czwartek, 26 grudnia 2013

[v] co czujemy

Długość: 8 511 wyrazów.
Czas publikacji: 27 października - 26 grudnia 2013.


Odchyliłam głowę do tyłu i odłożyłam zapełnioną różnymi wzorami, których sama do tej pory jeszcze nie zrozumiałam kartkę A4 na podłogę, a kiedy miałam już przyłożyć głowę do białawej poduszki, uprzednio kosztując zimnej kawy, odezwał się czarny telefon, leżący na dywanie. Sięgnęłam po niego dość niechętnie, bo przecież byłam już cholernie zmęczona i marzyłam tylko o tym, żeby się położyć. Zmęczona pracą, obowiązkami, a przede wszystkim życiem. To okropne uczucie - być zmęczoną życiem. Przeczytałam wiadomość, która całkowicie wyzbyła z mojego organizmu poczucie znużenia, bo w drodze do wyjścia, którą pokonałam szybciej niż Usain Bolt swoją setkę na ostatnich Igrzyskach Olimpijskich, zahaczyłam o kolorowe pudełko w paski kupione w sklepie Wszystko po 3.99, zgrzewkę świeżo przyniesionej Cisowianki i mało co nie poślizgnęłam się na szarej i zwiewnej chustce, czyli prezencie od Pauli na urodziny. To nie była dobra wiadomość. Nie dla mnie. Nie wtedy. Nigdy nie byłaby dobra – nawet jeżeli dostałabym ją w najgorszy dzień mojego życia. Miałam pewność.
Najbardziej niepokojące było te sześć głębokich wdechów, które musiałam wykonać przed przekroczeniem tak dobrze znanego mi progu, ale one były normą. Spodziewałam się tego. Spodziewałam się, że te wszystkie oznaki moich obaw się pojawią. Oddychałam jak przed niezaplanowanym skokiem do dwumetrowego basenu i nieuchronnym przebiciem tafli wody przez dłonie od czego wolałam już nawet pieczonego łososia czy chód na dwadzieścia kilometrów stylem klasycznym. Bałam się wody. Ręce drżały okropnie, klatka piersiowa unosiła się i opadała jak po przebiegnięciu długiego maratonu, który w rzeczywistości był tylko krótkim odcinkiem z salonu do wyjścia, a w głowie panował istny mętlik. Chwyciłam za klamkę, puściłam ją i znów chwyciłam. Byłam nieopanowana i niezrównoważona. Byłam przerażona i wystraszona. Po prostu, nie wierzyłam.
-Nie wierzę, nie wierzę, nie wierzę. – Powtarzałam i nie zamykając drzwi, które zdołałam otworzyć resztkami sił, usiadłam na progu, po czym schowałam twarz w dłoniach. – Nie wierzę no.
Naprawdę nie wierzyłam. W mojej głowie pojawiało się mnóstwo przekonań, że to nie prawda. Marzyłam żeby to wszystko okazało się kłamstwem albo chociaż mało śmiesznym żartem.
Siedziałam i jeszcze długo wymieniałam kolejne synonimy słowa ‘wierzę’ z dodatkiem partykuły ‘nie’, ale to wcale nie pomagało wyzbyć się myśli, że on tu będzie, że on tu być może już jest, codziennie rano w moim mieszkaniu słychać będzie durną muzykę wydobywającą się z jego sprzętu, a na klatce unosił się będzie aromat świeżo parzonej kawy. Nie chciałam żeby on tam był. Wszędzie tylko nie tam. Starszy mężczyzna, który obserwował mnie już od dłuższego czasu, niósł akurat ładną, drewnianą szafeczkę i gdy tylko zauważył moją obecność, postawił ją na kamiennej posadzce i przykucnął na schodach naprzeciwko mnie, dziwnie machając ręką.
-Aj tam pani nie wierzy. Nie wiem o co chodzi i dlaczego naraża pani swoje zdrowie, bo ten kamień zimny zapewne jest, ale tu się tylko jakiś siatkarz znów wprowadza. Tyle wywnioskowałem.
-I mój przyjaciel. – Jęknęłam odruchowo, bo po wypowiedzeniu tamtych słów na głos, zabolały jeszcze mocniej i bardziej, lecz po długim milczeniu dodałam asekuracyjne. – Były. – I stuknęłam głową o boczną futrynę.
-To rzeczywiście gorzej. Te dzisiejsze przyjaźnie to można co najwyżej o tę szafkę rozbić, a już zwłaszcza te ze sławami zapewne. Nie wiem. Nie znam się na tym.
-One tylko wydają się takie fajne, a wszystko zmienia się gdy widzimy je z bliska. Faceci ogólnie nigdy za sobą nie sprzątają, bałaganią, szukając pojemnika z herbatą, a już nie wspomnę o oblepionym blacie kuchennym, któremu nie pomaga nawet ten dobry Fairy.
-Wolę Pur.
-Oj, proszę pana tu nie rozchodzi się o żaden płyn do mycia naczyń, ale bardziej o to, że mężczyźni zostawiają po sobie beznadziejnie trwałe ślady dzięki którym na każdym kroku przypominamy sobie, że kiedyś uczestniczyli w naszym życiu, a przecież nikt z nas nie chcę o tym pamiętać. I teraz kiedy pozornie o nim zapominam ten pojawia się znów z tymi buciorami i brzydką szafką na klatce schodowej i znowu wszystko spieprzy. Nie wytrzyma niczego nie pieprząc. A tym bardziej nie odejdzie.
-Tak w ramach zemsty za wszelką krzywdę, którą pani wyrządził mogę postawić mu ją przy łóżku w sypialni, a nie komponują się one ani stylem, ani nawet odcieniem drewna. Już nie wspominając o funkcjonalności czy kreatywności. Musi być pani silna.
Uśmiechnęłam się. Ten gość był świetny.
-Myślę, że Michał byłby mi wdzięczny. Panie – urwałam i mrużąc delikatnie oczy, odczytałam z plastikowej plakietki drukowane ZBYSZEK– Zbyszku, wnoś pan tę szafkę, a ja spróbuję zapomnieć o przeszło-przyszłym sąsiedzie, chowając się w kolejnej stercie planów, niedokończonych projektów, a wieczorem wstąpię do sklepu na drugim końcu miasta, bo w tym tutaj mogę spotkać nieproszonego gościa z Włoch, po zakupy, żeby mieć z czego zrobić jutrzejsze śniadanie.
-Nie zobaczy go pani. Nie pojawił się jeszcze w Bełchatowie.

I rzeczywiście nie spotkałam go popołudniu, wieczorem, ani rano kiedy wstrzymywałam powietrze prawie się dusząc by nie poczuć charakterystycznego zapachu kawy na schodach czy mijając jego czarne auto na parkingu pod blokiem, które już dawno powinno opuścić owe miejsce. Nie wiedziałam go, kiedy przelotem musiałam wstąpić do Pauli, przekazując jej jakieś pilne papiery z planem budowy nowej hali ani robiąc zakupy w najbliższej piekarni na rogu, bo właśnie tam drożdżówki z czekoladą były najlepsze w całym mieście. Nie spotkałam go przez równy tydzień jego pobytu w Bełchatowie, ale tydzień ten minął dokładnie w piękne poniedziałkowe popołudnie, kiedy trzymając w dłoni najnowsze wydanie jakiejś przypadkowej gazety zastanawiałam się jakie brednie dane będzie mi odczytać tym razem, usłyszałam jego głos, który spowodował, że zamarłam, wstrzymując oddech. I jeżeli mam być w pełni szczera to prawie się przez to udusiłam.
-Jestem ci wdzięczny. Jestem ci nawet bardzo wdzięczny, ale wywnioskowałem, że przecież ty nawet ładna nie jesteś, więc nie rozumiem co może nie podobać ci się w mojej pięknej, nowej i kreatywnej komodzie.
-Dzięki Michaś, wielki Bogu i ideale.
-Chodź tu. – Złapał mnie za dłoń i przyciągnął do siebie mimo wszelkich protestów i ostrzeżeń, że skrzywdzę go cienką zszywką, znajdującą się w gazecie albo chociaż podrapię, że zrobię mu cokolwiek co wywoła ból. Chciałabym żeby cierpiał. – Masz za duże usta, kościste policzki, brzydkie, brązowe oczy i nazbyt proste włosy. No, jesteś taka zwyczajna. I w dodatku zawsze chodzisz w koku.
-Przynajmniej w porównaniu do Ciebie nie mam nadwagi, nie przypalam każdego dania, które próbuję ugotować i nie byłam z dziewczyną, która nałożyła mi jakieś wyjątkowo dobre klapki na oczy, ot. Dzięki, bo twoje słowa mi schlebiają, Wiem, że gdybyś miał zostać kobietą, chciałbyś tak właśnie wyglądać. To przykre, że nie chcesz się do tego przyznać. – Przerwałam. - A i jeszcze nie uciekłam za nią do Włoch, licząc na wielką miłość na śmierć i życie, bo podobno wreszcie zaznałeś uczucia jakim jest miłość.
Uśmiechnęłam się. Przesunęłam nogą zielonkawe krzesło, usiadłam i przeglądając czarno-białą kartę próbowałam zagłuszyć długi i bezsensowny dialog przyjaciela, który z każdym kolejnym słowem mówił coraz głośniej, czym znów zwrócił uwagę połowy otoczenia.
-Bo ty liczyłaś na nią tutaj. Na miejscu. Też powiedziałbym, że mi przykro, bo nie chcesz się do tego przyznać, ale to nas właśnie różni. Ty zrobiłaś to już dawno.
Zamarłam.
-Przegiąłeś.
-Niko, tak cholernie mocno nie wyobrażasz sobie jak bardzo nie chciałem żebyś tu była. Nie, może nie, nie chciałem, ale próbowałem uniknąć spotkania z tobą jak najdłużej się da i robiłem absolutnie wszystko w tym kierunku. Musiałaś wszystko zepsuć, prawda? Musiałaś, bo masz na nazwisko Fodłycz i będziesz próbowała mścić się na mnie jeszcze przez najbliższe pół roku, ale ci się to nie uda. Nie uda ci się, Fodłycz, bo ja się nie zmienię. Nie jestem do tego zdolny, rozumiesz?
-Rzeczywiście zrobiłeś wszystko żeby tylko uniknąć spotkania ze mną, a już szczególnie wprowadzając się do swojego starego mieszkania, które mieści się dokładnie na tej samej ulicy w tym samym bloku i na tym samym piętrze. Gratulacje. I naprawdę również mam nadzieję, że już więcej nie będę zmuszona przebywać w twoim towarzystwie, bo to wiąże się tylko z problemami, których mam już dość. Mam dość problemów spowodowanych twoim uczestnictwem.

/

Dołujące było to, że nigdy nie słodziłam herbaty, a kiedy już odczuwałam silną potrzebę dosypania tych kilku łyżeczek cukru do parującego jeszcze napoju, okazało się, że półka pod blatem w kuchni była pusta. I pusta była moja mina kiedy po pół godziny szukania ulubionej bluzy dresowej wyszło na to, że no i tak muszę pozostać przy błękitnej sukience, którą wybrałam rano jako strój dnia, a po wejściu na próg sklepu okazało się, że dwudziesta druga minęła już dawno, a ja wkurzyłam się jak nigdy, bo byłam cała zmarznięta.
Jeszcze nigdy wcześniej nie toczyłam tak zaciętej walki z myślami za i przeciw, które kotłowały się w środku mnie na zmianę krzycząc Co Ci szkodzi i Absolutnie tego nie rób. I właśnie myśląc nad tym spędziłam znaczną część wieczoru na pierwszym stopniu klatki schodowej pod drzwiami naprzeciw mojego mieszkania, a kiedy już zrezygnowana oparłam głowę o zimną ścianę, uświadomiłam sobie, że natrafiłam na dzwonek, którego dźwięk rozszedł się po sąsiednim pomieszczeniu. I jak na złość mój przyjaciel musiał być w domu. Takie rozważania mnie zabijały. Działały destrukcyjnie na całe moje ciało już nie wspominając o psychice.
-Tu nie chodzi o to, że mnie unikasz, nie przychodzisz do Energii, czy nawet o to, że olałaś projekt naszej nowej hali o co ma pretensje całe łódzkie, tylko zabawne jest to jak brak mnie na ciebie wpływa.
-Zamilcz. To nie twój brak, lecz wręcz przeciwnie – twoja obecność. Lepiej było kiedy ciebie nie było. Dlaczego mi to robisz? Po chuja wróciłeś?
-Nie, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że zachciało ci się słodzić?
-To nie mówię.
-Niko, nie możesz. Doskonale wiesz, że nie możesz myśleć, roztrząsać czy gdybać o tym co było. Zabroniłem ci.
-Bo co? Bo to stawia cię w świetle skończonego dupka? Nie myślę, nie roztrząsam i nie gdybam. Życie nie kręci się tylko wokół ciebie. Mam w nim też inne priorytety.
W rzeczywistości trudno było właśnie nie myśleć, nie roztrząsać i nawet nie gdybać, a nawet skutecznie kogoś okłamywać jeśli przed oczami przelatuje ci setki miłych i niezapomnianych mimo wielu starań wspomnień, bo przecież nawet każdy najmniejszy gest może i bezuczuciowy był ważny. I nie miało wtedy znaczenia to, że wszystko wiązało się również z cierpieniem. Kurde, to było najgorsze. Byłam w stanie o tym wszystkim co złe zapomnieć. Byłam w stanie to wybaczyć. Codziennie budziłam się z poczuciem, że powoli zapominam. Zapominam o swojej bezkresnej naiwności i powolnego uzależnienia od wszystkiego co mnie otacza, a uzależniać po prostu nie powinno. Ale to było tylko złudzenie. W rzeczywistości nie dało się zapomnieć o niczym, kiedy ten wpiął się w moje wargi, odbierając resztki chęci do wszelakich analiz i przemyśleń co znów robiłam źle i dlaczego pozwoliłam sobie zapomnieć, że to nie powinno mieć miejsca, które zamieniłam na ponowne poczucie potrzebności. Brakowało mi tych ust, pocałunków i gorących dłoni w okolicach tali, bo przez ostatni rok myślami przytulałam go już setki razy. Setki wyimaginowanych razy. I nic wcale nie bolało, nic nie kuło w okolicach klatki piersiowej ani nawet nie drażniło. Nic do czasu poczucia zimnego stopnia, który był częścią klatki schodowej i pod naporem jego ciała wbijał mi się w plecy. Nic do czasu aż zrezygnowany położył głowę w zagłębieniu mojego kościstego obojczyka, oddychając ciężko i na zmianę powtarzał tylko Nie Przepraszam. Kurde, mój organizm czuł, że znalazł się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Czuł, że to jego miejsce.
-Ależ nie masz za co.
-Nikola.
Nie czułam się komfortowo, mając jego twarz dosłownie milimetry od mojej. To mnie przerastało. Przerastało mnie wyobrażenie o jego bliskości, która wcale nie była już wyobrażeniem, ale jako abstrakcja wydawała się to o wiele lepszą perspektywą. Trudno było mi swobodnie oddychać, a gdzie jeszcze dodatkowo miejsce na zlepienie jakiegokolwiek składnie poprawnego zdania?
-Michał tęskniłam. Tęskniłam chociaż bardzo dobrze wiedziałam, że nie powinnam nawet o tobie myśleć. Zniknąłeś, ale wbrew pozorom zostawiłeś po sobie takie małe, niezapomniane ślady czy szczegóły jak bałagan w szafce nad kuchenką lub puszki po pomidorach na blacie. Tęskniłam, bo o tym nie dało się zapomnieć. Trudno jest o kimś zapominać, jeżeli cząstka tej osoby w nas zostaje, a w moim przypadku tak właśnie było. Nie potrafiłam tego zrobić. To mnie paraliżowało.
Byłam z siebie dumna. Dumna, że w końcu odważyłam i zdecydowałam się na szczerość. Wypowiedziałam słowa, które już zawsze powinny i miały zostać tylko dla mnie, ale tamta chwila zmieniła wszystko. W końcu miałam czyste sumienie, w końcu czułam wolność. W końcu odczułam ulgę, bo zdałam sobie sprawę z faktu, że on no i tak nigdy nie pojmie sensu wypowiedzianych przeze mnie słów. Nigdy nie straci na to czasu. Ani sekundy.
-Musisz pamiętać, że zawsze starałem się być. Zawsze tylko niekiedy po prostu sam gubiłem się w tym właśnie byciu. Ja bywałem. Nigdy nie miałaś mnie na wyłączność. – Przerwał, wstał i wyciągnął z kieszeni dresów mały pęk srebrnych kluczy, którymi otworzył drzwi od mojego mieszkania. Zdumiał mnie, więc zacisnęłam mocniej wargi. Nie podejrzewałam, że wciąż je miał. Zaprosił mnie do środka, a sam od razu udał się do kuchni. Wyciągnął ze szklanej szafki ciemną butelkę i dwie okurzone już lampki, po czym napełnił je napojem i podniósł wzrok, zatapiając usta w słodkim winie. - I nigdy mieć nie będziesz, Nikola.
Zabolało. Zabolało jak diabli pomimo że już tyle godzin, dni czy miesięcy poświęcałam myślom, że nie będę miała go na wyłączność. Nie będzie mój. Nigdy.
- Musisz to zrozumieć. Ja nigdy nie będę tylko dla jednej kobiety. Nigdy się na to nie zdobędę. Za dużo fajnych rzeczy mnie otacza, a ty jesteś jedną z nich. Nie chcę mieć tylko ciebie, bo chyba za dobrze się znamy. Chcę mieć takich jak ty dziesiątki, tysiące. I tym właśnie się różnimy. Ty jesteś uczuciowa i udajesz tylko silną. Zawsze udawałaś, a ja przez cały ten czas byłem pewny, że naprawdę taka jesteś. Przez cały czas żyłem w błędzie, ale nie mam do ciebie o to żalu, bo sam kazałem ci być silną. Cholernie silną. Ty chciałabyś być taka jak ja, ale nigdy ci się to nie uda. Musisz to zrozumieć. Jesteśmy zbyt różni byś mogła się do mnie upodobnić i zarazem zbyt jednorodni byś mogła o mnie zapomnieć. Zawsze będziesz pamiętać, że był taki Michał, który był niezłym chujem, dupkiem i skurwysynem, ale którego chciałaś mieć. Może nawet kochać. Mnie uda się z czasem o tobie zapomnieć. – Znów przestał mówić na dłuższy czas. I znów popijał słodkie wino, rozglądając się po całym pomieszczeniu. Patrzył na wszystko. Analizował każdy najmniejszy punkt, pomijając tylko mnie. – Na pewno uda. W Trento już prawie zapomniałem. – Wzruszył ramionami.
Milczeliśmy. Może nie dlatego, że nie wiedzieliśmy co powiedzieć, bo chyba każde z naszych słów wydawało się nawet odpowiednie tylko ze względu na zasadę, że niewypowiedziane słowa trochę mniej bolą. Tak było w moim przypadku.
-Michał.. – urwałam. – Aha.
-Widzisz? – Popatrzyłam na niego nie bardzo wiedząc o co chodzi. W ogóle nie wiedziałam co ma na myśli. – Ciebie te słowa bolą, wiem to, a po mnie powoli spłynęły i tak naprawdę już zapomniałem co do ciebie powiedziałem. Jesteś typem człowieka, który wyobraża sobie świetlaną przyszłość w oparciu o niuanse, które są zbyt bardzo ulotne by traktować je jako fundament czegoś wielkiego. Nikola, dorośnij w końcu. – Niekulturalnie pokazał na mnie palcem.
-I ty mi to mówisz? Ty? Wielki Pan i Władca? To ty dorośnij, Winiarski. To ty naucz się wreszcie odpowiedzialności i ponoś konsekwencje za swoje czyny! Naucz się, że nie jesteś pępkiem świata. Wiesz ile osób przez ciebie wyobrażało sobie tą twoją świetlaną przyszłość, no nie wiem, z tobą w robi głównej? Uciekłeś sobie do Trydentu z tą swoją cizią, w której byłeś wielce zakochany i co? I jej już nie ma. 
-Nikomu nie kazałem tego robić ani nie dałem ani jednego, malutkiego powodu do gdybania. – ostrzegawczo uniósł wskazujący palec.
-To tobie tylko się tak wydaję. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej.
-Zawsze wyobrażałem sobie, że będę miał szczęśliwy dom i gromadkę dzieci, ale teraz to się wydaje naprawdę durne. Z perspektywy czasu wydaje mi się to wręcz niemożliwe, bo przecież ja nigdy nie będę w stanie szczerze pokochać. – Zaśmiał się. – Wyobrażasz sobie takiego wysokiego Winiarskiego, który ugania się za półmetrowym dzieckiem czy coś? To dopiero byłby żart. Musisz nauczyć się żyć beze mnie.
Wyobrażałam sobie. Wyobrażałam to sobie codziennie przez ostatnie trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Wyobrażałam sobie.
-Zróbmy pierwszy krok w tym kierunku. Po prostu wyjdź. O nic więcej nie proszę. Nie dziś.
I to właśnie zrobił.

/

Miałam dość. Cholernie dość. Niecodziennie zdarzało mi się wstawać o dziesiątej, w pośpiechu zbierać numerycznie wszystkie papiery, podejmować jakiekolwiek próby posprzątania w dotąd sterylnie czystym salonie, malować oczy i jednocześnie pić kawę. Mój salon od pewnego czasu był zbieraniną możliwie wszystkich niepotrzebnych rzeczy, które tylko mogły się tam znaleźć, a ja nie miałam ani ochoty, ani czasu ich stamtąd zabrać. Nie radziłam sobie z tym. Z resztą, od pewnego czasu nie radziłam sobie z wieloma rzeczami. Spotkałam go. Spotkałam go tamtego dnia i ten fakt mnie przeraził. Siedział z laptopem na kolanach i z zafrasowaną miną na mojej kanapie, pił moją kawę i jadł moje jabłko. Nie spostrzegł tego, że się pojawiłam. Może to i dobrze? Tak pomyślałam. Miałam w głowie idealny plan usunięcia się z mieszkania najszybciej jak tylko mogłam, ale z niego zrezygnowałam. Zrezygnowałam, bo nie chciałam dać mu tej cholernej satysfakcji.
-To są jakieś zwidy, żarty lub omamy. Ciebie tu nie ma, prawda?
To naprawdę musiały byś jakieś bardzo wiarygodne omamy. Chciałam w to wierzyć. Wciąż nie dopuszczałam do siebie myśli, że to rzeczywiście mogło się dziać. Albo w rzeczywistości spałam jeszcze w ciepłym łóżku w sypialni, będąc pogrążona w twardym śnie, bo widok jego siedzącego u mnie w domu wydawał się dość abstrakcyjny. On był abstrakcyjny. Temu nie mogłam zaprzeczyć.
-Jestem. Ze stwierdzeniem, że chyba jednak nie dogadaliśmy się ostatnim razem.
-Michał, dogadaliśmy się. Oddajesz mi dzisiaj kluczyki do mojego mieszkania.
-Jest wiele pytań na które wciąż nie znam żadnej odpowiedzi.
-A ja nie pomogę ci jej znaleźć. Jest setki pytań na które wciąż nie znam żadnej odpowiedzi. Chcesz coś jeszcze powiedzieć?
-Na Raszyńskiego jest korek, ale jakoś się przedrzemy.
-Co? – Parsknęłam.
-Na Raszyńskiego jest korek, ale jakoś się przedrzemy, Nikola.
-Chyba śnisz.
Odłożyłam na fotel białą bluzkę oraz kawę, którą wciąż trzymałam w ręce na stół i wyszłam z pomieszczenia, zmierzając do łazienki do której nigdy nie trafiłam, bo po usłyszeniu słów Załatwiłem Ci wolne w pracy, bo akurat dzwonił twój ojciec, więc doceń ten gest i przestań dramatyzować zawróciłam. Nie wiem co w ostateczności wpłynęło na moją decyzję, ale usiadłam całkowicie zdezorientowanemu Michałowi na kolana i złapałam go za policzki, wymuszając uśmiech. Był głupi. I naiwny. Szkoda tylko, że dużo mniej niż ja.
-Michałku, uśmiechnij się, wytęż umysł i spróbuj sobie przypomnieć jak zapierałeś się, że zapomnisz o naiwnej Fodłycz, bo nie wychodzi na razie ci to traktowanie mnie jak powietrze. I tak na marginesie mam dzisiaj wolne, więc jest to kolejny powód dla którego powinieneś już sobie pójść i zostawić mnie całkowicie samą, bo jak zauważyłeś jestem bardzo zajęta, a mój ojciec chyba cię już nie lubi skoro nie wyprowadził cię z błędu i z łatwością przystał na twoje propozycje czy obietnice. Chciał może podwyższyć ci samoocenę? Nie wiem.
Miałam wrażenie, że przestał mnie słuchać tuż po drugim zdaniu, a właściwie nigdy nawet nie zaczął tego robić. Od zawsze wiedziałam, że zbliżanie się do niego na  jakąkolwiek odległość jest błędem, ale sądziłam, że jeżeli sama będę panowała nad sobą to nic się nie wydarzy. Nic. Nigdy. A tymczasem prawda była taka, że każde moje słowo miał daleko w dupie od dłuższego już czasu. Michał zawsze patrzył mi prosto w oczy. A wtedy tego nie robił. Widziałam jak odrywa wzrok od mojej twarzy i przenosi go na moją szyję, ramiona, piersi i uda i tak na zmianę. Michał zawsze mnie słuchał. A wtedy tego nie robił. Tkwił w swoim własnym i wyimaginowanym świecie. Wkurzał mnie. Byłam wściekła. Nie tylko na niego o ile przede wszystkim na siebie. Wystarczyła tylko jedna głupia dłoń na moim policzku żebym się zapomniała. Zdawałam sobie sprawę z tego, że mnie w ten sposób sprawdza. Moje zachowanie, emocje oraz reakcję, która powinna była się wtedy pojawić. Koniecznie. Ale nie zareagowałam. Nienawidziłam siebie za to. Pocałował mnie. Raz, drugi, trzeci. W zasadzie to były tylko lekkie muśnięcia moich warg jak u małego i przerażonego chłopca, który doskonale wie, że robi coś złego i niedozwolonego. Chciałam być bardzo stanowcza i konsekwentna, ale trudno było utrzymać zawzięty wyraz twarzy, panować nad swoimi emocjami i pozostawać całkowicie bierną na jego zachłanne pocałunki, kiedy z każdym kolejnym gestem czułam się całkowicie nijaka i pusta, a na skórze wzdłuż linii kręgosłupa po której delikatnie przejeżdżał palcem pojawiała się gęsia skórka. Brakowało mi jej. Brakowało mi tego drżenia całego mojego ciała, bo to oznaczało, że istnieje, a istniałam tylko z nim.
-Dlaczego?
Oderwał usta od moich warg. Nie poniósł powiek. Nie miał odwagi na mnie spojrzeć. Pieprzony tchórz. Nie odpowiedziałam mu. Nie wiedziałam nawet o co chodzi już nie wspominając o fakcie, że zabrakło mi odwagi. Dyszałam jak opętana i nic nie mogłam zrobić. Czułam się bezradna. Nienawidziłam tego stanu.
-Dlaczego co?
-Dlaczego skoro jesteś taka okropna i tak daleko ci do ideału, nie mogę przestać o tobie myśleć?
-Nie prześpię się z tobą. – Wyszeptałam. Traktowałam to jako swoistą obronę, ale on tylko szczerze się roześmiał, chowając twarz w zagłębieniu mojego obojczyka i odczekał kilka sekund.
Popatrzył na mnie. Czułam satysfakcje, która jednocześnie mieszała się z przerażeniem wymalowanym na mojej twarzy. Widziałam, że doskonale zdawał sobie z tego sprawę, bo to dało się wyczytać z mojej miny, oddechu, a przede wszystkim z oczu. To dziwne, że mnie wtedy przytulił, prawda? Zrobił to, a ja chyba po raz pierwszy w życiu poczułam, że to był gest szczery, a nie tylko kolejna, idealnie wyreżyserowana w jego głowie gra. Kiedy przygniótł mnie całym ciałem, mimo wszelkich protestów, delikatnie przygryzł skórę szyi i rozpiął miętową sukienkę zrobiłam coś czego nigdy zrobić nie powinnam. Kurde, zaufałam, że to nie jest gra.

/

Zawsze mówiłam jedno, a robiłam drugie. Nienawidziłam w sobie tego. Nienawidziłam w sobie kompletnego braku samozaparcia, tej naiwności i uległości, by oprzeć się czemukolwiek w jego obecności. Przegrywałam na każdym kroku. I te właśnie porażki mnie dobijały. Przez ostatni rok każdego dnia powtarzałam sobie, że będzie dobrze. Że on nie odegra już żadnej znaczącej roli w moim życiu, bo pozostawił po sobie zbyt bolesne ślady, które siedzą we mnie oraz mojej psychice i nigdy nie będę w stanie się ich wyzbyć. Były zbyt trwałe. Zbyt bardzo poszarpały moją mentalność i fizyczność. A najgorsze w tym wszystkim było to, że ja naprawdę wierzyłam, że mi się to uda. Ale się myliłam. Myliłam się, bo nigdy nie wykonałam żadnego, ale to absolutnie żadnego kroku by właśnie tak się stało.
-Przeziębisz się.- Usłyszałam. Wywabił mnie z apatii. Stałam na balkonie w jego koszuli z papierosem w ręku mocno zaciskając dłoń na barierce. Odpływałam. Muszę się do tego przyznać. Pozwoliłam sobie zignorować jego towarzystwo i całkowicie oddać się swoim myślom. Przed moimi oczami rozciągał się krajobraz cichego i spokojnego Bełchatowa, który może i nie był piękny, ale miał swój klimat i łączył w sobie zarazem wszystko co najpiękniejsze i najokropniejsze. -Nie pal. – Szepnął, wsuwając zimne dłonie pod materiał swojej-mojej bluzki po czym prawą ręką zaczął kreślić okręgi na biodrze i delikatnie niby całkowicie przypadkiem zahaczał o materiał koronkowych bokserek. Nie zorientowałam się do tej pory, że było mi tak przeraźliwie bardzo zimno. Jego czułość mnie przerażała.
-Nie dotykaj mnie.
-Ubierz się. - Wstał i tak po prostu wyszedł, trzaskając drzwiami, a wraz z nim uleciała również znaczna część mnie.

Jeden, dwa, trzy – skok. Cztery, pięć, sześć – skok. Pięć, cztery, trzy – skok. Dwa, jeden, zero – skok. Dziesięć minut później stałam pod blokiem ubrana w czarną bokserkę, ale po dłuższym zastanowieniu i stwierdzeniu, że jednak dużo lepiej było mi w mieszkaniu, bo na dworze jest zdecydowanie za zimno, wylądowałam w środku Michałowego samochodu z wciśniętą w dłonie szarą bluzą, pękiem kluczy i okularami przeciwsłonecznymi oraz milczącym i długo wpatrującym się w nieokreśloną przestrzeń Michałem. Podciągnęłam kolana pod brodę i mocno przyciskając nogi do klatki piersiowej czekałam na jakąkolwiek reakcję. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi. Z resztą, co ja ostatnio wiedziałam?
-Wcale nie przyszedłem tylko po to żeby zaciągnąć cię do łóżka.
Tłumaczył się, mimo że nigdy wcześniej tego nie robił. Każdy tylko nie on. Milczałam na przemian otwierając i zamykając usta, a kiedy zdawało mi się, że w końcu ułożyłam jakieś składnie brzmiące zdanie znów wydawało się głupie i całkowicie nie na miejscu przez co między nami wciąż trwała cisza, którą przerywały tylko głębokie oddechy Michała i szum wysokich drzew. Wiało. Ruszył, a ja delikatnie odchyliłam głowę do tyłu, by powstrzymać łzy, które powoli wydostawały się spod mocno zaciśniętych powiek, ale pod wpływem drżenia, które wywołała dziurawa droga na moich policzkach powstały długie, mokre ślady.
-Po co ty to wszystko robisz?
Zignorował mnie. Patrzył wciąż tylko przed siebie. Egoista. Miałam go już serdecznie dość. Odwróciłam się próbując wyłapać poszczególne elementy z setek przelatujących przed oczami kolorowych krajobrazów, które coraz wolniej się rozlewały, bo samochód zwalniał. Zatrzymał się na poboczu, a ja nie za bardzo wiedziałam o co znów chodzi. Michał wysiadł i kazał mi wstać po czym mocno złapał mnie za policzki i ściągnął z mojej twarzy swoje okulary. Rzucił je gdzieś daleko w trawę, a ja się skrzywiłam. Lubiłam je.
-Ja wcale nie zapomniałem.
-Co? – Parsknęłam, nie mogąc znieść świadomości, że przejeżdża palcami od wewnętrznych stron moich oczu aż do skroni, wycierając mokre ślady po łzach. Miałam nigdy nie pozwolić na to by zobaczył jak płaczę.
-Ja wcale nie zapomniałem. Trydent to badziewie, w którym nie da się nie pamiętać. Skrzywdziłem cię, kurde, nienawidzę siebie za to z całych sił, bo byłaś jedyną istotą, która zawsze potrafiła mi pomóc, a ja tego nie doceniłem. Zwiałem jak tchórz. Nigdy nie chciałem być tchórzem, a już szczególnie nie w takiej kwestii, ale sądziłem, że jeżeli mnie nie będzie to zapomnisz albo chociaż udowodnisz sobie, że to wszystko ci się tylko wydawało. Nie będę ukrywał, że to wszystko mnie nie przeraziło. To mnie wręcz przygniotło. Nie chciałem żebyś cokolwiek do mnie czuła, bo ja jestem ulotny. Nie chciałem cię skrzywdzić. To paradoks. Uciekłem żeby tego nie zrobić, a wszystko potoczyło się wbrew moim planom. Zawiodłem. Przepraszam.

/

Dołujący był ten mój brak asertywności. I bezkresna naiwność, która dawała mi niewyobrażalnie wielką nadzieję na coś naprawdę wielkiego, a w rzeczywistości życie weryfikując moje otoczenie nie dawało nic. Nic prócz złudnej nadziei, która zalewała i zamieniała w drobny mak fundamenty i wszystkie najważniejsze wartości w życiu. Powoli przestawałam rozróżniać rzeczy ważne od nieważnych. Wszystko co dotyczyło mnie wkładałam do jednego worka i wciąż na nowo obiecywałam sobie, że kiedyś do tego wrócę, przeanalizuję je i postaram się zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi oraz gdzie popełniam błędy, ale na to miał przyjść czas. Na to miałam mieć całą przyszłość. Tak mi się wydawało. Takie były moje plany i marzenia. Zapominałam się.

To wszystko było romantyczne. Tonęłam w objęciach Michała, który jeździł nosem po moim karku, patrząc na zachodzące za horyzontem słońce. Było mi tak ciepło, miło, radośnie, dobrze. Dobrze, bo znów miałam z kim przeżywać to wszystko co mnie otacza, z kim się spierać, że dwa plus dwa wcale nie równa się cztery, a białe nie jest białe, że nie jestem już sama. Czas spędzany z Michałem dawał mi poczucie, że naprawdę istnieje, że potrafię się śmiać. Czułam się wtedy naprawdę ważna, choć to uczucie było chyba najbardziej złudne spośród wszystkich pozostałych. Chyba zapomniałam, że to nie jest wcale prawdziwe, że to z czasem wszystko znika. Znika wraz z gorącymi dłońmi splecionymi w tali i Michałowym westchnięciem tuż nad prawym uchem. Wraz z przeświadczeniem, że chyba nic prócz rozczarowania nie puka do naszych drzwi. Miłość nie ma palców, nie ma kostek, nie potrafi złożyć dłoni w charakterystycznym uścisku przeznaczonym do uderzenia w nie. A nawet jeśli by je miała to na pewno nie trafiła by akurat do Bełchatowa. Wszędzie, lecz nie do Bełchatowa.
-Rozumiem.
-Właśnie chodzi o to, że nic nie rozumiesz. Tobie się tak tylko wydaje. I ja też nic nie rozumiem.
Naprawdę rozumiałam. Rozumiałam, że właśnie powinnam wstać i odejść jak najdalej tylko zdołam mimo że wcale nie mogłam tego zrobić, bo nie znałam drogi powrotnej. Rozumiałam także to, że właśnie zawadzam i komfortowo byłoby jednak znaleźć tę trasę do domu i nie wychodzić z niego przez najbliższy tydzień, bo przecież to znów wiązałoby się ze spotkaniem jego. Chciałam odpoczynku. Swoistego odpoczynku sam na sam ze sobą.
-To przynajmniej odwieź mnie do domu.
I zniknij z mojego życia raz na zawsze. To były pierwsze słowa, które przyszły mi do głowy, ale nie odważyłam się wypowiedzieć ich na głos. To było normą tylko dlaczego? Do cholery jasnej dlaczego? Bo bałam się, że naprawdę tak będzie? Bo bałam się, że to oznaczałoby ewentualny koniec nas? Nas nigdy nie było. Nie zrobił tego jak i wielu innych rzeczy o które nieustannie go prosiłam, a moje marzenia znów okazały się złudne. Po zaparkowaniu samochodu pod blokiem położył ręce na kierownicy po czym oparł o nie głowę. I milczał, a mi pozostało tylko wsłuchiwanie się w jego ciężki oddech i łomot kosiarki, dobiegający z drugiej strony ulicy. Ta cisza przygniatała.
-To idę. – szepnęłam i wyszłam z auta, trzaskając drzwiami. Nie czekałam na jego odpowiedź. Nie potrzebowałam jej. Mogła mnie tylko dobić.
-Niko.
Kolejny szept.
-Przygarniesz mnie na jeden dzień? Jeden dzień, później zniknę.
-Dlaczego nie możesz iść do siebie? Dlaczego musisz spędzić ten czas akurat ze mną?
-Proszę.
Jego prośby były katorgą. Nie wiem po co mnie kiedykolwiek o coś poprosił skoro doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mimo wszelkich przeciwności i wiedzy, że to najgorszy pomysł z możliwych się zgadzam. Zawsze. Wszędzie. Nie potrafiłam odmówić. Nie jemu. Spuściłam głowę i czekałam, aż wyjdzie z samochodu, wyciągnie ciężkie torby z zakupami z bagażnika, stanie przy mnie na chodniku i zapraszającym gestem wskaże pobliskie drzwi od bloku po czym sam uda się w ich kierunku. Otworzy je, a ja wejdę do bloku, powolnym krokiem pokonując każdy kolejny stopień.
Nacisnęłam klamkę, dzielącą mnie od własnego mieszkania, które o dziwo było otwarte i gwałtownie cofnęłam się, odwracając w jego stronę. Chyba uświadomiłam sobie co jest grane. Co się dzieje.
-Nie mogę cię przygarnąć. Musisz zniknąć wcześniej.
-A powiesz mi chociaż dlaczego?
Poczułam się nikim. Tak całkowicie i w zupełności. Byłam złym człowiekiem, który wciąż tylko okłamywał innych i pakował się w rzeczy, których powinien omijać najbardziej i najmocniej na świcie. Pragnęłam zniknąć.
-Bo tam jest ktoś kto podobno mnie kocha.
Skrzywił się. Zrobił to, a ja zdołałam ten gest wyłapać mimo że trwał on może ułamki sekundy, ale wydarzył się. Kurde, to mogło oznaczać wszystko. Jego egoizm, szyderstwo, ból, zazdrość. Wszystko.
-To tym bardziej chyba powinienem go poznać, nie sądzisz?
Poczułam dłoń w okolicach tali i jego wargi na czole po czym weszłam do pomieszczenia, ściągając cienką bluzę Michała i położyłam dłoń na lustrze, biorąc głęboki oddech. Dodał mi odwagi. Nieświadomie. Usiadłam na niewysokim stołku i niedowierzająco kręcąc głową, powoli rozpinałam buty, a z pokoju dochodziły głośne śmiechy, które z każdą kolejną sekundą coraz bardziej mnie przytłaczały. Przetarłam twarz dłonią i przez ten malutki ułamek sekundy miałam wrażenie, że wszystko wokół sypie się, wali i rozpada w gruzy. I odpłynęłam, ale po krótkim czasie ktoś złapał mnie zimną dłonią za rękę i znów powróciłam do rzeczywistości. Tylko troszkę bardziej ponurej niż jeszcze kilka chwil wcześniej.
Stanęłam oniemiała, spoglądając to na Michała, to na Mariusza, Paulę i chyba wszystkie zebrane drobiazgi w ciemnym pomieszczeniu, unikając  jedynie wzroku sprawcy zamieszania. Wyłapałam tylko jak ten pierwszy parska głośnym śmiechem i zarejestrowałam moment, w którym schował twarz w dłoniach po czym przecząco pokręcił głową.
-Niko, możemy porozmawiać na osobności? – Powiedział, kładąc nacisk na ostatni wyraz, a ja automatycznie wyszłam do kuchni i stanęłam przy szafce stukając w jej powierzchnię, z obawą oczekując na przybycie niepożądanego rozmówcy. Bałam się jego słów. Bałam się tego, że znów zaboli.
-To są jakieś żarty, prawda?
-Michał. – Szepnęłam. To również był automatyzm.
-Ponawiam pytanie, to są jakieś żarty, prawda? I kim on w ogóle jest?
-Miałeś zniknąć. Powinno cię tu nie być. Miałeś nie odegrać żadnej roli w moim życiu. Miałam być szczęśliwa. Szczęśliwa z nim. Czy ty myślisz, że to wszystko było proste? Że poradziłam sobie? Że przeszłość to naprawdę tylko przeszłość? Otóż nie. To do mnie wraca.
Miałam wrażenie, że moich słów nie słychać. Że wypowiadam je w myślach, a prawda jest taka, że one nigdy nie padły. Tak cicho mówiłam. A on jedynie czytał z ruchu moich warg.
-Szczęśliwa z jakąś przypadkową osobą? Niko, co z tobą się dzieje? Nie byłaś taka.
-Nie byłaś jest czasem przeszłym, a on jest osobą, która była przy mnie kiedy ty zniknąłeś wraz z walizkami i napisem Trentino, rozbrzmiewającym wokoło. Bez niczego. Nawet bez tego durnego pożegnania.
-Nie chciałem żeby miał cię ktoś inny. Naprawdę nie chciałem
Zmarszczyłam delikatnie czoło, a on uniósł tylko dłoń i zaczął obracać wokół palca kosmyk moich ciemnych włosów intensywnie się we mnie wpatrując. Nasze oczy się szkliły. Jak na ironię. Nie wytrzymałam. Nie mogłam już dłużej tego znieść.
-Czy ty siebie słyszysz? Ty mnie nigdy nie miałeś. W kółko to powtarzasz, a ja na siłę próbuję sobie to wpoić w mój umysł, więc nie mydl mi teraz oczu i nie pierdol, że nie chciałeś żeby miał mnie ktoś inny. Sorry, nie piszę się na to.

/

I zniknął. Rzeczywiście zniknął, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Nie było go w czwartek ani piątek, a w sobotę wychodząc z mieszkania i walcząc z zamkiem od drzwi wyjściowych nie poczułam ani aromatu parzonej kawy ani  nie usłyszałam stłumionej, szybkiej muzyki. W niedziele nie spotkałam go rano w pobliskiej piekarni z najlepszymi wypiekami w całym województwie łódzkim, a w środę nie minęłam się z nim wchodząc do Energii by oddać ostateczne plany budowy nad którymi spędziłam dwa poprzednie dni. I tak minął tydzień. Tydzień bezkresnej swobody i zawirowań. Tydzień, w którym starałam się ułożyć swoje życie na nowo, chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że jest na to jeszcze za wcześnie. Michał potrafił pojawiać się zawsze, ale to zawsze w najgorszym momencie z możliwych, dlatego obawiałam się, że tak będzie i tym razem. Obawiałam się, że w jego głowie znów wyidealizuje się genialny plan bytu w najmniej pożądanym miejscu. On był do tego zdolny. Dlatego właśnie się bałam. Bałam się siedmiu dni, czterech tygodni, a przede wszystkim miesiąca. Miesiąc był czasem zbyt długim bez jego bytu i to musiało coś oznaczać.
-24 sierpnia 2012 roku.
-Paula. – powiedziałam, łamiącym się głosem, kładąc głowę na kolanach. Miałam już dość wszystkiego, chociaż na przestrzeni ostatniego roku dużo łatwiej było mi wymienić dni, w których nie miałam dość czegokolwiek. Wszystko mnie przytłaczało. Wszystko razem i każda pojedyncza rzecz osobno, począwszy od mojego życia, a skończywszy na życiu każdego obok. – Nie musisz mi o tym przypominać.
-Mija dokładnie rok, a sytuacja doskonale się powtarza. Mam wrażenie, że uczestniczę wraz z tobą w jakiejś taniej komedii, chociaż jej reżyser musiałby mieć miliardy na koncie i najlepszych współpracowników obok siebie żeby wymyśleć tak skomplikowaną fabułę. Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że niczym już go nie zatrzymasz. On zniknie, tak jak go o to prosiłaś. O ile już teraz powoli tego nie robi. Nie chodzi mi o to, że udajesz, że go nie chcesz. To normalne. Chodzi mi o prawdę, którą ty ukrywasz, a na którą on z kolei zasługuje jak nikt inny na świecie.
-Wiesz co właśnie robię ja? Siedzę na zimnych balkonowych płytkach, które w połączeniu z wrześniowym powietrzem, wywołują drżenie całego mojego ciała i truje się myślami co by było gdyby. Znowu. Znowu zadręczam się tym co powinno już dawno minąć i nigdy nie wrócić. Znowu zatrzymuje się na etapie obwiniania siebie za to, że dałam się w to wciągnąć. Po raz kolejny. To jest najgorsze. Gorsze od tej miłości, cierpienia i nienawiści do samej siebie, która wzrosła wraz z emocjami po zobaczeniu zapalonego światła w mieszkaniu obok i jego widokiem przy balkonowej balustradzie. Wzrosła wraz z niedotrzymanymi obietnicami odnośnie sprawienia żeby ta data była jedną z kolejnych w kalendarzu. Czy ja na to naprawdę zasłużyłam?
-Nie możesz siebie nienawidzić.
Byłam bezbronna. Bezbronna wobec jej próśb, nawoływań i pouczeń. Bezbronna wobec otoczenia i zewnętrznych bodźców. Bezbronna wobec wszystkiego.
-Nie myśl tylko o sobie. Nie myśl o tym, co zdarzyło się poprzednim razem tylko o rzeczach i szczęściu, które mogą cię spotkać i wręcz czekają. Michała nie musi w tym być, chociaż bardzo byś tego chciała. I ja też bym tego chciała. On już samodzielnie wybrał swoją drogę i podjął własną decyzję, dobrowolnie rezygnując z wszystkiego co mogłoby przynieść mu w przyszłości radość.
-To zbyt trudne.
-Musisz się na to wszystko odważyć.
-To zbyt trudne.

Odłożyłam telefon, naciskając czerwoną słuchawkę i wstałam z zimnej posadzki, która wywołała czerwone ślady na moich kostkach. Przekraczając próg mieszkania, wzięłam do ręki kubek z zimną już herbatą, ale po dotarciu do salonu, upuściłam go z trzaskiem, a ten uderzając o podłogę roztłukł się na setki pojedynczych kawałeczków. On tam był. Był tam.
-Jest druga w nocy, mróz, a ty siedzisz w jakiejś koszulce i nawet nie palisz fajek zamiast się położyć spać do ciepłego łóżka. Znowu się rozchorujesz.
-Kpisz sobie, prawda? Papieros nie sprawi, że zapomnisz o problemach, a noce nie są od spania. Noce są od niszczenia sobie doszczętnie i tak skomplikowanego już życia, od myślenia co było, jest czy będzie, od smutku, żalu i najgorszej w tym wszystkim tęsknoty. – Szepnęłam. - Nie masz pojęcia jak bardzo zraniłeś mnie przez cały ten czas. To wszystko teraz do mnie wraca, chociaż nie powinno. Nie powinno nigdy do mnie wrócić. Chciałam o tym zapomnieć. Dlaczego nie zdołałam? Dlaczego po raz kolejny to wszystko utrudniasz i niszczysz? Nie powinno cię tu być. Zapomnij o moim istnieniu do jasnej cholery. Bądźmy dla siebie w końcu nikim. Czy proszę o tak wiele?
Przymknęłam powieki najmocniej jak tylko potrafiłam, powstrzymując słone łzy, które wypełniały kąciki oczu, uniemożliwiając przejrzyste patrzenie i odchyliłam głowę do tyłu. Wstał, podszedł, przejechał delikatnie kciukiem po odsłoniętym obojczyku, złapał mnie mocno za policzki i silno przyciągnął do siebie, a mój oddech stał się coraz bardziej płytki. Nie żałowałam ani jednego słowa. Było już za późno na żałowanie.
-Wyjeżdżam, Niko.
Zabolało. Zabolało mimo że doskonale powinnam przewidzieć słowa, które padły z jego ust. Podobno go znałam. Podobno uważałam, że ten człowiek nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Podobno już na samym początku, już w dniu jego powrotu wiedziałam, że on zniknie, a tymczasem dopuściłam do tego by wszystko się zawaliło. Znikałam. Powoli umierałam, niszczona przez każde kolejne słowo, wypływające z jego ust. Powoli mój sumiennie układany plan wymykał mi się z rąk, uderzając o beton, płytki i ścianę jednocześnie. I się rozkruszał.
-Tak bardzo za tobą tęskniłam, choć nawet nigdy nie byłeś mój. Może i to nie jest porównywalne do tego co działo się ze mną na przestrzeni ostatniego roku, ale bolało. -Milczał. -Obiecaj, że nie wrócisz. Michał, proszę, obiecaj, że nie wrócisz i nie zniszczysz tego co zbuduję przez te lata twojej nieobecności. Nie mogę cię prosić o to żebyś zniknął na zawsze, bo nie mam do tego prawa, ale daj mi czas. Niech to trwa jak najdłużej. Daj mi czas na odbudowę siebie.
Znów milczał.
-Nie zastanawiaj się nad tym jak dobrać słowa by zabrzmiało to odpowiednio, bo wiem, że nawet kiedy powiesz obiecuje, nie będziesz tego żałował ani przez chwilę.
-Mam wrażenie, że pierdole wszystko, co dostaje się w moje ręce.
-Nie masz pojęcia ile spierdoliłeś tak naprawdę.

/

-Frytki były ble. – szepnął mi na ucho i z protestem przetarł usta serwetką, którą od razu wyrzucił do kosza, stojącego w rogu knajpy i włożył rączki w rękawy okrycia, które trzymałam równocześnie się śmiejąc i próbując utrzymać równowagę. Lubiłam tego typu sytuację.
-A sok?
-A sok był ble, ble.
Klasnął dłońmi i wybiegł na mroźne powietrze, zostawiając rękawiczkę, czapkę i Kinder niespodziankę, które podała kelnerka, żegnając mnie słodkim: Dziękujemy i zapraszamy ponownie, a kiedy wyszłam na zewnątrz poczułam na nogach mocny uścisk i usłyszałam głośny krzyk Tata. Zdezorientowana rozejrzałam się, sącząc przez długą rurkę świeżo wyciskany jabłkowy sok i zamarłam zatrzymując wzrok na wysokiej postaci, stojącej naprzeciwko mnie i trzymającej na rękach małego chłopczyka w granatowej kurtce, który jeszcze kilka sekund temu był obok mnie. Przygryzłam słomkę i przerażona automatycznie się cofnęłam, natrafiając na szklane drzwi baru, otwierające się niestety w przeciwną stronę. To było śmieszne. Bałam się własnego syna i jego spostrzegawczości. Bałam się Michała i jego obecności, ale nie zrobił na mnie żadnego wrażenia fakt, że to wszystko jest rzeczywistością.   
-Dokopałaś mi, nie powiem. - Niedowierzająco pokręcił głową, jakby dopiero zdawał sobie sprawę z sensu wypowiedzianych przed chwilą słów i zabrał mi czapkę z dłoni, po czym oburzony nałożył ją chłopczykowi na głowę. Nie rejestrowałam tego. Każdy bodziec dochodził do mnie z opóźnioną częstotliwością, a ja byłam bierna na wszystko wokół.
-Co zrobiłam? - Zaśmiałam się ironicznie i nie mogąc zdobyć się na spojrzenie mu w te niebieskie oczy, odwróciłam wzrok i zaczęłam badać głośną okolice, wyczekując doskonale znanej mi odpowiedzi.  Z całych sił starałam się ignorować jego celowe zaczepki, które chyba miały na celu wzbudzić we mnie litość.
-Dokopałaś mi. Naprawdę nie spodziewałem się aż takiego zagrania. Nigdy.
-Długo tu jesteś?
Zaśmiał się, pstrykając zachwyconemu małemu w nos. Ta scena była cudowna, a ja nienawidziłam siebie z całego serca za to, że doprowadziłam do sytuacji, w której nie mogłam z całkowitą swobodą na nią patrzeć. Udawałam, że tego nie widzę. Udawałam, że nie robi to na mnie absolutnie żadnego wrażenia, chociaż rzeczywistość była tak bardzo biegunowa. To mnie niszczyło. Ta świadomość jak dobrym ojcem on by był, mimo że na to pod każdym aspektem nie zasługiwał.
-Z każdą kolejną sekundą coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zdecydowanie za krótko.
Urwał. Celowo. Wiedział, że to zmusi mnie do popatrzenia na niego. Zmusi mnie do zawieszenia wzroku na wysokości jego oczu i utraty wszystkiego co do tej pory tak skrzętnie sobie uporządkowałam. Wystarczyło jedno spojrzenie. Jedno.
-Kiedyś, tamtego pamiętnego wieczoru po moim powrocie, powiedziałem ci, że próbujesz się do mnie upodobnić, ale nigdy ci się to nie uda. Myliłem się. Udało ci się. Dlaczego tak bardzo się myliłem? Dlaczego byłem tak bardzo pewny siebie? - Zamilkł i podobnie do mnie zaczął rozglądać się po pustej okolicy. -Niko, nie udawaj głupiej. Obydwoje doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, dlaczego tu jestem i dlaczego wróciłem.
Zaprotestował. Przez chwile miałam wrażenie, że jeszcze dodatkowo tupnie nóżką jak małe, obrażone dziecko, któremu zabrano tego dobrego wiśniowo-jeżynowego lizaka z Nim2, zaśmieje się, a ja znów ulegnę jak za każdym razem, ale doskonale zdawałam sobie sprawę, że tak już nie będzie. Nigdy.
-Znam prawdę, którą zresztą nasz syn przed chwilą nieumyślnie potwierdził.
-I dlatego wróciłeś.
Powiedziałam bardziej do siebie niż do niego, ale on potakująco kiwnął głową i podszedł.
-I dlatego wróciłem.
-I co teraz będziesz zapychać mnie kolejnymi kłamstwami, żeby niby być pozornie blisko mnie, a dokładniej blisko niego? Michał, ja nie jestem już taka głupia, a tym bardziej naiwna. W dupie mam to, że wróciłeś.– Szepnęłam i wyrzuciłam puste opakowanie po napoju do pobliskiego kosza i otrzepując czapkę z suchego śniegu, rozłożyłam bezradnie ręce. -Wiem, że wiesz, że ostatnie zdanie było kłamstwem, ale musiałam się na nie zdobyć. To dodało mi odwagi. Nigdy nie chciałam niczego przed tobą zatajać.
-Nie chciałaś nic przede mną zatajać? Czy ty siebie słyszysz? To dlaczego nie powiedziałaś mi, że jesteś w ciąży? Dlaczego odebrałaś mi możliwość bycia przy najważniejszych momentach życia mojego dziecka?
Zaprotestował z widocznym grymasem na twarzy i postawił małego na chodniku, który od razu pobiegł w stronę starszej pani, karmiącej ptaki i zaczął podskakiwać w miejscu.
-Nie rób z siebie ofiary. To na mnie nie działa. Naprawdę. Może trochę boli, ale na pewno nie tak bardzo jak powinno i nie wzbudza we mnie poczucia winy. Żadnego. Nie mam podstaw by czuć się tą gorszą. Ty sam nieświadomie zabrałeś sobie tę możliwość gdzieś pomiędzy Nie będę uczestniczył w twoim życiu a Wyjeżdżam, Niko. Nie chciałam, żebyś został ze mną z litości, bo nie wyobrażasz sobie roli weekendowego tatusia. Nie potrzebuje tego. Nie chcę tej twojej litości. Nie teraz. Potrzebowałam jej trzy lata temu, ale przy mnie byli tylko twoi przyjaciele. To paradoks. Mariusz był mi bliższy niż ty. Mariusz przejmował się moim życiem, zdrowiem, a przede wszystkim twoim dzieckiem, dupku, a nie ty. I to on naprawdę cierpiał, kiedy je straciłam, a ty nawet na minutę nie pomyślałeś o tym, że coś może być przez ciebie nie tak, a kiedy ci o tym powiedziałam to tak naprawdę nawet nie zorientowałeś się o czym tak naprawdę mówię. Ty tylko cały czas budowałeś w swojej głowie wyobrażenie, że jest nam źle, bo cię kocham. Ta moja miłość była przy tym wszystkim niczym.  
Urwałam. Chciałam stamtąd zniknąć. Zostawić go z tym wszystkim samego. Zostawić go z masą sprzecznych myśli, a przede wszystkim wiedzą. Wiedzą, która każdego dnia w przeszłości niszczyła mnie na nowo.  
-Co się w ogóle stało, że wierzysz, że on jest twój? Co się stało, że wierzysz, że ktoś może być od ciebie zależny?
-Niko...
-Nie mów tak do mnie, proszę. Tamta Niko, stworzona przez ciebie już nie istnieje, Michał. I nigdy nie wróci nawet jeśli bardzo mocno byś tego chciał.
-Chciałem być. – Szepnął.
-Gdybyś chciał to byś był. Doskonale wiedziałeś co czuje i jak mocno rani mnie każdy nawet najmniejszy gest, który dla ciebie był najzwyczajniej normą, ale wciąż w to brnąłeś. Tego już nie ma.
-Prosiłaś mnie żebym zniknął.
Powiedział to bardziej do siebie. Odwróciłam się i zaczęłam iść w stronę chłopczyka, próbując opanować łzy, które cisnęły się do oczu, zamazując obraz, który miałam przed oczami. Uśmiechałam się sama do siebie i niedowierzająco kręciłam głową, a moją widoczność ograniczył Michał, który niespodziewanie pojawił się przede mną i zasapany oparł dłonie o kolana.
-Nikola, czy nie widzisz, że dostaliśmy drugą szansę? Proszę cię, nie rezygnujmy z tego.
-Żartujesz, prawda? Miałeś miliony szans. Miałeś miliony tych pierdolonych szans, a ona była jedną z kolejnych, której znów nie wykorzystałeś. Nie chcę się czarować myślami, że będzie dobrze, że ty będziesz. Ty możesz być dla niego. Nie dla mnie. Nie okłamuj mnie, bo tego już nie zniosę.
-Dlaczego tak to spierdoliłem?
-Doskonale znasz odpowiedź na to pytanie. Ja tylko chciałam żebyś chociaż przez chwilę cierpiał tak samo mocno, jak ja przez ostatnie trzy lata.
-Masz w zwyczaju stwarzać pozory szczęśliwej. Jaka jesteś teraz? Jaka jesteś naprawdę, Nikola?
-Nie wiem jaka jestem.  

/

-O czym byś marzył, mając pewność, że to się stanie?
Zapytałam, lekko przygryzając dolną wargę i zakręciłam różową parasolką z koktajlu tuż przed jego nosem. Nie było wcale krępująco ani nieswojo, lecz wręcz przeciwnie – było naturalnie. Tak naturalne jak zwyczajne jest wylegiwanie w letnie popołudnie, kiedy ludzie spędzają czas, ściągając z nosa okulary z przyciemnianymi szybkami i rozkoszują się promieniami słońca, słuchając muzyki czy po prostu robią zakupy. Czują się swobodnie. A ja przecież nigdy do tej pory się tak nie czułam, bo przez całe życie zmuszona byłam do ciągłych ucieczek. Ucieczek od odpowiedzialności, życia, uczuć, mimo że to nie było możliwe. Nie wiem, może w zdecydowanej większości tamtych sytuacji znaczącą rolę odegrała moja naiwność. Byłam marzycielką. Marzycielką, która za każdym razem z wielkim przytupem lądowała na twardym betonie, czując rozczarowanie. Byłam strzępkiem sprzecznych emocji, stertą wewnętrznych rozterek i nieporozumień oraz usypiskiem błędów. Byłam Nikolą Fodłycz,  chyba z góry skazaną na Michała Winiarskiego.
-Zadałam ci pytanie.
Przekręcił głowę i popatrzył na mnie, mrużąc oczy po czym zgniótł w prawej dłoni biało-czerwony papierek, który wrzucił do kosza, stojącego kilka metrów dalej, ale wciąż milczał. I milczał również pięć minut później odrzucając połączenie na ekranie swojego telefonu.
-Niecierpliwisz się. – Bardziej stwierdził niż zapytał i odłożył telefon na beton, szczerze się śmiejąc.
-Bystry jesteś.
-No wiesz, wiele się zmieniło.
-Na przykład co?
Wzruszył ramionami i parsknął śmiechem.
-Mam dziecko.
-Michaś, mucha ci wleci. I w ramach rekompensaty za chwile możesz  nie mieć zębów.
Uśmiechnęłam się i ściągnęłam okulary. Już nie czułam obawy ani lęku przed spojrzeniem mu w oczy. To było coś naturalnego. Wpatrywanie się w oczy osoby, którą się kocha, ale której mieć się nie może. Osoby, której się pożąda, chociaż pożądać się jej nie powinno. Osoby, od której uzależnionym się jest, ale tego narkotyku tak po prostu zdobyć się  nie da.
-O możliwości niezaprzepaszczenia tego co jest czy było najważniejsze.
-Było?
-Nie wiem czy to jeszcze jest. Nie wiem czy ty jesteś.
-Michał, do cholery, nie zachowuj się tak jakbym co najmniej o ciebie nie walczyła. Walczyłam, ciężko, przez cholernie długi czas, więc wybacz mi, jeżeli po tym wszystkim jestem już wyczerpana i trochę odpuszczam, ale cały czas jestem. Jestem przecież. Jestem, siedzę, mówię nawet do ciebie. Niecierpliwie się i denerwuję, bo jest mi dobrze. Dobrze, bo mogę tutaj siedzieć i nie muszę myśleć co będzie jutro, pojutrze czy za dziesięć lat, bo dobrze mi jest teraz. Z tobą.
-Marzenia się nie spełniają.
-Spełniają się, ale nie te które powinny. Szkoda, bo przecież liczyłam na coś innego.
Wstałam i z całej siły przytuliłam się do mojego towarzysza, który przez swoje zdezorientowanie prawie spadł do tyłu wraz ze mną, swoimi frytkami i mitem o największym twardzielu jakiego ta ziemia zrodziła i odeszłam. I może ja to zrobiłam pierwsza, ale podobno marzenia się nie spełniają. Podobno opadają na samo dno, rozkruszając się na miliony małych kawałeczków, które już nigdy nie będą w stanie się połączyć czy zespolić w jedną całość. Podobno nie warto po ich spełnienie wyruszać w daleką nieznaną podróż, bo spotykamy tylko ciemną otchłań, która doszczętnie łamie nas wewnętrznie mimo że na co dzień jesteśmy w stanie grać szczęśliwych i beztrosko zakochanych nawet w najmniejszych szczegółach. I podobno marzenia się nie spełniają, więc nie powinnam wierzyć, że kiedykolwiek jeszcze dostanę szansę usiąść z nim na jakimś nagrzanym od czerwcowego słońca murku i jeść szybko topniejące lody i czekoladę. Nie powinnam wierzyć, że będę mieć możliwość prowadzenia z nim swobodnej rozmowy, w której nie będzie wypominał mi błędów ani oskarżał o wszystko co złe w jego życiu tylko siedział. Siedział i po prostu nic nie mówił, a ja poczuje, że to odpowiednie miejsce. Odpowiednie dla mnie i dla niego. I może tam właśnie się jeszcze spotkamy. I będziemy szczęśliwi.
Ale wierzę.
-Nie wiem co to jest miłość i kiedy się kocha, bo przecież nigdy tego nie czułem ani nie znałem, więc nie mogę powiedzieć czy kocham i jak długo, ale coś czuję i to jest ważne, prawda? I nie chcę żeby to zwiało. Skoro w jakiś sposób udało nam się siebie odnaleźć to to już musi trwać wiecznie. Szczęście się nie wypali. Serio, obiecuję ci to. Ono się nie ulotni. Nie pozwolę mu na to tylko musisz mi zaufać. To śmieszne, wiem, nie mam prawa cię o to prosić, więc błagam – zaufaj mi.
-Daje słowo  - oddałabym wszystko żeby być gdzieś z tobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz