakomitym ideałem. Adonisem. Tylko, że wspaniały Adonis w ciągu kilku krótkich chwil spadł w jej wyobraźni z Olimpu, a jego idealny dotąd obraz w głowie Poli runął. To wszystko wychodziło jej naprzeciw.
Pola udawała, ze bawi się doskonale. Udawała, że nie wywiera na niej żadnego wrażenia fakt, że on znajduję się tak blisko niej i znów niszczy jej idealny wieczór podczas którego miała choć przez chwile poczuć się szczęśliwa, chociaż w głębi duszy wciąż kipiała ze złości, a wręcz wściekłości. Miała wrażenie, że on znów robi to specjalnie, ze specjalnie nieoczekiwanie zjawia się w miejscach, w których ona przebywa. Zdawała sobie sprawę, że park, w którym się znajdowali nie należał tylko do niej i nie ma prawa być zła na niego, że przebywa w tym miejscu, ale na miłość boską, takie przypadki się nie zdarzają. Nie dla niej.
Pola poszła do parku z nadzieją, że przyjaciele pomogą jej wprawić swój organizm w lepszy nastrój, ale jak ona bardzo się myliła. Jednocześnie z tym zamiarem pojawiał się przecież on i wcale nie chciał znikać, mimo niechęci, która jawnie żywiła w jego kierunku. Zniesmaczona usiadła na ławce w parku, rozdzielając znajomych, którzy się obejmowali. Ułożyła ręce po obu stronach swoich ud i zaczęła stukać paznokciami w drewnianą deskę, licząc, że nieproszony gość wraz ze swoimi kolegami zniknie. Pola była niesamowicie naiwną dziewczyną.
Obydwoje siedzieli tak długo, słuchając poważnych rozmów swoich znajomych. Nie wykonywali praktycznie żadnych ruchów. Oni tylko siedzieli, wpatrując się w przestrzeń niesamowicie odległą, a zarazem przeraźliwie bliską.
To dziwne, prawda? Dziwne, że siódemka tak bardzo bystrych ludzi nie dostrzegła milczenia dwójki osób za które poświęcić w stanie byli życie, że nie zauważyli cierpienia i natłoku myśli, które ich przygniatały i niszczyły na oczach wszystkich.
W tamtym jednym momencie.
Pola odważyła się wstać pierwsza. Odważyła się przerwać tamtą sytuację, pokazując jednocześnie, że coś jest nie tak. Nie oczekiwała pytań, lecz po prostu spokoju. Odeszła. Wiedziała, że on pójdzie za nią. Wiedziała, że od razu podąży jej krokiem, chociaż nigdy nie dali sobie znaków, że właśnie tego oczekują. I mimo że on tam był, mimo że dzieliły ich zaledwie ułamki centymetrów, ona już nie potrafiła zapanować nad tym co dzieje się w środku niej. Nie potrafiła już panować nad uczuciami i zjawiskami, które tak bardzo pragnęły ujrzeć światło dzienne. Nie potrafiła mimo że wciąż o tym marzyła. Złapał ją za rękę, lecz się wyrwała. Raz, drugi, trzeci – proces ten powtarzał kilkukrotnie, ale ona wciąż uciekała, idąc przed siebie. Nie potrafił odpuścić. Nie wybaczyłby sobie tego nigdy. Nie wybaczyłby sobie, że kiedykolwiek odpuścił, nie pozostawiając jej samej prawdy. Prawdy nieskażonej żadnym kłamstwem.
-Nie chcę litości, okej? – Krzyknęła. Nie obchodziło jej to, że jest już późno, a ludzie w domach śpią. Byli sami. Miała pewność, że nikt więcej nie podążył za nimi. Nikt nie rezygnowałby przecież z dobrej zabawy tylko i wyłącznie ze względu na nią. Nie obchodziło jej to, że mógłby uznać ją za wariatkę mimo że jak wariatka zachowywała się już od dawna, ale to był jej swoisty sposób na obronę i nie potrafiła z niego zrezygnować, bo działał. Działał jak nic innego.
Zatrzymała się. Zdawała sobie sprawę z tego, że to odpowiedni moment, by raz na zawsze otrzymać wyjaśnienia. Ona płakała. Płakała ile sił, chociaż nigdy wcześniej nie odważyłaby się tego zrobić poza szarym kątem w swoim pokoju czy za szczelnie zamkniętymi drzwiami łazienki. Nigdy. A teraz płakała. A co najgorsze – w jego obecności. Właściwie to nie był normalny płacz. To był cierpiętniczy szloch, przy którym usiłowała uderzać go zaciśniętymi w piąstki dłońmi, ale ten z całych sił przyciskał jej ciało do swojego, próbując umożliwić jej jakikolwiek ruch. Wszystko ją bolało. Ciało, dusza i umysł, który w jednym momencie rozkruszył się na miliony malutkich kawałeczków, bo nigdy nie spodziewała się, że spotka ją coś takiego, a jej do dziś jeszcze Adonis będzie brał w tym czynny udział. Nie wiedziała czy myśli racjonalnie, czy potrafi robić to w takiej sytuacji, w takim momencie i takich okolicznościach, ale próbowała nie dać się stłamsić. Próbowała nie dać się blokować przez głupi umysł, który sam wyznacza sobie granice.
-Antek, ja już nie mam sił. Nie mam sił, rozumiesz? To musi się skończyć. Już dłużej nie dam rady.
-Musisz dać mi jeszcze trochę czasu. Proszę, czas Pola, czas. Daj mi czas.
Słowo czas dźwięczało jej w głowie. Wypowiadał je z taką pokorą i rozgoryczeniem, że nie była w stanie mu odmówić. Próbowała mu go dać. Próbowała zmusić się do odejścia ze świadomością, że to jeszcze nie koniec, że w tym wszystkim nie wszystko zależne jest tylko od niej, bo jest jeszcze on. I to jemu musi dać możliwość decydowania o swoim życiu, chociaż na jakiś czas. To było ryzykowne, prawda? Oddać się komuś w całości mimo że to tylko kilka chwil, mimo że to nie potrwa długo, ale jednak to oznaczało, że wydaje pozwolenie na swobodne dyrygowanie swoim życiem bez późniejszego prawa zgłaszania pretensji.
-Pamiętaj tylko, że masz tego czasu coraz mniej.
Trafne określenie – pomyślał.
Odeszła. Pragnęła jak najszybciej znaleźć się w domu. Wbrew pozorom poczuła się  bezpiecznie. Poczuła, że ma prawo wracać z uśmiechem na twarzy, mając w pełni czyste sumienie.

/

-Przepraszam, wiem, że zawiodłem, ale każdy popełnia błędy co nie?
-Nie rozumiem o czym mówisz.
-Nie miałem odwagi powiedzieć ci tego prosto w twarz. Nie potrafiłem patrzeć w twoje oczy i mówić. Mówić o wszystkim o czym powiedzieć powinienem już dawno, co od miesięcy niszczy moją psychikę i sprawia, że myślę o czymś o czym myśleć nigdy nie powinienem. Co doprowadziło do tego, że w ostatnim czasie wykonałem zbyt wiele nieroztropnych kroków, których przez wszystkie te miesiące unikałem jak ognia. Pozwoliłem ci się w jakiś sposób poznać, pozwoliłem ci się w jakiś sposób przyzwyczaić. Dupek ze mnie, tak bardzo cię za to wszystko przepraszam.
-Już dawno się do ciebie przyzwyczaiłam. Na przestrzeni wszystkich tych miesięcy, kiedy ty unikałeś tych nieroztropnych kroków, które masz na myśli ja każdego dnia walczyłam z tym, że stajesz się dla mnie coraz bardziej ważny, więc nie zdecydował o tym tylko ostatni czas. On pokazał mi tylko, że czasami może być w życiu cudownie, ale to mija. Zbudował we mnie obawę, że straciłam tyle miesięcy, walcząc z samą sobą, a to było bezzasadne. Ale nie, przekonałam się, że to jednak było słuszne. W pełni. 
-Dziękuje ci za to, że pozwoliłaś mi zapomnieć. Jestem chujem. Czerpałem korzyść z tych chwil, doskonale wiedząc, że nigdy nie powinienem na to pozwolić. Teraz też nie powinienem do ciebie pisać. Powinienem milczeć, ale ty nie zasługujesz na ciszę. Ty zasługujesz na to, żeby o wszystkim się dowiedzieć.
-Wciąż nie rozumiem o czym ty do cholery mówisz.
Irytowała go całą sobą. Nienawidził tamtych słów z jej strony. Miał ochotę ją za nie zabić. I gdyby tylko nie dzieliło ich tyle metrów, zrobiłby to.
Polu, zrozum mnie.
Zaczynając tę rozmowę, chciał tylko żeby po tym wszystkim co dotyczyło jego w jej życiu mu wybaczyła.
Polu, wybacz mi.
Wiedział, że wymaga zbyt wiele, ale przez cały czas, kiedy starannie przygotowywał się do odezwania się, kiedy budował w sobie tą całą odwagę, siłę i determinację, liczył, że ona to zrobi. Wybaczy mu. Nie chciał mieć już przed nią tajemnic. Był w stanie powiedzieć jej o wszystkim. Dosłownie. Tylko żeby mu wybaczyła. Już tylko na tym mu zależało. Ale problem polegał na tym, że ona nie była świadoma tego co ma mu wybaczać i że w ogóle wybaczać mu ma. Dlatego nie rozumiała o czym do cholery on mówi.
-Pozwoliłem ci się poznać. Mogłem nigdy ci na to nie zezwolić, mogłem nigdy nie zaczynać rozmowy, ale skąd mogłem wiedzieć, że to wszystko tak się skończy? Nie jestem prorokiem, chociaż tak bardzo chciałbym nim być. Nie raniłbym wtedy, prawda? Nie powodowałbym samych krzywd, lecz przynosił również trochę radości. Pozwoliłem ci się także przyzwyczaić. Może nie na tyle jak przywykamy do osób, które są dla nas ważne, ale w jakiś sposób dałem ci gwarancję, że jestem. Gdzieś daleko, ale jestem. Doprowadziłem do tego, że kiedy zniknę będzie cię to boleć. Będziesz cierpieć, a tego zawsze powinienem unikać. Zawsze. Raniłem. Raniłem wszystkich ludzi dookoła na każde możliwe sposoby, ale nie chciałem tego zrobić tobie. Nie tobie. Nigdy. To nic, że zapomnisz, a za pół roku nie będziesz już pamiętać jak miałem na imię. Nigdy nie powinnaś być smutna. Ani przez jedną malutką chwilę. Nie zasłużyłaś na to, bo byłaś moim aniołem. Aniołem, który zawsze był mimo że wciąż się przed tym bronił. Uciekałaś, przez cały ten czas uciekałaś, ale przyzwyczaiłem się. Zrozumiałem, że nigdy nie będziesz trwać przy mnie na dłużej, bo anioł nie jest stworzony do ciągłej opieki nad jedną duszą, ale chcę to zmienić. Chcę być twoim aniołem, który będzie bronił cię zawsze. Który będzie czuwał nad tobą przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Obiecuję ci to. Obiecuję, że zawsze będę czuwał tylko nad tobą. Będę się tobą opiekował, obiecuję. Ze wszystkich sił. Będziesz szczęśliwa, obiecuje – dopilnuje tego. Zaufaj mi. Zaufaj i wybacz, że nie podołałem. I zapomnij, przepraszam. Przepraszam, że wpadam w wieczność. Wybacz. Przepraszam, że istniałem – pamiętaj o tym. Kiedyś to zrozumiesz, gwarantuje ci to. I uszanujesz słuszność mojego istnienia. Dziękuje ci za wszystko, aniele.
-O czym ty do cholery mówisz? Istniałeś, istniejesz i istnieć będziesz – nie dziękujesz mi i nie żegnasz mnie.
-Jesteś taka kochana. Taka cudowna. Kiedyś to zrozumiesz.
-Nie chcę tego rozumieć. Nigdy. Czy ty kiedykolwiek wpadniesz na to żeby zapytać mnie o zdanie? Czy zawsze będziesz podejmował samodzielne i głupie decyzje, które są tak beznadziejne, że chcę się tylko płakać? W zasadzie, tu już nie chodzi tylko o to, że płyną łzy. One leciały już wcześniej wraz z każdym słowem i czynem, którego nie rozumiałam, a który z kolei zawsze był ważny. Czy ty kiedykolwiek zdobędziesz się na odwagę żeby zapytać czy ktoś przejmuje się tym co robisz i co się z tobą dzieje? Myślisz, że jesteś sam na tym świcie, ale to nie prawda. To tylko twoje błędne i złudne wyobrażenie. Oprzytomnij. Przejrzyj na oczy. To wszystko dzieje się tylko w twojej głowie. To wszystko nie jest takie piękne jak tobie się wydaje. Właśnie, tobie się tylko to wydaje. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Nie wiem jaka, mogę tylko przewidywać, ale na pewno nie tak piękna jak ty sobie to wyobrażasz. To nie jest ten czas. To nie jest odpowiedni moment. Nie ten. Nie dla ciebie. Nie masz przed sobą otwartej drogi, którą ktoś ci wyznaczył. To tylko twój plan, składający się ze ścieżek bez celu i poplątanych zakrętów. Nie ryzykuj, proszę cię. Nie popełniaj błędu. Nie popełniaj błędu, którego gdybyś miał przed sobą dalszą przyszłość, nie wybaczyłbyś sobie.
-Jeszcze przeze mnie płaczesz. Nie rób tego proszę, zapomnij. Ja tylko ranię. Ja tylko wywołuje zamęt, ale obiecuję, że to się zmieni. To nie jest błąd. Kiedyś to zrozumiesz, obiecuje ci to.
-A co jeżeli ja nie chcę rozumieć? Co jeżeli chcę zostać głupia, pusta, nieświadoma? Wiem, że to tylko zguba i twoje głupie myśli. Nienawidzę ich z całego serca. Nienawidzę tych twoich myśli, planów i marzeń. Marzenia osób w twoim wieku są inne. Ludzie w twoim wieku śnią o przyszłości, o karierze, o szczęściu, a przede wszystkim o miłości. Bądź normalnym człowiekiem.
-No właśnie – marzą o szczęściu, a moje szczęście jest z nim. Przy jego boku. Nie wiesz co tak naprawdę się we mnie dzieje.
-Nie twierdź, że jesteś jedynym pokrzywdzonym człowiekiem na tym świecie, który stracił przyjaciela.
-Gówno wiesz.
-Gówno wiem – ochłoń.

/

Zmrużyła mocno oczy, które bolały i powodowały, że spod jej powiek wydostawały się pojedynce strużki łez. Piekły ją jak jeszcze chyba nigdy wcześniej przez co źle zareagowała na światło, przedostające się przez zasłonięte zasłony do wnętrza pomieszczenia. To nie była wina braku okularów, lecz właśnie tych silnych pierwszych promieni słonecznych, które powoli budziły świat do życia.
Nie spała całą noc – to nie nowość, ale chyba jeszcze nigdy ta noc nie była tak okropna, tak uciążliwa, a przede wszystkim tak przerażająca. Miała wrażenie, że to koniec. Że straciła wszystko. Że nie ma po co się budzić, bo to co zastanie, nie będzie pozytywne ani nawet optymalne.
Nie pamiętała kiedy zasnęła. Właściwie, to chyba nie był sen – to było czuwanie, podczas którego budził ją każdy szelest, każdy szmer, a nawet najmniejszy powiew wiatru. Wzięła tabletkę – jedną, drugą, trzecią, ale to nie dawało ukojenia. To nie dawało ani chociażby minutowego ukojenia. Wciąż było tak samo. Ból głowy powodował, że nie była w stanie żyć. Naprawdę – ona miała wrażenie, że to wszystko ucieka, że to się kończy. Oddanie się w objęcia Morfeusza było dla niej chyba jedynym ratunkiem. Nie musiała myśleć, nie musiała znosić bólu. Nic nie czuła. Nic, nic. Nic.
Zasypiam, zasypiam. Zasypiam. Śnię.
Ucieczka jednak nie może trwać długo. Mimo że bardzo mocno byśmy tego chcieli, wiecznie uciekać nie możemy. Nie jesteśmy w stanie. Nie jest nam to dane. Musiało wzejść słońce najgorszego dnia w jej życiu. Wygrzebała się spod kołdry. Już sam ten czyn pochłonął wraz ze sobą niesamowitą ilość czasu.
Pierwsze co zrobiła to stanęła przed lustrem – nie mogła patrzeć na swoje odbicie. Nie była piękna, to oczywiste, otaczało ją setki dziewczyn ładniejszych, ale zawsze przynajmniej była naturalna. Tryskała od niej radość, pozytywizm. A teraz? Teraz nie poznawała samej siebie. Stała przed nią dziewczyna zbyt chuda, zbyt bardzo przerażona, zbyt bardzo nieszczęśliwa. Miała zapuchnięte powieki, ale z łatwością potrafiła dostrzec przez nie strach, czający się w oczach. Czego się bała? Chyba przede wszystkim tego co zastanie za drzwiami, tego z czym zmierzyć będzie musiała się w takim stanie. Bez wiary, bez sił, że cokolwiek może jej się udać. Uleciało z niej wszystko, nawet determinacja. W jednym momencie poczuła się taka mała, taka bezbronna, że jedyne na co miała ochotę to schować się pod kołdrę lub wtulić w silne, a przede wszystkim bezpieczne ramiona rodziców. Nie zważała na to, że kiedy przekroczy próg pokoju wszystko ją przygniecie. Nie zważała na to, że ona z tym wszystkim będzie musiała walczyć, a w oczach jej ojca pojawi się nieme pytanie. Podbiegła do niego. Wydawało jej się, że kilka metrów, które przebywa są wiecznością. Był zdezorientowany. Nigdy dotąd nie okazywała uczuć, a już szczególnie względem niego.
Izolowała się. A teraz? Teraz mocno zaciskała materiał jego szarej koszulki, sprawiając, że ta zmieniała kolor. Czuła się naprawdę bezpieczne. Tak przez chwilę. Tak przez moment. Jego dłoń na zmianę się unosiła i opadała. Delikatnie gładził jej włosy, prosząc żeby się uspokoiła, a przede wszystkim przestała płakać. Był przerażony, nie wiedząc co się tak właściwie dzieje. O ściany jego głowy obijało się setki pytań, które chciał zadać. Wpatrywał się w nią wyczekująco, ale ona nie chciała wydobyć z siebie żadnego słowa. Pragnęła żeby zrozumiał, że ona nie chcę się zwierzać, po prostu nie ma na to czasu. Że to wpłynie na nią jeszcze bardziej destrukcyjnie.
Po upływie kilkunastu minut uniosła się. Stanęła przed nim wyprostowana i spróbowała lekko się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego grymas.
-Będzie dobrze. – szepnął.
Jej ciało przeszyły dreszcze, a z oczu wydostały się krople łez. Nie potrafiła się opanować. Kiedy tylko przekroczyła próg salonu, osunęła się na zimne płytki przedpokoju i schowała głowę między podkulone nogi. Zaczęła się kręcić, pragnąc wyrzucić wszelkie myśli, które ją atakowały. Nie wiedziała ile tak siedzi. Zmęczona w końcu opadła na lewy bok i stukając białymi paznokciami wybijała nieokreślony rytm, wzrok mając wciąż utkwiony w swoich palcach, ale ten rytm był coraz bardziej cichy i z czasem już wcale rytmu nie przypominał. To były pojedyncze i przypadkowe uderzenia, które boleśnie drażniły jej wrażliwe bębenki. Powoli się oddalała. Powoli nie myślała.

/

-Pola.. - Poczuła ciepły oddech, drażniący jej szyję. Otworzyła lekko oczy i delikatnie zaczęła poruszać swoim ciałem. – Nie chciałem cię budzić, ale chyba ktoś pilnie musi się z tobą skontaktować, bo nie daję ci spokoju.
-Która godzina?
-Nieważne. – opowiedział automatycznie.
-Musisz zawieść mnie do szkoły. – Wypowiedziała to tonem nie znoszącym sprzeciwu i mimo dziesiątek argumentów przeciw jej wyjściu, które krążyło mu po głowie, kazał jej się ubierać.
-Tato.. – szepnęła. – Ja wiem jak to wygląda, ale nic się nie dzieje. Ze mną wszystko w porządku. – urwała. – To z otoczeniem dzieje się coś nie tak.
-Mama o tym wie?
-Ona  nie rozmawia ze mną od miesięcy.
-Pamiętaj, że nie możesz obwiniać za to siebie. To jej wina i jej decyzje. Ty nie miałaś tu nic do powiedzenia.
-Wiem. – Prawie krzyknęła.
Wyszedł z pokoju, a chwilę później usłyszała trzask drzwi wyjściowych. Czas na akcję - maskowanie złego samopoczucia idealnym ubiorem. Zerwała się z łóżka i w pośpiechu ubrała swoje ulubione spodnie i top, po czym założyła na siebie płaszcz, obwinęła szyję szalikiem, wzięła czapkę, buty i w pośpiechu zamknęła dom na klucz.
-Co cię łączy z Antkiem?
-Co?
-Pola, codziennie ze sobą rozmawiacie, co drugi dzień po ciebie przychodzi, a dzisiaj wydzwaniał do ciebie przez pół poranka
-Nie wierzę. – Zaczęła kręcić głową na prawo i lewo. - To nie ma żadnego związku z uczuciami.
-Pomagasz mu w czymś?
Czy ona mu w czymś pomagała? Czy była w stanie to zrobić? Czy on kiedykolwiek zdobyłby się na to by jej na to pozwolić? To mogła chyba pokazać jej dopiero przyszłość. Chyba.
-Można tak to nazwać.
-O wilku mowa.
-Co? – spojrzała na niego, mrużąc oczy.
-Obierz. – Wskazał głową na swój telefon, wibrujący na tylnym siedzeniu samochodu. Na jego wyświetlaczu widniało nazwisko, które jednocześnie fascynowało i przerażało ją do granic możliwości. Winiarski.
-Ojciec nie może rozmawiać, prowadzi.
-To głupie, ale był u was Antonin? Od wczoraj nie pojawił się w domu.
Zmroziło ją. Nie mogła złapać powietrza.
-To wcale nie głupie. – Urwała - Martwi się pan o syna.
-Polu, gdybyś miała z nim jakikolwiek kontakt to proszę, odezwij się.
-Niech pan się nie martwi. Znajdę go.
Rozłączyła się z rozmówcą i automatycznie wybrała dobrze znany jej numer. Nie odbierał raz, drugi, trzeci i w końcu kiedy już całkowicie straciła nadzieję na jakikolwiek znak z jego strony na ekranie jej telefonu wyświetlił się sms: Benedyktyńska 14.
Wysiadła z samochodu zanim dokończyła mówić towarzyszowi o co chodzi. Pobiegła przed siebie ile sił w nogach, nie zatrzymując się nawet na pasach i ignorując krzyki staruszka, że tak nie można, że on wzywa policję, że mogło jej się coś stać. Miała to gdzieś, bo przecież w tamtym momencie nie liczyło się jej zdrowie. Nie obchodziło jej nawet to, że każdy jej czyn mógł oznaczać koniec.
Po dotarciu do celu stanęła jak wryta, bo nic  nadzwyczajnego wbrew pozorom się nie działo.
To ona tutaj biega, martwi się, bierze wszystko na siebie, a on sobie siedzi na murku, macha nogami i pije piwo? W dodatku owocowe? Jakby gdyby nigdy nic?
-Tępy, głupi, pusty, nieodpowiedzialny, niepoważny dupek. – Mówiąc to próbowała za wszelką cenę powstrzymać się od wybuchu. Jak mógł? Co to miało być? Jakiś test na to czy przejmie się jego losem?
-Jestem idiotą, chujem, frajerem, kretynem - powiedziałem to co ty, tylko po co mówisz tak ładnie? – Powiedział z pretensją. – Nazywajmy rzeczy po imieniu.
Miała ochotę płakać, bo kolejny raz za bardzo się zaangażowała i to znów ją raniło. Nie mogła sobie na to pozwolić. W każdej innej sekundzie swojego życia tak, ale nie w tamtym momencie.
Uszczypnęła się w przedramię, ale to nie spowodowało zniknięcia obrazu, który znajdował się przed jej oczami. Wystukała na wyświetlaczu telefonu: Jest i wysłała wiadomość. Widząc jego minę, machinalnie klęknęła. Nie dając mu szansy na reakcję przyciągnęła jego ciało do swojego i zacisnęła mocno powieki.
Może tak czas na koniec?
-Myślałem, że udajesz jak wszyscy. – Szepnął. – Przepraszam.
Tak kurwa udawała jak wszyscy. Udawała, że kocha, że nic nie czuje, że jest jej całkowicie obojętny, ale to ją tak niszczyło od środka, od wewnątrz, że nie potrafiła normalnie funkcjonować. Czuła się jakby znalazła się na skraju dróg czy nad przepaścią, że ma przed sobą tylko jeden ruch i w każdej sytuacji popełni nieodwracalny błąd, ale teraz priorytetem było niesienie pomocy temu idiocie.
Uczucia Antka od zawsze wydawały jej się czymś niepoznanym i nieodgadnionym, ale do tej pory mimo że wiedziała, iż należy on do grupy osób, które udają tylko szczęśliwych, nigdy nie przeszło jej przez myśl, że on tak bardzo cierpi, że jest sam i nikt, absolutnie nikt nie jest w stanie mu pomóc. Chciała to zmienić. Chciała zmienić każdą jego decyzję, pogląd i zdanie na temat tak zakazany do ujawnienia komukolwiek spoza ich dwójki, ale nie wiedziała jak. Nie wiedziała co może zrobić. Nie wiedziała czy jest w stanie być aniołem. Aniołem, który uratuje go przed śmiercią.
-Nie powinienem ci tego mówić, prawda? Nie powinienem nigdy zacząć tematu.
-Nie powinieneś nigdy myśleć o tym o czym myślałeś.
Westchnął.
-Pamiętasz kiedy byliśmy tutaj ostatni raz?
Pamiętam każdą sekundę spędzoną z tobą.
-Nie za bardzo.
-To było niedawno. Kilka miesięcy temu. Urwaliśmy się z imprezy u Waldka, bo ja miałem dosyć picia, a ciebie wkurzał Tomuś z mojej klasy, który przez cały wieczór gdyby tylko znikałem, się do ciebie przystawiał. Było zimno, ale jeszcze nie mroźno. Nie leżał śnieg mimo że powinien, a ziemie pokrywały praktycznie zgniłe już liście. Poziom wody w rzece był bardzo niski. Skakaliśmy po piaszczystej plaży i kurde, byliśmy tacy beztroscy, chociaż wtedy jeszcze tak mało upłynęło czasu od jego śmierci.
Głos mu się załamał.
Przyciskał jej ciało do swojego. Miała wrażenie, że powoli przestaje oddychać, tracąc możliwość złapania świeżego powietrza. Jej klatka unosiła się coraz rzadziej i z upływem każdej kolejnej minuty coraz mniej razy opadała. Chciała go mieć jak najbliżej, czuć, że jego ciało wbija się w jej, bo to oznaczało, że jest i potrzebuję jej by czuć się sobą.
Pamiętam ten wieczór jak dziś.

/

Nie było jej pierwszego dnia. Czuł pustkę. W przeciągu ostatnich kilku miesięcy zdążył przyzwyczaić się do jej codziennej obecności, umoralniających wypowiedzi i ciągłych pouczeń, których nie powstydziłby się nawet najlepszy amerykański psycholog, więc tego wszystkiego mu brakowało. Spędził całą noc czuwając, ale nie w taki sposób jak robił to dotychczas - on czekał. Czekał na jakikolwiek sygnał od niej, jakiekolwiek słowo, które byłoby skierowane tylko do niego, ale w rzeczywistości nigdy czegoś takiego nie dostał.
Nie było jej drugiego dnia. Martwił się. Był wręcz przerażony, bo nigdy nie znikała na tak długo, ówcześnie nie prosząc go o brak żadnego pochopnego czynu. Ostrzegała go, że jej nie będzie. Mówiła, że przez jakiś czas będzie zdany tylko i wyłącznie na siebie. Tym razem tego nie było. Nie było żadnych słów, które wpłynęłyby na niego kojąco. Martwił się jak nigdy, zapominając jednocześnie o całej swojej rozpaczy, o wszystkich problemach i każdym niepowodzeniu. Po prostu chciał żeby wróciła. Czy to tak dużo?
Nie było jej trzeciego dnia. Stracił nadzieję. Nie miał już pewności czy jeszcze kiedykolwiek pozwoli mu uczestniczyć w swoim życiu. Bał się, że po prostu zrezygnowała, że miała już dość tego o czym jej mówił i o czym myślał. Miała po prostu już dość jego całego. Szczerze nienawidził siebie za to, że doprowadził do świadomego wypełnienia jej życia sobą. Przecież to mogło ją wykończyć, a on tak świadomie w to brnął. Z czasem odważył się nawet napisać do Elizy, ale ta nie wiedziała o niej nic. Nie uwierzył w to. Stracił nadzieję.
Nie było jej czwartego dnia. Uświadomił sobie, że jest głupcem, a ona po prostu nie chcę mieć z nim już nic wspólnego. Uświadomił sobie, że Eliza kłamała, bo ona tuż przed zniknięciem ją o to poprosiła. Brzydził się sobą, bo przez chwilę chciał jej dać powód do cierpienia, a przecież tego wystrzegał się przez cały ten czas. Nie chciał żeby cierpiała. W żadnym wypadku. Przez drugą z chwil miał nawet pewność, że biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia jego zniknięcie wcale by jej nie ruszyło. Nie wiedział jednak jak bardzo się myli. Nie zdawał sobie z prawy z tego, ile jedno żegnaj potrafiło wyrządzić krzywd.

/

-Jesteś głodna? – zadała to pytanie chyba po raz setny w ciągu zaledwie godziny. Miała dość jej pozornie zmartwionego i opiekuńczego głosu, bo nie dała się nabrać, że rzeczywiście cokolwiek ją obchodzi. Miała ochotę ją po prostu wyprosić.
-Jadłam. – Odpowiedziała, nie siląc się na uprzejmości. – Ile razy mam ci to jeszcze powtórzyć żebyś w końcu zrozumiała?
-Martwię się.
-Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej.
Nie wzbudzała w niej litości. Ani krzty litości. Pola miała ochotę się roześmiać, ale ostatkiem sił się powstrzymywała. Jej mama była żałosna. Nagle, kiedy coś w jej życiu potoczyło się nie tak, kiedy jej organizm gorzej się poczuł ona nagle zaczęła przejmować się swoją córką, którą dotychczas potrafiła zbyć przy każdej nadarzającej się okazji. Chciała być milsza, ale nie potrafiła. To było zbyt trudne.
Pola wyszła z sali, nie czekając na rodzicielkę. Zeszła po niekończących się schodach, rezygnując z jazdy windą po czym bez wypowiedzenia żadnego słowa wsiadła do samochodu mamy, która pojawiła się przed wyjściem ze szpitala kilka minut później. Jechały w całkowitym milczeniu, a Pola oglądając przelatujące jej przed oczami krajobrazy, pierwszy raz od dłuższego czasu czuła się dobrze. 
-Chcę wrócić jeszcze na ostatnie dni do taty.
-Jesteś tego pewna?
To pytanie ją zdziwiło.
-Jestem. Dlaczego miałabym nie być?
Nie odpowiedziała. Kilka minut później zatrzymała się pod domem byłego męża, a Pola nie mogąc znieść już tej sztywnej atmosfery, wysiadła z auta ówcześnie mówiąc, że się odezwie. Postawiła przywiezione rzeczy w przedpokoju i nie oglądając i tak pustego domu, wyszła na dwór.
Czekanie na Elizę ją irytowało. Zdążyła zjeść całą paczkę biedronkowych krakersów, których absolutnie nie wolno było jej jeść, zepsuć krzesło, służące jej za podporę dla nóg i przesłuchać niestety skąpe w nowe hity MP3, a ta pojawiła się dopiero po dokładnie dwudziestej trzeciej wiadomości przesłanej do niej na facebooku.
-Mimo że cholernie dobrze znów cię widzieć mam ochotę nakopać ci do dupy.
Miłe powitanie. Nie ma co.
-Martwiliśmy się.
-Martwiliście się. – Westchnęła.
-My wszyscy. Nawet ci najbardziej twardzi.
-Wsadź sobie w dupę te swoje szyfry. – Uprzedziła na poczekaniu.
Ostrzegła przyjaciółkę, żeby nie siadała na uszkodzone krzesło tylko skierowała się do domu. Otworzyła drzwi i przepuściła ją, a ta automatycznie podążyła do kuchni i zaczęła przygotowywać dwa kupki niesamowicie pachnącej kawy. Skruszona przeprosiła, że nie może jej wypić i poprosiła żeby usiadła obok niej. Mówiła, żeby się nie przejmowała i po prostu się uśmiechnęła, bo to nie miało żadnego znaczenia na tle tego, że znów mogła z nią rozmawiać i pękać przy każdym najmniejszym żarcie, który wcale nie był śmieszny.
Czy wracała stara Pola? Na pewno jakaś jej cząstka.

/

Wzmocniła uścisk jaki wywierała chustka na jej szyi.
Nigdy nie ufaj ślicznie ubranym i wymalowanym kobietom, znającym na pamięć każde zdanie, które mają wypowiedzieć.
Mimo dwudziestu stopni, które zapowiadała pogodynka w porannych wiadomościach kurtka, którą miała na sobie wcale nie powodowała wystarczającego ciepła. Wiatr, który co jakiś czas niespodziewanie się zrywał i cichł powodował spustoszenie i niósł ze sobą przeszywające zimno. Stanęła na środku trawiastej ścieżki, intensywnie mrugając. Pochyliła się do przodu i oparła dłonie o kolana, ale kiedy skupiając całą swoją uwagę na próbach pozbycia się z oczu irytujących ziarenek piasku, została potrącona, automatycznie się wyprostowała. Nie wierzyła własnym oczom i wgłębi siebie miała przez chwilę nawet nadzieję, że jej spojówki się mylą, źle reagując na otoczenie, ale to złudne. Cholera jasna.
-I co nie powiesz mi nawet głupiego i nic nie znaczącego cześć?
-Po co, skoro nic nie znaczy?
-O co ci znowu chodzi?
-O to, że komuś zaufałem? O to, że ktoś stwarzał tylko pozory? O to, że ktoś przez cały ten czas mnie okłamywał?
-Czy ty naprawdę myślisz, że jestem głupia i nie wiedzę, że to wszystko to jebane aluzje do mnie? Myślisz, że miałam to w dupie? Myślisz, że mnie to obchodziło? – Urwała. – Nie mów nic. Tak strasznie się bałam, bałam się codziennie. Bałam się, że nie zdążę. Że nagle okaże się, że to wszystko się skończyło. Budziłam się rano, myśląc i błagając oby dziś telefon nie zadzwonił. Obym dziś nie usłyszała wiadomości, która zmieni całe moje życie w koszmar. – Odetchnęła.  - Właściwie, ono już wcześniej było koszmarem, bo codziennie nie mogłam jeść, pić, spać ani racjonalnie myśleć, bojąc się, że coś się spierdoli, że już tego nie będzie. Że znowu stracę wszystko na czym mi zależy. Zmieniłam się w pieprzoną altruistkę, budując wokół siebie jeszcze większe mury nie do przejścia. To mnie zabijało. I zabija wciąż, bo przecież nie mam pewności, że będzie dobrze. Marzenia się nie spełniają. Nie pod tym względem, a moim pierdolonym marzeniem jest twoje bycie. Ono nie musi być ze mną. Nigdy tego nie wymagałam, ale chciałabym żeby było chociaż obok mnie. Naprawdę będę wtedy szczęśliwa, ale wiem, że chcieć nie znaczy móc. Nauczyłeś mnie tego. – Oskarżycielsko wbiła mu palec w klatkę piersiową.  -  Chciałam zastąpić ci to co utraciłeś, ale nie potrafiłam, bo ty nigdy mi na to nie pozwoliłeś. Nie pozwoliłeś mi się przyzwyczajać. Przepraszam, ale twój plan upadł. Przepraszam, bo moje własne problemy mnie przerosły i nie potrafiłam ci pomóc.
-Pola..
-Nie zauważyłeś nawet jak gasłam. To było tak, że jak przez tyle miesięcy żyjesz na wysokich obrotach i nie masz czasu, ani pomyśleć o sobie, ani odreagować, bo wciąż coś się pierdoli u osoby, która jest dla ciebie najważniejsza, to w końcu coś musi się w tobie złamać. W końcu wszystko do ciebie dociera i nie możesz już dłużej od tego uciekać. To do mnie wracało. Każdej nocy, a ja wciąż udawałam, że dam sobie radę, ale w końcu musiałam nie dać, bo ile cierpienia może znieść zwykła, pięćdziesięciokilogramowa dziewczyna? I to był właśnie ten moment, w którym musiałam zmierzyć się z własnym życiem, a ty mnie olałeś. Nie wiedziałeś, dlaczego czasami znikałam, a ty nie miałeś ze mną żadnego kontaktu. I wciąż tego nie wiesz. Myślisz, że czasami miałam cię dość, że odchodziłam i udawałam, że mnie nie ma, zapijając smutki z przyjaciółmi, ale tak nie było. Nigdy, bo ja jeszcze nigdy nie spotkałam osoby, której tak szczerze zaufałam. Nie mówiłam ci dużo, ale dla mnie to już było wiele. I sądziłam, że jesteś jedynym człowiekiem, który nigdy mnie nie zostawi. Nie w taki sposób bym się rozczarowała. Sądziłam, że zawsze będziesz. Teraz i w przyszłości. Masz rację – udaję, ale nie w kwestii tej o której ty myślisz. Udaję, że mnie to nie rusza, udaję, że się trzymam, udaję, że to nie prawda, że jej już nie ma. Ona była dla mnie wszystkim. I wszystko się na niej zaczynało i kończyło, więc nie pierdol mi, że przez cały ten czas udawałam, że wiem co czujesz. Ona umierała na moich oczach. – Głos jej się złamał. Oszołomiony przyciągnął jej ciało do siebie, ale ta go odepchnęła. – Nie dotykaj mnie! Byłam tam sama. Prosiłam ją żeby ze mną została, a ona tylko przepraszała i prosiła żebym pamiętała, że mnie kocha. Prosiła żebym nigdy o tym nie zapomniała i żebym przekazała to jej najbliższym. Nie wyobrażasz sobie co czułam, kiedy jej oczy powoli stawały się puste, uśmiech bladł, a mowa stawała się zbyt trudna. I nigdy nie będziesz wiedział co czułam, bo ty nie byłeś przy śmierci swojego przyjaciela. Ty dowiedziałeś się o wszystkim po fakcie. Nie miałeś nic do powiedzenia, nie mogłeś nic poradzić, a ja mogłam. Tylko nie potrafiłam. – Urwała. – Ale masz rację przez cały czas udawałam, że mi przykro, że wiem co czujesz. Masz te swoje wytłumaczenia. – Zakończyła, biorąc głęboki oddech, bo mówiła w tempie przekraczającym wszelkie dopuszczalne normy. Miała wrażenie, że wylała z siebie już wszelkie dostępne zasoby łez, ale dzięki temu znów poczuła się wolna i beztroska. Marzyła o tym od dłuższego już czasu.
-Jestem chujem, zawsze to powtarzałem, a ty wciąż i wciąż mnie usprawiedliwiałaś.
-Nie jesteś chujem tylko egoistą. Powiedziałam ci to, pamiętasz? Już na samym początku, kiedy tylko dowiedziałam się co cię trapi, powiedziałam ci, że jesteś pieprzonym egoistą, ale to nie tu tkwi problem. Ja nigdy nie chciałam, żebyś się dowiedział co się dzieje ze mną. Nigdy nie chciałam zrzucać na ciebie jeszcze większej odpowiedzialności czy problemów, bo zależało mi na twoim szczęściu. Szczęściu, ale tutaj. To ja popełniałam same błędy.
-Nie możesz o wszystko oskarżać siebie.
-Ale to robię. Wciąż i wciąż. Nie zostawiaj mnie takiej, błagam.

/

Rozumieli się bez żadnych słów. Kiedy ona przychodziła, on odchodził, kiedy ona odchodziła, on przychodził, a to wszystko działo się tak automatycznie, że nawet powoli zaczynali wierzyć w zwykłe zrządzenie losu.
Ich drogi się rozeszły. Każdy z czasem poszedł w swoją stronę. Niekiedy jednak się widywali, bo wspólna szkoła, rodzice i ich klub do czegoś zobowiązywały. Zawsze na jego widok reagowała pozytywnie, ale nie działał on na nią już tak destrukcyjnie. Zdążyła poukładać w swojej głowie myśli i przemówiła sobie do rozsądku, że mimo iż jej miłość do niego na pewno nie zmalała to nigdy nie będą razem. To nie było możliwe. Zbyt wiele ich dzieliło, a ona musiała z tym żyć i codziennie powtarzać sobie, że tak już musi być, a ona da radę i będzie z tym walczyć do samego końca.
Mimo wielu granic podczas tych spotkań uśmiechała się promiennie, a mu zawsze ten gest imponował, gdyż Antek był czegoś pewny jak niczego innego na świecie - ten uśmiech zawsze był szczery, w stu procentach.

/

-Czekałem na uśmiechniętą Polę, która rozbawi mnie do łez, zapełni każdą minutę jak tylko się da i przede wszystkim będzie się śmiać. – Powiedział z wyraźnie zarysowaną pretensją w głosie.
Drewniany mostek kołysał się na wodzie na zmianę w prawo i lewo, a jego kraniec delikatnie zatapiał się w wodzie od ciężaru jej ciała. Koniuszki jej palców co jakiś czas obmywała chłodna jeszcze woda, której nie zdołały ogrzać pierwsze promienie czerwcowego słońca. Oparła głowę na jego ramieniu, głośno wypuszczając powietrze i uderzyła go w brzuch, doskonale zdając sobie sprawę, że wcale go to nie zaboli. Tylko na to czekała.
-Dlatego smutno mi, bo kiedyś się śmiałam. – Zamilkła. – Chciałabym.. chciałabym przestać się bać.
-A czego się boisz?
-Wszystkiego.
-Dlaczego się  nie odzywałaś?
-Jeżeli mam być szczera, to zapomniałam, że mogę na tobie polegać.
-Mogłaś skłamać, frajerze.
-Serio, chciałam się odizolować od wszystkich, którzy ją znali. Zaprzyjaźniłam się przez ten czas bardzo mocno z samotnością.
-I jak ci z nią było?
-Chujowo.
-Pamiętaj, że żyjąc samotnie sami sobie wszystko zawdzięczamy.
-Rzeczywiście, wolę kiedy bałagan w swoim życiu robię tylko ja, co było ostatecznością w ostatnim czasie, ale kurde, nie spodobało mi się to.
-Teraz może być już tylko lepiej.
-Pieprzony poeta się znalazł.
-Nie grzeszysz kulturą. Przyznaj, że brakowało ci mnie.
-Bardzo. Niestety, w tym roku przenoszę się do Krakowa, więc będziesz musiał mnie znosić na co dzień.
-Czym sobie na to zasłużyłem?
Uderzyła go w ramię.
-Idiota.
-Śmiej się. Śmiej, śmiej, śmiej.
Podobno łatwo mówić, a trudno wykonać. Podobno nie da się zmienić kilku miesięcy życia w jedną chwilę, a tygodni ciężkiej pracy wyrzucić do kosza. Podobno czasami od sukcesu dzielą nas granicę nie do przejścia, a rzeczywistość jest czymś stałym. Podobno świat się zmienia, ale potrzebuję czasu.
A w tym przypadku wszystko toczyło się z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z sekundy na sekundę.
Biegała po płytkiej wodzie z kapeluszem na głowie, okularach na nosie i bluzce zawiązanej na wyraźny supeł. Jej rówieśnicy rozgrywali prymitywny sparing między kadrą żeńską a męską, a ona próbując ich wkurzyć, na zmianę oblewała ich ciała wodą i osypywała piaskiem. Rysowała na tafli wody koła, okręcając się w prawo i w lewo, a po jej policzkach czasami skapywały pojedyncze krople. Bo widzicie, jeżeli ktoś zapytałby ją teraz o jedną z najbardziej beztroskich chwil w życiu, opisałaby właśnie tą. Bez żadnej chwili zawahania.
Ale niespodziewanie jej uśmiech zbladł. Niespodziewanie wyraz jej twarzy diametralnie się zmienił. Wiecie jak to jest jeżeli najpierw cały dzień się śmiejemy, będąc szczęśliwymi ludźmi, a w drugiej chwili  kąciki ust wędrują w dół przez chwilę odsłaniając jeszcze zęby, a chwilę później już całkowicie się zaciskają, bo mamy poczucie, że to zbyt puste? Tkwi w nas obawa, że ktoś ten krótki proces zauważy. Z przerażeniem odgarniamy kosmyk włosów z twarzy i zaciskamy dłonie silno w pięści. Rozglądamy się, dając znak znajomym, że wszystko jest w porządku, ale potrzebujemy chwili przerwy, a tak naprawdę udajemy się w kierunku biegunowym niż oni tego oczekują. W rzeczywistości uciekamy. W rzeczywistości chcemy zostać sami. W rzeczywistości nie chcemy już tylko czuć się samotni - my chcemy być samotni. Tak właśnie było w przypadku Poli. Nie czuła się częścią tego co działo się naprawdę, ani nawet nie brała udziały w zdarzeniach, które ją otaczały – ona tylko biernie stała i odgarniała właśnie ten niesforny kosmyk włosów, opadający jej na twarz, żeby chociaż pokazywać, że jest z nimi w pełni ludzką istotą, a nie tylko ciałem. Nie tylko czymś co jest uwięzione w wodzie i nie zdolne do ruchów, bo jego dusza, myśli i cała reszta jej dryfuje. Dryfuje, bo nie dała rady, bo nie podołała. W tym  wszystkim już wcale nie chodziło tylko o to, że to się skończyło, lecz o fakt, że to ona uciekła, że się przestraszyła, że nie dała sobie szansy. Chodziło o to, że nie wytrzymała, że przeraziła ją waga sytuacji.
W tamtej chwili uświadomiła sobie, że straciła dwa miesiące, że jest dwa miesiące bliżej do zguby. Potrafiła spędzić sześćdziesiąt jeden dni bezkarnie się śmiejąc i praktycznie zapomnieć, chociaż dotąd wydawało jej się, że to nigdy nie będzie możliwe. I powtarzała sobie, że będzie dobrze a tak naprawdę już dawno tak właśnie było. Mijała się z nim każdego dnia na korytarzu, odpowiadając cześć i żałując, że to tylko głupie cześć, ale codziennie mijał dzień. Codziennie to cześć znaczyło, że on tu jest, że ma możliwość z nim rozmawiać, że gdyby na jakiś swój sposób nie odważyła się być nawet na tą jedną zbyt krótką chwilę to on byłby już tylko w jej wyobrażeniach. Jego głos rozbrzmiewałby tylko w jej głowie. Ona nienawidziłaby się każdego dnia, że nie dała rady, że go nie ma tylko i wyłącznie przez nią, że ona go dobiła zamiast uratować.
Biegła. Piasek wymykał się spod jej ciężaru ciała, kurząc się na wszystkie strony. Traciła równowagę. Biegła.

/

Usiadł koło niej. Chyba tylko na to czekała. Popatrzyła na niego, ale doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że żadno z nich nic nie powie. Nawet tego nie wymagali. Odwróciła głowę i znów wpatrywała się w ścianę naprzeciwko niej. Zamknęła powieki. Automatycznie z jej oczu wydostały się dwie pojedyncze krople, które przecięły jej policzki na pół. Widział to, ale nie odezwał się, bo czuł, że to właśnie ona uczyni to pierwsza, ale potrzebuje tylko i zarazem aż czasu. Otworzyła usta raz, ale już chwilę później szybko je zamknęła, próbując łapczywie złapać oddech. Przez długi czas nie mogła go później unormować. Przez długi czas nie mogła zrobić nic, a gdy tylko otworzyła usta na nowo znów praktycznie straciła dech. Ta sytuacja wyglądała tak, że wydawało się, iż to co czuje Pola, to co dzieje się w jej organizmie czy głowie mogło ją zabić. W każdej chwili.
-Nie udawaj, że jest dobrze. Nie przede mną. Wiem, że jest tylko lepiej.
-Przecież robisz dokładnie to samo.
-Nie pozwolę ci teraz na to, żebyś się przede mną zamykał, rozumiesz? Nie po tym wszystkim. Przepraszam. – Wyszeptała.
To jedno przepraszam mówiło wszystko. To jedno przepraszam było dla niej zabójcze. To jedno przepraszam powinno nigdy nie zostać wypowiedziane.
-To moja wina, że teraz taka jestem. To moja wina, że pozwoliłam by minęło tyle czasu, a ja trwałam i karmiłam się błędnymi wyobrażeniami, że codziennie będzie lepiej, że się od siebie oddalamy, ale to powinno sprawiać, że jestem lepszym człowiekiem, ty żyjesz dłużej, ale tak nie było. Nie wiem dlaczego. Chcę być szczera – pozwól mi na to. To moja wina, bo mój organizm wymarzył sobie scenariusz miłości idealnej. Idealnej, ale bolesnej i tragicznej. Dlatego szukał ciebie. Dlatego stałeś się dla niego ważny. Dążył do ciebie mimo że ja nigdy tego nie chciałam. Szukał ciebie, a kiedy znalazł, stchórzyłam na całego. Z jednej strony to niesamowite, że przez cały ten czas nikt nie zauważył co się między nami dzieje. Każdy myślał i myśli, że nie znamy nawet swoich imion, że nie mamy ze sobą nic wspólnego, a tymczasem dotarliśmy do etapów więzi tak silnych, których nikt wcześniej nie poznał.
-Nie myśl, że zawiodłaś, bo to ty przywróciłaś mi wiarę w to wszystko.
-Z jednej strony są momenty kiedy z całego serca cię nienawidzę, mam dość tego, że uczestniczysz w moim życiu i chcę żebyś zniknął. Proszę o to całymi dniami. Błagam o to. Błagam żeby nie mieć z tobą nic wspólnego, bo to wiąże się z cierpieniem. Ale jest też druga strona kiedy budzi się we mnie to cholerne uczucie. W zasadzie ono jest cały czas, bo chcę się ciebie pozbyć byśmy nie ranili siebie nawzajem, ale kurde, to wszystko opiera się na uczuciach. To są te momenty kiedy prowadzimy ze sobą takie luźne rozmowy. To beztroska jest mi, jest nam potrzebna.
-Dziś są twoje urodziny.
Zaśmiała się.
-Minęło prawie pół roku.
Jesteśmy znów tak beztroscy.
Byli znów tak beztroscy. Potrafili śmiać się tak jak kiedyś. A do tego wszystkiego potrzebowali czasu.
Czasu.
Czasu, który jest prawdziwym wyznacznikiem życia.
Czasu, którego nic nie jest w stanie zastąpić.
On musiał minąć żeby było dobrze. Na pewno nie było idealnie, tak nie jest nigdy, ale było optymalnie. Tak by nie zatracać się we wspomnieniach ani nie tracić godzin na izolacje. Oni potrzebowali czasu by znów stać się sobą. Tak, wspomnień nikt nie był w stanie im odebrać. One wciąż były. Tkwiły w nich, gdzieś w głębi. To oczywiste, że czasami to wszystko wracało, tego nie da się ominąć, ale to nie było już tak bardzo zgubne. Pozostawiły trwałe ślady psychiczne, fizyczne, ale mimo że życie jest niesprawiedliwe to uczy.
Uczy żyć. Uczy funkcjonować. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz