wtorek, 8 października 2013

[v] cytrusy

Długość: 3 496 wyrazów.
Czas publikacji: 13 września - 8 października 2013 roku.

   -Zgubiłaś go?
Patrzy na mnie jak na idiotkę.
Czy ja naprawdę w tych jasnych jeansach, białej, eleganckiej bluzce i cholernie niewygodnym czarnym żakiecie, który miał bliską styczność z roztopionymi, waniliowymi drażami, które właśnie jadłam tak wyglądam? No może nie aż tak bardzo, ale jakby dodać do tego ten luźno upięty kok, który zrobiłam w drodze do kawiarni, bo jaśnie szefowa zapomniała zamówień po spotkaniu i stertę papierów w prawej dłoni to tak. Właśnie tak wyglądam.
-Nie zgubiłam. Sam uciekł.
Dukam pośpiesznie, a on tylko staje na środku ulicy i chowa twarz w dłoniach. Tak rozkosznie, a spomiędzy długich palców widać te jego oczy. Chyba myśli, że coś wskóra. Przecież nic takiego nie zrobiłam. Nawet mu kwiatki w mieszkaniu podlewałam pod jego nieobecność!
-Melka, jak można zgubić kota? – Pyta niedowierzając.
Przecież przed chwilą powiedziałam, że sam uciekł. Czy wyraziłam się nie jasno?
-Kotek – zaczynam, wrzucając stertę papierów do auta – Czy ja mam wadę wymowy? Mówię Ci, że uciekł. Sam, dobrowolnie. Otworzyłam drzwi, ale jak tylko poczułam te twoje okropne perfumy, które musiałam wdychać przez ostatnie dwa lata, zaniechałam ich zamykania. Pootwierałam wszystkie okna, balkon i cóż. Jakoś musiał się wymknąć. - Uśmiecham się, ale nie tak normalnie. Wiecie, tak czarująco. No przynajmniej się staram, a mając na uwadze, że czymś tam kiedyś musiałam go olśnić, bo wybrał akurat mnie spośród tych wszystkich ślicznych, wytapetowanych blond kobiecości, staram się zrobić to perfekcyjnie. – Kochanie, bądź mi wdzięczny i zauważ kilka plusów. Mieszkanie wciąż jest całe? Jest. – Zaczynam wyliczać na palcach, a ten tylko potakująco kiwa głową, bawiąc się żółtym brelokiem, który sam kiedyś kupił. Słodko. – Kwiatki nie wyglądają jak po drugiej wojnie światowej i mają więcej liści niż palców u obydwóch dłoni? Mają. I najważniejsze, Michał. Kot nie osikał Ci żadnych płytek? Nie osikał.
-Trudno mu to było zrobić skoro zgubił drogę do mieszkania.
Sarkazm. Mówi sarkastycznie, wsiadając do mojego auta. A w jakim celu przepraszam?
-Michał słońce moje. Jeżeli tak bardzo przeszkadza Ci pomoc, którą wykazuję się za każdym razem, kiedy ty spokojnie podbijasz sobie polskie, europejskie czy jakie tam jeszcze chcesz parkiety to po prostu powiedź lub nie proś. Nie sądzisz, że tak będzie łatwiej? Naprawdę pieniądze nie lecą mi z nieba, tak jak tobie, bo ty odbijasz sobie tylko piłkę, a widzisz ja muszę harować bite osiem godzin wykonując w kółko te same projekty, więc wybacz. Mam w dupie Ciebie i tego twojego kota, który miał krzywe łapy, ciągle miauczał, jadł karmę, która strasznie śmierdzi, a jego futro panoszyło się dosłownie wszędzie. To znak, że uciekł. Wykorzystaj wolność.
-Tego twojego kota? To nie jest jakiś tam kotek. To jest mój kot!
Chyba zatrzymał się w połowie mojej wypowiedzi, nie zauważając, że zaledwie w ciągu dziesięciu sekund wymieniłam mu aż cztery argumenty świadczące przeciw temu jego kotu. Powtarzam się, czy ja mam wadę wymowy?
-Był, Misiek, był.
-Wcale nie był. On gdzieś tam jest i panoszy się taki zupełnie samotny i pozbawiony opieki. Melka, musisz pomóc mi go znaleźć.
Nienawidzę tych jego żartów. Boziu, jak ja nienawidzę tych jego żartów. Zaskoczył mnie, nie powiem nawet bardzo. Tak bardzo, że tylko oblewam sobie całą nogawkę spodni tą jego colą, której dał mi się napić, a fotoradar gdzieś na obrzeżach Łodzi robi mi cudne zdjęcie, na których prawdopodobnie udzielam mojego eks po głowie. Cudnie.
-Po pierwsze: Ty będziesz płacić za ten mandat, Winiarski. Po drugie: Musisz być naprawdę głupi, myśląc, że w czymkolwiek Ci pomogę. Nie po to praktycznie codziennie tłukłam się do tego twojego bełchatowskiego zadupia i z powrotem, żeby teraz szukać jakiegoś spłaszczonego futrzaka, który nie potrafi usiedzieć w domu. Swoją drogą, przez tyle czasu nie zdążyłeś nauczyć kota żeby siedział w domu? Opuszczasz się. I wreszcie po trzecie: Właśnie kończy mi się paliwo.
Uśmiecha się. On się uśmiecha, kiedy ja powoli wpadam w przerażenie, bo uświadamiam sobie, że samochód w każdej chwili może się zatrzymać, a ja będę skazana na jego zupełnie niepotrzebne towarzystwo znacznie dłużej niż przypuszczałam czy przewidywałam. No chyba raczej nie.
-A jak długo jeździsz na rezerwie?
Przełykam głośno ślinę.
-Długo, Michał. Zdecydowanie za długo.
-Dobra, dobra. Lepiej przyznaj się, że nie zatankowałaś samochodu i zgubiłaś mi kota specjalnie, bo chcesz po prostu spędzić więcej czasu w moim towarzystwie. Rozgryzłem Cię, Melanio.
Bardzo mnie rozgryzłeś. Naprawdę.
-A byłam chociaż twarda?
-Kąśliwa się zrobiłaś. Znajdź sobie w końcu jakiegoś faceta, bo tryskasz jadem, kotek.
-Kotek, nie po to się z tobą rozwodziłam – tu akcentuje ostatnie słowo, – bo ty nie potrafiłeś nawet odłożyć swojej szczoteczki do kubka, pozmywać za sobą naczyń, czy zabrać z przedpokoju tej okropnej torby treningowej, z którą wiecznie latasz żeby teraz znaleźć sobie kogoś, kto dajmy na to będzie oglądał mecze z twoim udziałem, bo piłkarza u boku nie zniosę, wycierał blat kuchenny po każdym posiłku i przyprowadzi mi do domu psa. I przepraszam, bo to zabrzmiało jakbym co najmniej za tobą tęskniła, a tak nie jest i nie będzie. Gdzieś Cię zawieść?
On fuka. Fuka na mnie i gniewnie, a może i z nienawiścią w tych swoich oczach stuka mi o szybę, którą dokładnie sześć dni temu myłam samodzielnie przez jakieś pół godziny.
-Wiesz co? Przez te dwa lata naprawdę mogłabyś się, chociaż nauczyć, że jestem uczulony na te twoje cytrusy. Jak mogłaś sobie kupić takie perfumy? Chcesz mnie stracić?
-Straciłam Cię już dawno. I wiesz jakoś mi nawet nie jest żal.

/

-Widzisz, bo ja go szukałem.
Ty go szukałeś, a ja za chwilkę, czytaj dziesięć minut, zejdę tu z powodu nerwicy, bo znów psujesz moje sam na sam z wanną i gorącą pianą na zrobienie której poświęciłam dokładnie 75 mililitrów tego cudownie pachnącego grejpfrutami i granatem płynu do kąpieli kupionego kilka dni na promocji w Rossmanie.
-Melka no! Znowu czuję cytrusy!
-I bardzo dobrze czujesz. Dokładnie grejpfrut. Szkoda, że nie jesteś uczulony jeszcze na granaty. Kupiłam sobie płyn z pomarańczy żeby zrobić Ci na złość, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że ja przecież sama ich nienawidzę, a już zwłaszcza soku z Caprio czy tych owocowych cukierków, więc musiałam jeszcze raz iść do Rossmanna na rogu, szukać specjalnego smaku by Cię zdenerwować, a kiedy wróciłam woda już była zimna. Nie dość, że zapłacisz za mandat to jako prezent niespodziankę dorzucam jeszcze rachunek za wodę, co ty na to?
Cudownie się frustruje, a kiedy dmucham mu w twarz gęstą pianą, bo usiadł na wannie, mocząc mój ekstra fajny ręcznik ze spider manem, ukrywa twarz w dłoniach, kręcąc nią na prawo i lewo. Przecież nic takiego nie zrobiłam!
-Wiedziałam, że przyjdziesz a wcale nie jesteś mile widzianym tu gościem, więc w naturalny sposób chciałam Cię na wstępie zniechęcić do spędzania tutaj swojego jakże cennego czasu, który mogłeś poświęcić na przykład na odbijanie tej swojej piłki czy szukanie na allegro nowych butów treningowych a ty nic sobie z tego nie robisz. Nawet nie szanujesz moich starań tylko cały czas się czepiasz. Jeżeli dalej zamierzasz ględzić o tym swoim kocie to proszę, wyjdź.
-Czekaj. Ja po prostu muszę Ci coś opowiedzieć.
-W ostateczności zamieniam się w słuch.
-Widzisz, bo ja go szukałem. – mówi, a ja przewracam oczami i nurkuję pod wodę z nadzieją wiecznego pozostania pod jej powierzchnią żeby tylko nie słuchać opowiastek byłego męża, który dziwnie macha rękami. – Szukałem i nagle zdałem sobie sprawę, że ja i Maryśka w ogóle do siebie nie pasujemy. – ciągnie dalej, a ja krztuszę się wodą z pianą, płynem i żelem pod prysznic. Fajnie.
-Maryśka? Marysieńka? To ta blond cizia z którą podobno zerwałeś dobre dwa miesiące temu? Jakim cudem zdałeś sobie sprawę z tego dopiero teraz?
-Ja z nią wcale nie zerwałem, Melka. Cały czas byliśmy razem, ale widzisz to tobie wciąż ufam, tobie powierzam kota, kwiatki i w ogóle całe mieszkanie, kiedy mnie nie ma i pokochałem w tobie właśnie to, że nie lubisz kotów, futra i ich śmierdzących karm, a Maryśka jest taka sztuczna i zauroczona tym futrzakiem, że aż nie mogę na to patrzeć. Chciałem go szukać, ale kiedy stwierdziła, że mi pomoże automatycznie to uczucie czy chęć uleciała wraz z tym zimnym, północnym wiatrem. Czy to nie dziwne? A widzisz, kiedyś chciałem mieć dzieci, taką wielką gromadkę, która biegała by między moimi nogami i krzyczała: Daj mi piłkę, Tatuśku albo Jestem głodny ale nie chcę z nią dzielić reszty swojego życia.
-Michał, rzygam powoli tęczą. Pokochałeś mnie, bo nie lubię tej śmierdzącej karmy z kurczaka, makreli czy łososia?
-Z całej wypowiedzi tylko to wywnioskowałaś?
-Tylko to miało sens.
Denerwuje się. Boziu, musiałam czekać bite 37 minut żeby w końcu się zdenerwował.
-Michał idź do kuchni, zrób tą dobrą, cytrynową – tu akcentuje ostatnie słowo – herbatę i może jeszcze to twoje pyszne, prawdziwie włoskie spaghetti dla którego wyjechałam z tobą prosto do Włoch i poczekaj na mnie tak długo aż z własnej woli zrezygnuje z tej gorącej wody, ślicznie pachnącej piany i zaparowanego lustra.
Zapowiada się na bardzo długo, ale Michał wcale nie robi skwaszonej czy zniesmaczonej miny, bo dobrze wie, że nie minię pięć minut, a usiądę z nim przy tym blacie kuchennym i będę dręczyć, dając do powąchania herbatę od Babci Jagody, której tak nie cierpi. Wkurzona, bo zdenerwowaniem nazwać tego nie można, że opuszczam najukochańszą wannę, a ta ślicznie pachnąca woda z pianą, której znaczna część pozostaje na moim ciele szybko wsiąka w ręcznik ze spider manem opatulam się białym szlafrokiem i szydząc jeszcze w myślach z Michała siadam na jednym z krzeseł, delektując się przyjemnym zapachem napoju, który mi przyrządził. Milczę, czekając aż usiądzie naprzeciwko mnie, a kiedy to wreszcie robi, uciekam wzrokiem po całej kuchni byle tylko nie patrzeć mu w oczy.
-Melka, ty po prostu chcesz się odciąć ode mnie, Maryśki i tego durnego kota, który siedzi pewnie gdzieś w piwnicy pomiędzy szafą a starą komodą Krzyśka z pierwszego piętra i miauczy na każdego kogo tylko spotka, ale ja Ci nie pozwolę. Melka, bądź ze mną a już  zwłaszcza w tych krytycznych momentach. Wspieraj. Tylko tyle od Ciebie oczekuje.
-Ale ty nie powinieneś nic ode mnie oczekiwać, rozumiesz? Nas już nie ma. Nie ma tego wsparcia, oddania i gwarancji: będę zawsze, bo masz prawo uciec stąd i mnie zostawić. Odejść po prostu, a ja nie mam prawa tęsknić, jeść po nocach wielkich tabliczek orzechowo-mlecznych czekolad, ani zatracać się we wspomnieniach wspólnie przeżytych chwil. Michał, ja nie chcę żałować niczego co do tej pory było, a dzięki tobie powoli tak się staje. Powoli w mojej głowie kołatają się myśli Co by było gdyby, a ja nie chcę do tego wracać. Każde z nas musi zacząć w końcu iść własną drogą, w której nie ma miejsca na tą drugą połówkę. Michał w życiu ciągle zapracowanej geodetki nie ma miejsca dla Ciebie, już nie.
Mówię to z bólem, którego za wszelką cenę nie chcę pokazywać wymalowanego na swojej twarzy, ale chyba nie jestem zdolna by dusić głęboko w sobie emocje, które tylko od środka niszczą organizm, odbierają wszelkie chęci do życia i powodują łzy, które powoli wydostają się spod powiek, zatrzymując się gdzieś na linii wgłębienia w policzku.
-Nie chcę Cię widzieć tylko przelotnie, roześmianej, kiedy śpiewasz głośno Sooner Or Later, mając na uszach słuchawki, skrytej pod grubą warstwą tej cytrusowej piany ani kiedy zakładając jeszcze czarny płaszcz, wybiegasz z biura i głośno klniesz na szefową. Nie chcę patrzeć w twoje szklące się oczy, bo zjebałem w tym finałowym meczu przeciwko Zenitowi w Łodzi, nie chcę Cię widzieć silnej i niby odpornej, ale też tą kruchą i płaczącą. Prawdziwą.
-Zrobiłeś spaghetti?

/

-Musisz być miła, uśmiechać się, a kiedy ksiądz dojdzie do fazy: Czy ktoś jest przeciw? nie wypowiesz żadnego słowa. Tyle.
-Pastwisz się nade mną. I naprawdę nie rozumiem jak mogłam zgodzić się, przyjść tu z twoją osobą.– Pomrukuje drżącym głosem, bo turkusowa sukienka jest za cienka, przezroczyste rajstopy nie chronią moich nóg przed zimnem, a czarna marynarka Michała wcale nie dodaje upragnionego ciepła. – Mój Cineczek ma wyjść za tę zołzę? Przecież ja jej nawet nie lubię już nie wspominając o tolerowaniu.
Michał przeciera bladą twarz, mierzwi swoje włosy, aż w końcu jego zimna dłoń opada na moje ramię.
-Melka, ma wyjść, bo ją kocha, wspiera i taką właśnie ją chcę.
-Ale to jest mój Cineczek. Ona nawet nie wie jaką on lubi herbatę, ile łyżeczek cukru słodzi i co codziennie je na śniadanie. – rozkładam bezradnie ręce.
-A Ty wiesz?
-Nie. – odpowiadam automatycznie. Rzeczywiście nie wiem, bo on czasami piję tę dobrą brzoskwiniową kupowaną w Tesco, kiedy indziej zwykłą, gorzką albo rumiankową, a niekiedy nie pije jej wcale, bo twierdzi, że herbata jest cholernie niedobra i zostawia na kubku ślady wręcz nie do zmycia. I nie ma czasu żeby codziennie rano smażyć sobie jajecznicę z pomidorami i kurkami, których szczerzę nienawidzę. – Nie wiem.
-Dlatego dobrze zrobisz w ogóle się nie udzielając, kochana. Odbębnimy ten ślub, potem wesele, pokażemy Cinkowi, że nam zależy, chociaż nam nie zależy praktycznie wcale, później ukradniemy flaszkę i pojedziemy do tej twojej Łodzi żeby zapchać się przypalonym popcornem i smętnymi piosenkami z twojej zepsutej wieży.
Michał jest cudowny. I cudownie ściska moją dłoń, kiedy ksiądz wypowiada wcześniej już wspomniane słowa, a ja wręcz rwę się do wygłoszenia monologu przez który próbowałaby zabić mnie co najmniej połowa staruszek zebranych w białawym kościele. Delikatnie trąca mnie łokciem i szczerzy się, patrząc w ołtarz, a ja szepczę ciche Spadaj. Składamy nieszczere życzenia świeżo upieczonej parze młodej, a Michał zauważając, że tak naprawdę wcale a wcale nie chcę tam być pomimo moich wcześniejszych zapewnień, że jest całkowicie inaczej delikatnie daje mi do zrozumienia, iż wychodzimy. Łapie mnie swoją zimną dłonią i ciągnie w kierunku wyjścia, a kiedy mijamy rozbawionego kelnera i grupę kobiet, które palą papierosy i pomrukują między sobą, zauważając brak butów na moich stopach Michał przypomina sobie, że nie ukradł flaszki. Po wysłuchaniu minutowego monologu, wyrażającego mój protest, który kompletnie ignoruje, zostawia mnie samą i wraca na salę zabaw. Momentalnie  czuję wibracje w ściskanej przeze mnie malutkiej czarnej torebce, a przed naciśnięciem zielonej słuchawki biorę kilka długich i głębokich oddechów.
-Trochę mi żal, aczkolwiek nie tak mocno jak się spodziewasz. – słyszę.
-Zawsze chciałam jak najlepiej. Zawsze. Tylko teraz po prostu nękają mnie głuche myśli gdzie popełniliśmy całą trójką błąd. – urywam. - Kiedyś było inaczej. Potrafiliśmy przesiedzieć cały dzień na kanapie, jedząc co prawda ten przypalony popcorn, który zawsze już każdy z was będzie mi wypominał, oglądać komedie czy nawet Harrego Pottera i Czarę Ognia, ale kurde nigdy nie sądziłam, że pojawi się taka przepaść. Naprawdę mi tego wszystkiego brakuje.
-I naprawdę to wszystko przez te głupie cytrusy, kota i durne okruszki na blacie po przekrojeniu bułki?
Milknę, a kiedy słyszę coraz głośniejsze kroki, naciskam czerwoną słuchawkę, nie wypowiadając nawet słowa. Michał staję w drzwiach i przez śmiech mówi Take my hand, we’ll get there, a ja kilkukrotnie mrugam. Macham przed nim ręką, a on prawdopodobnie orientując się o co chodzi, uderza się w otwartej dłoni w czoło.
-Melka, bo ja długo szukałem Marcina. Szukałem go, aż w końcu okazało się, że ten idiota zamiast się bawić rozmawia przez telefon. I pije. Doprawdy jak można rozmawiać przez telefon na własnym weselu?
Rumienię się.
-Nie chcę Ci nic mówić, ale na swoim weselu też rozmawiałeś przez ten głupi telefon. Nawet więcej niż raz. – mruczę z przekąsem i go wymijam.
-Ale Melka, kochanie. – urywa, zagryzając wargę, a ja się zatrzymuje. – Nie kochanie. Tylko Melka. Nie jesteś zła prawda? Rozmawiałem, bo zbierałem gratulacje, że w końcu poślubiłem tą mega śliczną babkę. Za bardzo mi na tobie zależało, żeby tracić czas na głupie konwersacje z ludźmi, których imion nawet nie pamiętam.
Milknę, mimowolnie się uśmiechając. Nie mogę być na niego zła, a już zwłaszcza kiedy przypomina momenty z naszego wesela. To słodkie, bo tak naprawdę Michał co najmniej pięć razy tamtego wieczoru próbował wyrzucić telefon przez okno albo chociaż pozbyć się go w którejś z kieszeni płaszcza co chwilę powtarzając, że jestem przecież najważniejsza i nie może poświęcać chwil spędzonych ze mną na jakieś głupie rozmowy.
-Winiarski, zamknij się w końcu. Przypalony popcorn czeka. – szepczę, łapiąc go pod rękę.

/

  -Zabieram Cię stąd.
Michał wpada do mieszkania, doszczętnie niszcząc granicę prywatności i zastaje mnie w salonie z wyciągniętymi nogami na pufie w poplamionej białej bluzce i przykrótkich spodenkach, a kiedy podchodzi nieco bliżej wypuszczam truskawkowy jogurt z dłoni, a ten ląduje na mojej klatce piersiowej.
-Pojedziemy gdzieś daleko, gdzie nie ma bloków, kamienic ani tego całego syfu tylko płaska łąka, na której będziemy mogli się wylegiwać pół dnia, jeść świeże owoce i podziwiać śliczny zachód słońca, który tak uwielbiasz. Będziemy puszczać bańki mydlane, albo rzucać kaczki do tego głębokiego stawu, w którym kiedyś chciałaś pływać, bo było strasznie gorąco. Zapomnijmy o tym całym bagnie, które nas otacza i cieszmy się chwilą, Melka. Chociaż na chwilę wróćmy do przeszłości, kiedy jeszcze cieszyliśmy się wzajemną obecnością, nie było tematów tabu, a na twoim palcu połyskiwała obrączka. Tęsknie.
Siedzę jak wryta z wytrzeszczonymi oczami, czując jak rzadki jogurt powoli przesiąka przez materiał bluzki i mimo wszelkich starań i cichego głosiku z tyłu głowy, krzyczącego: Dziewczyno, zrób coś nawet nie drgam. Czuję jak kąciki ust mimowolnie unoszą się powoli do góry a przed oczami przelatuję setki przyjemnych wspomnień, kiedy Michał próbował pokazać mi młodego paralotniarza lądującego gdzieś na przedmieściach Bełchatowa, jego głośny krzyk kiedy wyskakiwał z lecącego samolotu i siedzenie na pomoście przy każdym wschodzie i zachodzie słońca.
-Pamiętasz jak jeździliśmy małym, czerwonym autkiem, wciąż narzekając na brak miejsca, a ty wodziłaś po moim udzie, wywołując dreszcze, skakaliśmy praktycznie spod nieba, mając widok na cały, zatłoczony Bełchatów, a ty krzyczałaś ile sił w płucach, że kochasz to ulotne życie? – przerywa, wyczekująco patrząc na moją twarz. – Rzeczywiście było ulotne, ale Melka jeszcze wszystko można naprawić. Czy to, że coś uleciało nam niczym piasek przez palce może coś zmienić? Mamy czas by naprawić wszystko. Mamy setki, tysiące, może miliony sekund by wszystko zbudować na nowo, krok po kroku. Nie rezygnujmy z tego. Fakt, że raz się zatraciliśmy nie może przekreślać naszej wspólnej przyszłości. Wspólnej, Melka. Nie osobnej, indywidualnej. Wspólnej. Uwierz w to.
Mówi jak najęty, wymachując na wszystkie strony rękami, chodzi po salonie w prawo i lewo, strącając po drodze wysoki flakon, worek cukierków i jakieś stare zdjęcie, którego szklana ramka tłucze się na drobne kawałeczki i rozsypuje po całym parkiecie. Podchodzi do mnie i podnosi do góry, pomagając wstać, a później rusza przed siebie, ściskając mocno moją dłoń. Zatrzymuje się przed drzwiami łazienki i każe mi czekać, a sam skręca do pokoju, w którym rzekomo znajduję się moja garderoba. Ukrywam twarz w rękach, zauważając jak powoli wszystkie ciuchy lądują na podłodze, a Michał pojawia się obok, wciskając w ręce kwiecistą sukienkę, okulary pilotki i zamyka drzwi łazienki o które później się opiera.
-Michał do jasnej cholery naucz się odróżniać przeszłość od tego co jest teraz. Wszystko co było nasze, wspólne zostało przekreślone grubą, może trochę koślawą krechą wraz z rozprawą rozwodową. Nie możesz niczego ode mnie wymagać. Nie chcę żeby było jak dawniej, nie chcę znów robić sobie nadziei, że będzie długo i szczęśliwie, bo nie będzie. Jesteśmy za bardzo do siebie podobni. – krzyczę, powoli dławiąc się soczyście spływającymi łzami i uderzam ile sił w drewniane drzwi by wyładować całą złość. – Nie chcę zasypiać każdego dnia niby Cię mając, a wciąż budzić się samotnie. Nie chcę tych białych, biurowych karteczek przy śniadaniu, którego i tak nigdy nie jem, nie chcę..
Michał z rozmachem otwiera drzwi i podchodzi, kręcąc głową na prawo i lewo po czym kuca. Uśmiecha się i łapie za nadgarstki zmuszając do patrzenia mu w oczy.
-Miałaś się ubrać.
-Michał.
-Miałaś się ubrać.
-Byłam zajęta krzyczeniem na Ciebie.
Potrzebowałam dziesięć minut żeby móc stanąć pod blokiem w tej biało-pomarańczowej sukience, Michałowych pilotkach i trzymać w dłoni kluczę do jego samochodu, które po upływie zaledwie kilku sekund lądują w jego dłoniach, a ja siadam na miejscu pasażera, wysoko podciągając nogi do góry. Widzę jak kąciki ust Michała unoszą się do góry, kiedy naprawdę żeby poczuć się jak kiedyś wodzę stopą po jego zakrytym udzie, głośno wybuchając śmiechem. Odwracam głowę i skupiam całą uwagę na szybko przelatującym obrazie przyrody, który niesamowicie błyszczy na tle powoli już zachodzącego słońca i chcąc nie chcąc wspominam wspólną jazdę na nartach we włoskich kurortach, pływanie statkiem po Morzu Śródziemnym i odwiedziny we wrocławskim zoo. I próbuję znaleźć gdzieś w otchłani myśli moment, w którym kompletnie mogliśmy się zatracić i przestać doceniać drobne elementy czy zwykłe szczegóły na tle niby szarej rzeczywistości. Proszę Michała żeby stanął na pobliskim poboczu, a sama wyciągam aparat i co kilka kolejnych sekund przyciskam duży guzik, oślepiając go lampą błyskową z czego sam się śmieje. Staje, a ja wychodzę z samochodu i biegnę ile sił w nogach, zatrzymując się w połowie kwiecistej łąki i głęboko oddychając włączam aparat. Siadam na ziemi i przeglądając zdjęcia uświadamiam sobie bardzo istotny fakt. Brakuje mi tego uśmiechu, tych oczu i nawet tej sterty rozwianych na każdą stronę ciemnych włosów. Brakuje tego wsparcia, oddania i bycia w każdej złej i szczęśliwej chwili razem. Brakuje tego spędzania deszczowych wieczorów na oglądaniu wszystkich nudnych komedii i emocjonowania się każdym jego meczem. Brakuje jego. 
Mrugam kilkukrotnie i prostuję się, stając oko w oko z cudownie uśmiechającym się Michałem.
-Michał, poszukajmy jednak tego kota.
-Co? – marszczy czoło, odgarniając kosmyk włosów opadający na moją twarz.
-Poszukajmy jednak tego kota, bo gdyby nie on wciąż tkwilibyśmy w czarnej dupie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz