czwartek, 13 września 2018

[v] spadam za szybko [5]

[rozdział piąty - stawiam na swoim]

Każdy popełnia błędy. Och, to niemożliwe, żeby spotkać na swojej drodze człowieka, który nie ma na koncie żadnej skazy i może bez chwili zawahania powiedzieć tak, jestem idealny. Bo cały sens tkwi w tym, że ludzie, którzy uważają się za tych idealnych mają najwięcej za uszami. Nie widzą swoich wad, pomyłek, których się dopuścili. Ukrywają je gdzieś głęboko w swojej świadomości aż w końcu pamięć o nich jest tak wyblakła, że wmawiają sobie, że to był jedynie bardzo realistyczny sen. To nie chodzi o to, żeby całe życie katować się, że wtedy i wtedy popełniliśmy błąd. Każdemu od życia należy się radość, zabawa, chwile zapomnienia. Musimy czerpać z niego jak najwięcej. Jak najczęściej. Jednak ważne jest to, żeby umieć przyznać się do swoich wad i pomyłek. Ważne jest, żeby nie przerysowywać swojego życia, umieć spojrzeć na drugiego człowieka ze zrozumieniem, czasami współczuciem. Po prostu być człowiekiem. Równym każdemu innemu na tym świecie. 

/

Pięć dni później, dokładnie w weekend, Michał Winiarski stanął w drzwiach mojego mieszkania z wiertarką i skrzynką na narzędzia. Miał na sobie dresy, sportową koszulkę i uśmiech, który mówił: a nie mówiłem, że prędzej czy później mnie tu zaprosisz? i typowym chodem majsterkowicza przekroczył próg. Wywróciłam oczami, zamykając dom i sprzeklinałam się w myślach, że postanowiłam wykorzystać go do remontu i generalnych porządków w moim nowym/starym mieszkaniu. Zaprowadziłam go do pokoju, który koniecznie chciałam przemalować na inny kolor, wręczyłam do rąk wałek i puszkę farby, a następnie wskazałam na drabinę.
-Wiesz co masz robić.
Wiedziałam, że chciał to skomentować, skrytykować i ogólnie wyrazić opinię, że nie tak wyobrażał sobie tę pomoc. Znając go, liczył na to, że będzie mógł docinać mi na każdym kroku, obmacywać średnio co trzy minuty i wszystko zrobiłby inaczej, ale miałam swój plan i musiałam być stanowcza. Dlatego szybko zamknęłam za sobą drzwi, żeby zapach farby nie rozniósł się do wszystkich pomieszczeń i postawiłam wodę na herbatę. Gdzieś daleko w głowie migała mi malutka lampka, przypominająca jak na imprezie u Łukasza mówił, że nienawidzi kawy. W tym temacie mogliśmy śmiało przybić sobie piątki. Nigdy jej nie próbowałam, ale na samą myśl brało mnie na wymioty. Kawa to zdecydowanie nie moja bajka.
Zanim czajnik zaczął gwizdać, przez dwie minuty podziwiałam jak pięknie dnia poprzedniego wysprzątałam kuchnię. Blaty lśniły czystością, szafki w końcu nie świeciły pustkami. Mogłam przebierać w herbatach, kawach i sokach. Problem polegał jedynie na tym, że nie znałam jego ulubionego smaku. W ramach zemsty za akcje przy kasie zdecydowałam się na gruszkową, którą posłodziłam dwiema łyżeczkami cukru. Obok postawiłam swoją malinową i zostawiłam aż wystygnie. Porządki czas zacząć. 

Wylądowałam w łazience. A dokładnie w prysznicu. Płytki błyszczały wypolerowane specjalnym płynem, a mi powoli zaczynało kręcić się w głowie od unoszących się w powietrzu wymieszanych zapachów. Pomieszczenie zaczynało jednak przypominać to, które zapamiętałam i cholernie się z tego cieszyłam. Mogłam wrócić do normalnego życia i przestać przejmować się, że wszystko wokół mnie pokrywa warstwa kurzu i brudu, z którym nie obcowało się przyjemnie. Zaczynało mi się układać. Przyjemne uczucie. 
Umyłam dłonie, przeczesałam trzy razy palcami włosy, odetchnęłam dwa razy i udałam się w kierunku kuchni, żeby zanieść mojemu gościowi herbatę, która tysiąc razy zdążyła już wystygnąć. Ale to nie było ważne. Liczył się gest. Poza tym tamtego październikowego popołudnia było naprawdę ciepło. Jakby cała atmosfera przewidziała, że akurat wtedy zagonie Michała do malowania mojej nowej sypialni i będę wietrzyć pokój całą noc. Niektóre przypadki są kręcz kuriozalne.
Zapewne zastanawiacie się jak to się stało, że Winiarski właśnie pracował z wałkiem przy jednej ze ścian. Otóż zaczęło się od tego, że jakiś nagły telefon sprawił, że musiałam sama wnosić na drugie piętro zapasy na całą zimę, a następnie mój (nie)tragarz stwierdził, że koniecznie musimy nadrobić nasz stracony czas. Nie mogłam mu odmówić. Po prostu nie miałam serca. A fakt, że oboje wyobrażaliśmy sobie to zupełnie inaczej, nie był moją winą.

W kuchni złapałam się za serce i krzyknęłam niegłośno. Przy stole siedział siatkarz i kończył pić mój malinowy nektar bogów. Nie wiedziałam czy go zabić, zabić czy zabić. Opadłam jednak na krzesło na przeciwko niego i westchnęłam ze zmęczeniem. Wzięłam łyka gruszkowej herbaty, którą kilka sekund później wylewałam już do zlewu. To była totalna i niepodważalna lura, której nie dało się pić. Przepłukałam usta wodą i położyłam na stole ciastka. Nie miałam sił na nic więcej. Michał jednak był ślepy i nie zauważył, że nie śpieszy mi się do rozmów.
-Dlaczego nie powiedziałaś mi, że znasz się na sporcie? - Uniosłam z niezrozumieniem brwi i spojrzałam na niego jak na ostatniego idiotę. Jego twarz pokryta była setkami pojedynczych kropek farby. Wyglądał komicznie, a ja nie potrafiłam powstrzymać śmiechu. Szybko jednak skrytykowałam się za tę reakcje i wzruszyłam ramionami. 
-Nie mam pojęcia. Tak jakoś wyszło.
-Wiedziałaś, że będziemy razem pracować?
-Oczywiście, że nie. - Jęknęłam oburzona. - Mam swoje zasady. Nie przespałabym się z kolesiem, którego statystyki będę analizować przez najbliższy rok. Zwariowałeś?
-Ale było nam razem dobrze.
-Wiesz dlaczego nikt nie chce kobiet w męskich drużynach? Właśnie dlatego. Bo boją się skandali, romansów i niepotrzebnych konfliktów. Wiesz ile pracowałam na swoją pozycję i żeby po prostu tutaj być? Nie zmarnuje tego. To moja życiowa szansa.
-Okej. - Uniósł ręce w geście poddania. - Zrozumiałem. Mogę wziąć prysznic?
-Wiesz, Michał, on mi się jeszcze przyda. - Chciałam zachować powagę i przestać w końcu z nim dyskutować, ale żart z prysznicem od zawsze był moim ulubionym. Michał zmrużył oczy i patrzył prosto w moją twarz próbując powstrzymać cisnący się na jego twarz uśmiech. Nie wytrzymał. Kilka sekund później śmiał się jak oszalały, a ja z trudnością musiałam przyznać, że to był tak przyjemny dźwięk, że można było słuchać go godzinami.

Trzydzieści minut później Winiarski wyszedł z łazienki owinięty jedynie białym puchowym ręcznikiem, a ja zwiątpiłam we wszystkie swoje postanowienia i nawet własna kariera przestała mnie zbytnio interesować. To był ten czas, kiedy wszystko w naszej głowie nagle zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni, plan na życie przysłania mgła, a ty musisz dość mocno uszczypnąć się w rękę, żeby chociaż w pewnym stopniu wrócić do rzeczywistości. Ja szczypałam się jak nienormalna i nijak mi to nie pomagało. Jedyne co mnie ratowało to przyjęcie na klatę (a tors to on miał niesamowity) całej sytuacji, przełknięcie z godnością śliny i wyproszenie tego osobnika z mieszkania. Plan był genialny. Gorzej z jego realizacją.
-Pozwoliłem sobie zrobić pranie moich ciuszków. - Powiedział jakby oznajmił mi, że niebo jest niebieskie i w sumie fajnie, bo to ekstra kolor. Miałam ochotę wydłubać mu oczy, zdzielić w twarz i wyrwać sterczące na wszystkie strony, wciąż wilgotne, włosy. Podobno zrozumiał. Tak oto przekonałam się po raz pierwszy, że słowa i czyny tego osobnika to dwie zupełnie obce historie, których ścieżki nigdy się nie krzyżują. To była moja lekcja numer jeden. Starałam się nauczyć z niej jak najwięcej.
-Nie uda ci się to, co sobie zaplanowałeś, zapamiętaj. - Szepnęłam i jak nienormalna zaczęłam grzebać we wszystkich szafkach po kolei, żeby jak najszybciej znaleźć jakieś stare ciuchy Łukasza, wręczyć Michałowi, a jak będzie trzeba mogłam nawet sama go w nie ubrać. Najważniejsze było to, żeby przestał paradować przede mną w samym ręczniku i nie udało mu się spełnić jego planu. Cel był jasny, prawda? Ale każda kolejna szuflada przybliżała mnie do porażki. I kiedy już miałam zakomunikować, że się poddaje, że nie mam tyle silnej woli i w sumie z wielką przyszłością polskiej siatkówki u boku łatwiej będzie osiągnąć mi sukces, stało się to. Znalazłam ubrania tego cholernego wielkoluda i szczęśliwa jak nigdy rzuciłam nimi w kierunku mojego niedoszłego tragarza.
-Nie będę chodzić w ciuchach jakiegoś obcego kolesia. - Warknął poirytowany. Uśmiechnęłam się najszczerzej jak tylko potrafiłam. Byłam z siebie cholernie dumna.
-Tak się składa, że należą do twojego kumpla, któremu przeleciałeś żonę. Więc chyba jednak znasz kolesia, no nie?
Michał podszedł do mnie rozbawiony, a nasze twarze dzieliły milimetry. W jego tęczówkach tańczyły wesołe iskierki, a ja zacierałam ręce z ekscytacji, że dzielą nas sekundy od momentu, w których znikną. Nie byłam katem. Nie cieszyła mnie również krzywda innych ludzi. Czasami jednak uwielbiałam zaskakiwać i udzielać innym informacji, które potrafią zmienić ich postrzeganie świata. Ale nie byłam zła. Lubiłam szczerość. Moje życie było poukładane, tak, mogę to bez wątpienia powiedzieć. Karma często odwdzięczała mi się za wszystkie dobre rzeczy, które zrobiłam. Czasami jednak bywała też bezlitosna. Pogrywała z losem jak z najlepszym kumplem, a ja musiałam bezczynnie czekać co z tego wyniknie i przygotować się by ponieść jak najmniejsze skutki. Takie po prostu było życie. Każdy zasługuje na chwilę beztroskiej zabawy.
-Nigdy nawet nie pomyślałem o partnerce swojego kumpla w ten sposób. Nie wyszło ci. Niestety.
Roześmiałam się dźwięcznie i odepchnęłam go na długość ramion. Ostatni raz przyjrzałam się jego umięśnionym barkom, świecącym oczom i ręcznikowi zawiązanemu w pasie, ale przede wszystkim czekałam. Czekałam na słowa, które już za kilka sekund miałam wypowiedzieć.
-Więc jak wytłumaczysz sobie, że w łóżku Łukasza przespałeś się z Kornelią Kadziewicz?
Wracałam do gry. Zdecydowanie wracałam. A utwierdzał mnie w tym jego przerażony wzrok.

4 komentarze: