Długość: 2 272 wyrazów.
Czas publikacji: 21 sierpnia - 6
września 2013 roku.
Był uzależniony. Cholernie uzależniony.
Wciąż
tylko myślał o pięknie jej ciemnych kręconych włosów, różowych policzkach oraz
tej smukłej małej i kruchej sylwetce, która umalowana zieloną farbą na rękach i
nosie wydawała się jeszcze bardziej słodsza i jeszcze bardziej idealna.
Uwielbiał
zakładać jej za ucho kosmyk niesfornych, gładkich loków i szeptać, że jest
najpiękniejsza, najładniejsza, a z tą farbą na nosie wyglądała jeszcze bardziej
cudownie, pomijając już te śliczne niebieskie oczy, za którymi szalał chyba
najbardziej. Nienawidził kiedy były smutne i puste, dlatego każdego dnia
powtarzał będę, będę zawsze i to wystarczało. Śmiała się.
Śmiała się całą sobą, ukazując delikatnie zarysowane policzki, które tylko
dodawały jej subtelności.
Była
taką jego mimozą, którą pożądał, chciał i pragnął. I niby ją miał. Tylko dla
siebie, na wyłączność, lecz ona zawsze wydawała się taka ulotna.
Była
dostępna kiedy siadał wygodnie obok niej na środku salonu, przytulał delikatnie
i tylko pytał: Lil, a może masz ochotę na herbatę? a ona
wstawała. Wstawała i ciągnąc go za rękę, którą nieprzerwanie czule ściskał,
szła do kuchni i nastawiała wodę. A on szukał herbatników doskonale wiedząc, że
to musi być ta najsłodsza, malinowa, kupiona przed kilkoma dniami w sklepie na
rogu, bo ona innej nie piła. Mogła się odwodnić, nie pić nic dniami i nawet
płakać, ale to musiała być tylko ta wyjątkowa herbata.
I
wtedy nastąpiła pierwsza pomyłka tego ideała, który tylko złapał się za głowę i
głośno westchnął. I tak stał. Stał nieruchomo i usiłował miarowo oddychać, lecz
patrząc na jego umiejętności aktorskie to nie było takie „granie” idealne, bo
ona wiedziała, że jej ukochany zapomniał. Zapomniał lub po
prostu nie chciał wstąpić po treningu do sklepu Pani Kazi, która zawsze
częstowała go tym ulubionymi cukierkami z galaretką na wagę, których
rzeczywiście w swoim sklepie tak naprawdę nigdy nie miała dostępnych w
sprzedaży.
Ale
ona za bardzo go kochała i złość w tym przypadku wydawała się niepotrzebna i
tylko mogłaby skraść te ważne chwile, kiedy jedli czekoladowe krakersy i
oglądali nudne love story, które zawsze musiały skończyć się happy endem,
dlatego tylko szepnęła: to się ubieraj i rzuciła w niego
ścierką, taką kolorową, żółto-niebieską, która była uszyta na wzór ulubionych
kolorów i kształtów tej jego mimozy.
Tak
jak już zauważono jego kochana wydawała się bardzo ulotną istotą, dlatego kiedy
poczuł pierwsze krople zimnego, październikowego deszczu przytulił jej kruche
ciało do swojego i szli tak wtuleni w siebie do sklepu Pani Kazi, która tylko
czekała na ich przybycie i uśmiechnięta mówiła o pogodzie, nieuwadze mężczyzny
i wielu, wielu innych sprawach, lecz on całą uwagę skupiał na swojej Lil, która
była taka urocza, rumieniąc się.
A
on tak szczerze się obawiał, kiedy wyszedł ze sklepu i ujrzał, że pojedyncze
krople deszczu zamieniły się w prawdziwą ulewę, która mogła zniszczyć to ulotne
ciałko jego mimozy. To był okropne uczucie, dlatego biegł. Biegł ile sił w
nogach z nią w ramionach i nie oglądał się na ludzi, którzy tylko wskazywali na
niego palcem, śmiejąc się.
Ale
on się wciąż obawiał, że ona zniknie, dlatego gdy tylko postawił ją na ziemi w
ciepłym mieszkaniu mocno ją całował, a ona jakby wyłącznie na to czekając,
oddawała te pocałunki i nie zważali na wielkie plamy, które w międzyczasie
pojawiły się w przedpokoju stali tak spoglądając na siebie lub po prostu
przytulając. Wystarczyło bycie ze sobą, dlatego nie odstępował jej nawet jak poszła
się przebrać i głośno śmiejąc się potarzała tylko: nie mam w co się
ubrać kiedy miała całą szafę ubrań, a on odpowiedział: ciuchy
wcale nie muszą być nam potrzebne.
A
ona się rumieniła, tak jak uwielbiał najbardziej.
/
Była
chora. Bardzo chora, bo stolik przy ich łóżku w sypialni cały zapełniony był
lekarstwami, a z kosza powoli wysypywały się zużyte chusteczki. Cierpiał tak
jak ona i tak bardzo pragnął wziąć na siebie cały ból, który odczuwała, że nie
mógł znaleźć sobie miejsca w ich mieszkaniu, które zawsze było radosne, a teraz
wypełniały je tylko kaszlnięcia mimozy i granie rosyjskiego telewizora. Robił
nawet tę jej malinową herbatę, a Pani Kazia doradzała by wciąż przy niej po
prostu był i dawał jej ten miód, którego tak nienawidziła. Nie była już taka
wesoła i nie rumieniła się tak ślicznie i uroczo jak dotychczas, a on tylko
modlił się by to jego oczko w głowie wciąż było i trwało przy nim, bo nie
zniósłby przecież jej braku nawet na chwile, a co dopiero na zawsze.
Nie
było jej na meczu, a on nie odczuwał tego wsparcia, które miał zazwyczaj i czuł
się nieswojo. Nawet nie nieswojo. On był po prostu nijaki i cały czas miał
przed oczami obraz jej kruchej duszyczki, która siedzi tam w ich mieszkaniu i
jest sama. Bardzo chciał przy niej być, dlatego najnormalniej w świecie wyszedł
z hali i gnał ile sił w nogach żeby znaleźć się przy tej swojej cudownej Lil.
Śmiała
się. Śmiała się z jego głupoty, bo przecież trener mu nie odpuści i będzie
harował przez najbliższy tydzień dwa razy ciężej niż inni, ale dla niego
wydawało się to tak przyziemne, że sam się śmiał, mocniej przytulając ją do
siebie. I tylko całował w skroń co jakiś czas, jedząc dodatkowo te
brzoskwiniowe cukierki, których ona tak nienawidziła.
I
niesamowicie się cieszył kiedy zdołał doprowadzić do tego, że na jej twarzy
chociaż na chwile pojawił się ten nikły uśmiech, który tak kochał. Wystarczył
tylko popcorn i to chyba było w tamtej sytuacji najbardziej błahe i dlatego on
również się uśmiechnął. I był wdzięczny, że może być właśnie tam, obok niej,
przytulać ją, całować ją i dotykać i to ona zajmowała wciąż jego myśli. Tak, za
to wdzięczny był najbardziej.
Następnego
poranka mimoza powitała go ze zdwojoną siłą, uśmiechem na tej buźce, którą tak
kochał i na dodatek się rumieniła. Tak cudownie, jak uwielbiał. Był
szczęśliwy.
-Mimozo,
bo ty wiesz, że Cię kocham. Kocham najbardziej na świecie. Kocham te dołeczki,
oczy, uśmiech, rumieńce i kocham te niesforne kosmyki loków, które cały czas
opadają Ci na twarz, którą też przecież kocham. Kocham Twój uśmiech, dotyk i
nawet ten Twój katar, dlatego bądź. Bądź wciąż, Lil.
/
Był
uzależniony. Cholernie uzależniony od jej obecności, dotyku i nawet od tych
ciągłych narzekań, że zupa jest niedobra, słona, a jej znajomość rosyjskiego
zaczyna i kończy się na dzień dobry. Lubił robić jej zdjęcia, bo zawsze
wychodziła na nich taka naturalna i bardzo nieosiągalna, a przecież on ją miał.
Całą, na własność.
Uwielbiał
patrzeć na nią kiedy chodziła ubrana w długie ogrodniczki całe zaplamione
farbą. I nie musiał mieć tłumaczenia dlaczego. Po prostu taką ją uwielbiał.
Kolorową, barwną, cudowną.
-Cieszę
się, że jesteś moja.
-Cieszę
się, że jesteś mój, Matt.
I
uśmiechała się tak pięknie, cudownie i perliście, mażąc pędzlem po swoim
płótnie. I mógł codziennie powtarzać, że jest wyjątkowa. I mógł każdego dnia
zarzekać się, że jest jedyna i najważniejsza, ale to wciąż było dla niego mało.
Chciał wyrażać sobą więcej, by miała jeszcze większą pewność, że jest jej a
ona jego.
-Czuję,
że coś przede mną ukrywasz. – powtarzał codziennie.
-Ukrywam,
ale musisz być cierpliwy, Matt. – odpowiadała
każdego kolejnego dnia. Ale tamto popołudnie było wyjątkowe, bo do niego
podeszła i dotknęła jak gdyby nigdy nic otwartą dłonią jego koszulkę na
wysokości torsu.
-Lil,
kocham Cię i kocham tą żółtą rękę na mojej ulubionej koszulce.
-Matt,
bo musisz być cierpliwy. Musisz każdego dnia powtarzać sobie: Ona mi powie,
kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, właściwy moment to mocno się we mnie wtuli
i zacznie szeptać odpowiednie słowa, zdania, być może długi monolog. Ale w
końcu to zrobi. Matt, musisz. Obiecaj mi to.
I
obiecał. Czekał tak cały wieczór, dzień, dwa, aż wreszcie mimoza podeszła do
niego tak jak mówiła, mocno wtuliła się w jego tors, ale milczała. Milczała
tylko wdychając woń jego perfum. I trwali tak długo. Bardzo długo, aż w
materiał jego koszulki powoli zaczynała przechodzić paleta barw z jej roboczego
stroju, a jej oczy przestały być puste.
Cieszyła
się.
-Matt,
jestem w ciąży.
I
on również się cieszył. Tylko nie wiedział co zrobić czy powiedzieć by dać
mimozie znak, że jest, że będzie, że jest szczęśliwy, więc objął ją i położył
dużą dłoń na jej kruchym, płaskim jeszcze brzuchu.
-Mimozo,
kocham Cię. Kocham najbardziej na świecie.
I
tak powtarzał każdego dnia. I codziennie pytał: Czy aby na pewno? Czy ma
stuprocentową pewność, że nie będą już sami, że będzie ich trójka? A ona
każdego dnia odpowiadała tak, że pojawi się ten śmiech dziecka, ten ból,
cierpienie, mdłości. Będzie ta rezygnacja po nieprzespanych nocach.
Będzie
ta wspólna cząstka jego i jej.
/
Była
szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa, bo biorąc pod uwagę, że była wspaniałą malarką i
miała tego swojego pożądanego przez tysiące fanek na świecie Matta tylko na
wyłączność ktoś trzeci bez zawahania właśnie tak ją nazywał. Uśmiechała się.
Uśmiechała się bardzo, bardzo szeroko mając przy sobie tego swojego ukochanego
i krzyczała ile sił w płucach:
-Matt,
w Kazaniu nie ma dla mnie tajemnic.
Ale
to było tylko złudzenie, bo te nieodkryte zagadki wciąż były, a on każdego dnia
je okrywał. I uwielbiał widzieć ją zdziwioną, a jeszcze bardziej kochał patrzeć
na nią kiedy to on te uczucie wywoływał.
-Matt,
wygraliście. Wygraliście to! – i znów krzyczała tak głośno,
starając się przekrzyczeć jeszcze głośniejszą wrzawę kibiców.
-Mamy
to Lil! – też krzyczał, mocno ją ściskając i pokazując ten
swój dopiero zdobyty medal z bardzo szerokim uśmiechem.
/
-Maxim,
nie tak blisko.
-Naprawdę
sądzisz, że ten twój Matt jest taki idealny? Dlaczego nie ma go tu, teraz z
Tobą tylko zabawia się z kolegami, Lil?
Starała
się oddychać wciąż miarowo i nie pokazać, że przez myśl przechodzą jej
najróżniejsze czarne scenariusze, a dłonie powoli zaczynają drżeć, więc tylko
odłożyła kawałek tej pysznej szarlotki, którą właśnie jadła i uśmiechnęła się z
widocznym grymasem na twarzy mimo że dobrze znała prawdę.
-Maxim,
nie tak blisko. – powtórzyła, kiedy ten znów przybliżył się do jej
ciała na bardzo małą odległość, przyciskając ją mocno do blatu, który dosłownie
wbijał się w jej plecy i położył dłonie po obu stronach jej ciała.
-To
zabawne, że bawicie się w tą miłość. To takie infantylne.
-Mikhailow
zostaw mnie, rozumiesz? To ty jesteś infantylny. Wiem co on robi, gdzie jest i
wiem również, że nie byłby zadowolony widząc to co właśnie robisz ty.
-On
jest, Lil, totalnie ślepy.
-I
totalnie wszystko słyszy, a w dodatku nawet widzi. -
Odetchnęła wtedy z niewiarygodną ulgą, bo on przy niej był, stał oparty o
futrynę drzwi i tak cudownie uśmiechał się pod nosem patrząc na swoje
palce. – I nawet Ci radzi żebyś się tak ciut odsunął. Nawet troszkę
więcej.
A
on to zrobił. Był taki potulny w jego obecności.
-Matt. –
szepnęła, zwracając uwagę ukochanego, który lekko uniósł głowę i spojrzał na
nią. – Słabo mi.
I
upadła.
/
I
mógł codziennie sobie wypominać, że przecież wciąż miał być. I mógł codziennie
przeklinać samego siebie, że odszedł, że ją zostawił, że niby był, ale tak
naprawdę nie potrafił ochronić tej swojej mimozy w stu procentach przed złem
świata w każdej nawet najkrótszej chwili, ale cóż by to dało? Mógł krzyczeć,
wrzeszczeć i niszczyć wszystko na swojej drodze.
I
mógł wciąż być, nic nie mówić, po prostu być, ale można było również
powiedzieć, że coś się niestety zmieniło.
-Lilka,
byłaś ważna, ale..
-Byłam?
-Byłaś,
ale widzisz coś się zmieniło. Już nie jesteś tą moją ulotną mimozą, którą bym
chronił zawsze i wszędzie. Nie potrafiłem tego zrobić, rozumiesz? Zniszczyłem
Ciebie, mnie. Nas. Nie poszedłbym już nawet po bułki do Pani Kazi z tobą, a co
dopiero w ogień. Może uleciałaś wraz z tą kruszyną, którą straciliśmy? Nie
kręcą mnie już te twoje policzki czy usta. Są przeciętne. Nie pasują do całej
reszty. I nie znoszę jak się rumienisz. I nie bolą mnie nawet twoje łzy. Mam po
dziurki w nosie tych farb, kolorów, zdjęć, aparatu.
I
można było powiedzieć, że już nie był uzależniony. Nie myślał o oczach,
różowych policzkach ani nawet o tych ciemnych lokach, które tak uwielbiał. Mało
tego. On zaczął dostrzegać, że te niebieskie oczy, w których zawsze dostrzegał
niesamowitą głębie, nie współgrają tak bardzo z ledwo widocznymi piegami oni tą
jej bladą cerą, która w ostatnim czasie była jeszcze bardziej widoczna i
jeszcze bardziej jasna. I rzeczywiście nie podobały mu się już te farby ani
kolory, które tak lubiła, a bluzkę, którą kiedyś ozdobiła swoją zabarwioną na
żółto ręką po prostu chciał wyrzucić.
Była
mimozą. Wciąż nią była, lecz już tak nie pożądaną, chcianą i upragnioną mimo że
wciąż ją miał. I ona już wcale nie wydawała się ulotna, a on nawet nie miałby
ochoty jej łapać czy zatrzymywać. Mógłby ją oddać i nawet nie poczułby straty.
Nie
kupował tej malinowej, słodkiej herbaty w sklepie na rogu, a jeśli poczułby
pierwsze krople listopadowego deszczu nie próbowałby tej mimozy chronić.
Zostawiał
ją. Zostawiał i nie przejmował się co w tym czasie dzieje się z tą jego Lili,
która niby wciąż była oczkiem w jego głowie. On nawet grał rewelacyjne mecze,
kiedy jej nie było tam, zmartwionej na trybunach pośród głośnych kazańskich
kibiców.
I
nie potrafił już mówić: Mimozo, będę. I nie potrafił
powtarzać: Lil, kocham, kocham, kocham. I nie potrafił
obiecać, że jest najpiękniejsza, najważniejsza i najsłodsza.
I
z czasem nie było ich już razem. Byli oni. Osobno. Był Matt. I była Lili.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz