piątek, 6 września 2013

[v] komplikacja

Długość: 2 272 wyrazów.
Czas publikacji: 21 sierpnia - 6 września 2013 roku.

Był uzależniony. Cholernie uzależniony.
Wciąż tylko myślał o pięknie jej ciemnych kręconych włosów, różowych policzkach oraz tej smukłej małej i kruchej sylwetce, która umalowana zieloną farbą na rękach i nosie wydawała się jeszcze bardziej słodsza i jeszcze bardziej idealna.
Uwielbiał zakładać jej za ucho kosmyk niesfornych, gładkich loków i szeptać, że jest najpiękniejsza, najładniejsza, a z tą farbą na nosie wyglądała jeszcze bardziej cudownie, pomijając już te śliczne niebieskie oczy, za którymi szalał chyba najbardziej. Nienawidził kiedy były smutne i puste, dlatego każdego dnia powtarzał będę, będę zawsze i to wystarczało. Śmiała się. Śmiała się całą sobą, ukazując delikatnie zarysowane policzki, które tylko dodawały jej subtelności.
Była taką jego mimozą, którą pożądał, chciał i pragnął. I niby ją miał. Tylko dla siebie, na wyłączność, lecz ona zawsze wydawała się taka ulotna.
Była dostępna kiedy siadał wygodnie obok niej na środku salonu, przytulał delikatnie i tylko pytał: Lil, a może masz ochotę na herbatę? a ona wstawała. Wstawała i ciągnąc go za rękę, którą nieprzerwanie czule ściskał, szła do kuchni i nastawiała wodę. A on szukał herbatników doskonale wiedząc, że to musi być ta najsłodsza, malinowa, kupiona przed kilkoma dniami w sklepie na rogu, bo ona innej nie piła. Mogła się odwodnić, nie pić nic dniami i nawet płakać, ale to musiała być tylko ta wyjątkowa herbata.
I wtedy nastąpiła pierwsza pomyłka tego ideała, który tylko złapał się za głowę i głośno westchnął. I tak stał. Stał nieruchomo i usiłował miarowo oddychać, lecz patrząc na jego umiejętności aktorskie to nie było takie „granie” idealne, bo ona wiedziała, że jej ukochany zapomniał. Zapomniał lub po prostu nie chciał wstąpić po treningu do sklepu Pani Kazi, która zawsze częstowała go tym ulubionymi cukierkami z galaretką na wagę, których rzeczywiście w swoim sklepie tak naprawdę nigdy nie miała dostępnych w sprzedaży.
Ale ona za bardzo go kochała i złość w tym przypadku wydawała się niepotrzebna i tylko mogłaby skraść te ważne chwile, kiedy jedli czekoladowe krakersy i oglądali nudne love story, które zawsze musiały skończyć się happy endem, dlatego tylko szepnęła: to się ubieraj i rzuciła w niego ścierką, taką kolorową, żółto-niebieską, która była uszyta na wzór ulubionych kolorów i kształtów tej jego mimozy.
Tak jak już zauważono jego kochana wydawała się bardzo ulotną istotą, dlatego kiedy poczuł pierwsze krople zimnego, październikowego deszczu przytulił jej kruche ciało do swojego i szli tak wtuleni w siebie do sklepu Pani Kazi, która tylko czekała na ich przybycie i uśmiechnięta mówiła o pogodzie, nieuwadze mężczyzny i wielu, wielu innych sprawach, lecz on całą uwagę skupiał na swojej Lil, która była taka urocza, rumieniąc się.
A on tak szczerze się obawiał, kiedy wyszedł ze sklepu i ujrzał, że pojedyncze krople deszczu zamieniły się w prawdziwą ulewę, która mogła zniszczyć to ulotne ciałko jego mimozy. To był okropne uczucie, dlatego biegł. Biegł ile sił w nogach z nią w ramionach i nie oglądał się na ludzi, którzy tylko wskazywali na niego palcem, śmiejąc się.
Ale on się wciąż obawiał, że ona zniknie, dlatego gdy tylko postawił ją na ziemi w ciepłym mieszkaniu mocno ją całował, a ona jakby wyłącznie na to czekając, oddawała te pocałunki i nie zważali na wielkie plamy, które w międzyczasie pojawiły się w przedpokoju stali tak spoglądając na siebie lub po prostu przytulając. Wystarczyło bycie ze sobą, dlatego nie odstępował jej nawet jak poszła się przebrać i głośno śmiejąc się potarzała tylko: nie mam w co się ubrać kiedy miała całą szafę ubrań, a on odpowiedział: ciuchy wcale nie muszą być nam potrzebne.
A ona się rumieniła, tak jak uwielbiał najbardziej. 

/

Była chora. Bardzo chora, bo stolik przy ich łóżku w sypialni cały zapełniony był lekarstwami, a z kosza powoli wysypywały się zużyte chusteczki. Cierpiał tak jak ona i tak bardzo pragnął wziąć na siebie cały ból, który odczuwała, że nie mógł znaleźć sobie miejsca w ich mieszkaniu, które zawsze było radosne, a teraz wypełniały je tylko kaszlnięcia mimozy i granie rosyjskiego telewizora. Robił nawet tę jej malinową herbatę, a Pani Kazia doradzała by wciąż przy niej po prostu był i dawał jej ten miód, którego tak nienawidziła. Nie była już taka wesoła i nie rumieniła się tak ślicznie i uroczo jak dotychczas, a on tylko modlił się by to jego oczko w głowie wciąż było i trwało przy nim, bo nie zniósłby przecież jej braku nawet na chwile, a co dopiero na zawsze.
Nie było jej na meczu, a on nie odczuwał tego wsparcia, które miał zazwyczaj i czuł się nieswojo. Nawet nie nieswojo. On był po prostu nijaki i cały czas miał przed oczami obraz jej kruchej duszyczki, która siedzi tam w ich mieszkaniu i jest sama. Bardzo chciał przy niej być, dlatego najnormalniej w świecie wyszedł z hali i gnał ile sił w nogach żeby znaleźć się przy tej swojej cudownej Lil.
Śmiała się. Śmiała się z jego głupoty, bo przecież trener mu nie odpuści i będzie harował przez najbliższy tydzień dwa razy ciężej niż inni, ale dla niego wydawało się to tak przyziemne, że sam się śmiał, mocniej przytulając ją do siebie. I tylko całował w skroń co jakiś czas, jedząc dodatkowo te brzoskwiniowe cukierki, których ona tak nienawidziła.
I niesamowicie się cieszył kiedy zdołał doprowadzić do tego, że na jej twarzy chociaż na chwile pojawił się ten nikły uśmiech, który tak kochał. Wystarczył tylko popcorn i to chyba było w tamtej sytuacji najbardziej błahe i dlatego on również się uśmiechnął. I był wdzięczny, że może być właśnie tam, obok niej, przytulać ją, całować ją i dotykać i to ona zajmowała wciąż jego myśli. Tak, za to wdzięczny był najbardziej.
Następnego poranka mimoza powitała go ze zdwojoną siłą, uśmiechem na tej buźce, którą tak kochał i na dodatek się rumieniła. Tak cudownie, jak uwielbiał. Był szczęśliwy. 
-Mimozo, bo ty wiesz, że Cię kocham. Kocham najbardziej na świecie. Kocham te dołeczki, oczy, uśmiech, rumieńce i kocham te niesforne kosmyki loków, które cały czas opadają Ci na twarz, którą też przecież kocham. Kocham Twój uśmiech, dotyk i nawet ten Twój katar, dlatego bądź. Bądź wciąż, Lil.
A ona była. Była wciąż. Tak jak on chciał.

/

Był uzależniony. Cholernie uzależniony od jej obecności, dotyku i nawet od tych ciągłych narzekań, że zupa jest niedobra, słona, a jej znajomość rosyjskiego zaczyna i kończy się na dzień dobry. Lubił robić jej zdjęcia, bo zawsze wychodziła na nich taka naturalna i bardzo nieosiągalna, a przecież on ją miał. Całą, na własność.
Uwielbiał patrzeć na nią kiedy chodziła ubrana w długie ogrodniczki całe zaplamione farbą. I nie musiał mieć tłumaczenia dlaczego. Po prostu taką ją uwielbiał. Kolorową, barwną, cudowną.
-Cieszę się, że jesteś moja.
-Cieszę się, że jesteś mój, Matt.
I uśmiechała się tak pięknie, cudownie i perliście, mażąc pędzlem po swoim płótnie. I mógł codziennie powtarzać, że jest wyjątkowa. I mógł każdego dnia zarzekać się, że jest jedyna i najważniejsza, ale to wciąż było dla niego mało. Chciał wyrażać sobą więcej, by miała jeszcze większą pewność, że jest jej a ona jego.
-Czuję, że coś przede mną ukrywasz. – powtarzał codziennie.
-Ukrywam, ale musisz być cierpliwy, Matt. – odpowiadała każdego kolejnego dnia. Ale tamto popołudnie było wyjątkowe, bo do niego podeszła i dotknęła jak gdyby nigdy nic otwartą dłonią jego koszulkę na wysokości torsu.
-Lil, kocham Cię i kocham tą żółtą rękę na mojej ulubionej koszulce.
-Matt, bo musisz być cierpliwy. Musisz każdego dnia powtarzać sobie: Ona mi powie, kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, właściwy moment to mocno się we mnie wtuli i zacznie szeptać odpowiednie słowa, zdania, być może długi monolog. Ale w końcu to zrobi. Matt, musisz. Obiecaj mi to.
I obiecał. Czekał tak cały wieczór, dzień, dwa, aż wreszcie mimoza podeszła do niego tak jak mówiła, mocno wtuliła się w jego tors, ale milczała. Milczała tylko wdychając woń jego perfum. I trwali tak długo. Bardzo długo, aż w materiał jego koszulki powoli zaczynała przechodzić paleta barw z jej roboczego stroju, a jej oczy przestały być puste.
Cieszyła się.
-Matt, jestem w ciąży.
I on również się cieszył. Tylko nie wiedział co zrobić czy powiedzieć by dać mimozie znak, że jest, że będzie, że jest szczęśliwy, więc objął ją i położył dużą dłoń na jej kruchym, płaskim jeszcze brzuchu.
-Mimozo, kocham Cię. Kocham najbardziej na świecie.
I tak powtarzał każdego dnia. I codziennie pytał: Czy aby na pewno? Czy ma stuprocentową pewność, że nie będą już sami, że będzie ich trójka? A ona każdego dnia odpowiadała tak, że pojawi się ten śmiech dziecka, ten ból, cierpienie, mdłości. Będzie ta rezygnacja po nieprzespanych nocach.
Będzie ta wspólna cząstka jego i jej.

/

Była szczęśliwa. Bardzo szczęśliwa, bo biorąc pod uwagę, że była wspaniałą malarką i miała tego swojego pożądanego przez tysiące fanek na świecie Matta tylko na wyłączność ktoś trzeci bez zawahania właśnie tak ją nazywał. Uśmiechała się. Uśmiechała się bardzo, bardzo szeroko mając przy sobie tego swojego ukochanego i krzyczała ile sił w płucach:
-Matt, w Kazaniu nie ma dla mnie tajemnic.
Ale to było tylko złudzenie, bo te nieodkryte zagadki wciąż były, a on każdego dnia je okrywał. I uwielbiał widzieć ją zdziwioną, a jeszcze bardziej kochał patrzeć na nią kiedy to on te uczucie wywoływał.
-Matt, wygraliście. Wygraliście to! – i znów krzyczała tak głośno, starając się przekrzyczeć jeszcze głośniejszą wrzawę kibiców.
-Mamy to Lil! – też krzyczał, mocno ją ściskając i pokazując ten swój dopiero zdobyty medal z bardzo szerokim uśmiechem.

/

-Maxim, nie tak blisko.
-Naprawdę sądzisz, że ten twój Matt jest taki idealny? Dlaczego nie ma go tu, teraz z Tobą tylko zabawia się z kolegami, Lil?
Starała się oddychać wciąż miarowo i nie pokazać, że przez myśl przechodzą jej najróżniejsze czarne scenariusze, a dłonie powoli zaczynają drżeć, więc tylko odłożyła kawałek tej pysznej szarlotki, którą właśnie jadła i uśmiechnęła się z widocznym grymasem na twarzy mimo że dobrze znała prawdę.
-Maxim, nie tak blisko. – powtórzyła, kiedy ten znów przybliżył się do jej ciała na bardzo małą odległość, przyciskając ją mocno do blatu, który dosłownie wbijał się w jej plecy i położył dłonie po obu stronach jej ciała.
-To zabawne, że bawicie się w tą miłość. To takie infantylne.
-Mikhailow zostaw mnie, rozumiesz? To ty jesteś infantylny. Wiem co on robi, gdzie jest i wiem również, że nie byłby zadowolony widząc to co właśnie robisz ty.
-On jest, Lil, totalnie ślepy.
-I totalnie wszystko słyszy, a w dodatku nawet widzi. - Odetchnęła wtedy z niewiarygodną ulgą, bo on przy niej był, stał oparty o futrynę drzwi i tak cudownie uśmiechał się pod nosem patrząc na swoje palce. – I nawet Ci radzi żebyś się tak ciut odsunął. Nawet troszkę więcej.
A on to zrobił. Był taki potulny w jego obecności.
-Matt. – szepnęła, zwracając uwagę ukochanego, który lekko uniósł głowę i spojrzał na nią. – Słabo mi.
I upadła.

/

I mógł codziennie sobie wypominać, że przecież wciąż miał być. I mógł codziennie przeklinać samego siebie, że odszedł, że ją zostawił, że niby był, ale tak naprawdę nie potrafił ochronić tej swojej mimozy w stu procentach przed złem świata w każdej nawet najkrótszej chwili, ale cóż by to dało? Mógł krzyczeć, wrzeszczeć i niszczyć wszystko na swojej drodze.
I mógł wciąż być, nic nie mówić, po prostu być, ale można było również powiedzieć, że coś się niestety zmieniło.
-Lilka, byłaś ważna, ale..
-Byłam?
-Byłaś, ale widzisz coś się zmieniło. Już nie jesteś tą moją ulotną mimozą, którą bym chronił zawsze i wszędzie. Nie potrafiłem tego zrobić, rozumiesz? Zniszczyłem Ciebie, mnie. Nas. Nie poszedłbym już nawet po bułki do Pani Kazi z tobą, a co dopiero w ogień. Może uleciałaś wraz z tą kruszyną, którą straciliśmy? Nie kręcą mnie już te twoje policzki czy usta. Są przeciętne. Nie pasują do całej reszty. I nie znoszę jak się rumienisz. I nie bolą mnie nawet twoje łzy. Mam po dziurki w nosie tych farb, kolorów, zdjęć, aparatu.
I można było powiedzieć, że już nie był uzależniony. Nie myślał o oczach, różowych policzkach ani nawet o tych ciemnych lokach, które tak uwielbiał. Mało tego. On zaczął dostrzegać, że te niebieskie oczy, w których zawsze dostrzegał niesamowitą głębie, nie współgrają tak bardzo z ledwo widocznymi piegami oni tą jej bladą cerą, która w ostatnim czasie była jeszcze bardziej widoczna i jeszcze bardziej jasna. I rzeczywiście nie podobały mu się już te farby ani kolory, które tak lubiła, a bluzkę, którą kiedyś ozdobiła swoją zabarwioną na żółto ręką po prostu chciał wyrzucić.
Była mimozą. Wciąż nią była, lecz już tak nie pożądaną, chcianą i upragnioną mimo że wciąż ją miał. I ona już wcale nie wydawała się ulotna, a on nawet nie miałby ochoty jej łapać czy zatrzymywać. Mógłby ją oddać i nawet nie poczułby straty.
Nie kupował tej malinowej, słodkiej herbaty w sklepie na rogu, a jeśli poczułby pierwsze krople listopadowego deszczu nie próbowałby tej mimozy chronić.
Zostawiał ją. Zostawiał i nie przejmował się co w tym czasie dzieje się z tą jego Lili, która niby wciąż była oczkiem w jego głowie. On nawet grał rewelacyjne mecze, kiedy jej nie było tam, zmartwionej na trybunach pośród głośnych kazańskich kibiców.
I nie potrafił już mówić: Mimozo, będę. I nie potrafił powtarzać: Lil, kocham, kocham, kocham. I nie potrafił obiecać, że jest najpiękniejsza, najważniejsza i najsłodsza.
I z czasem nie było ich już razem. Byli oni. Osobno. Był Matt. I była Lili.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz