czwartek, 18 lipca 2019

[v] spadam za szybko [11]

[rozdział jedenasty - nie myśl dwa razy]

Mecze rozgrywane w ramach Ligi Mistrzów zawsze wiązały się z dużo większym napięciem emocjonalnym niż ligowe pojedynki, dlatego odkąd tylko wylądowaliśmy w Niemczech, wszyscy krzątali się poddenerwowani i spięci.  Byliśmy dobrym zespołem, więc doskonale znaliśmy swoją wartość sportową, jednak lekki niepokój związany z inauguracją rozgrywek europejskich dawał nam się we znaki. Dowód? Bartosz Kurek oblał mnie zupą jarzynową, a Kubę Jarosza tak rozbawiła ta sytuacja, że biedny zakrztusił się kompotem malinowym, którego od kilkunastu minut nie potrafił pozbyć się z okolic płuc. Próbowałam miarowo oddychać i wmawiać sobie, że ta sytuacja w ani jednym procencie mnie nie zdenerowała, ale rzeczywistość była taka, że gniew, który w tamtej chwili wypełniał nie tylko mój umysł, lecz także całe ciało, był nie do opisania. Patrzyłam więc na Rudego z wymuszonym uśmiechem i milczałam, ale tak naprawdę już powoli obmyślałam plan zemsty, który naprawdę mógłby go zaboleć. Bo wiecie, nie twierdzę, że spędziłam tamtego dnia przed lustrem bite dwie godziny, próbując dobrać idealne dodatki by wyglądać jak milion dolarów, ale jednak, kurde, dziesięć minut to sporo czasu i naprawdę nie chciałam tracić kolejnych na powrót do pokoju, prysznic i ponowne ubieranie się. A poza tym, nie miałam drugiej bluzki z logiem Skry. I co teraz? No co miałam zrobić?
Przymknęłam delikatnie powieki, biorąc głęboki oddech i kolejny raz zakomunikowałam, że absolutnie nic się nie stało, a Daniel stwierdził, że natychmiast mam się iść przebrać, bo już za godzinę wyjeżdżamy bić się na hale o najwyższe cele w europejskich rozgrywkach. Jakbym co najmniej o tym nie wiedziała. Odpuściłam sobie zbędne komentarze i odwróciłam się w stronę wyjścia ze stołówki by jak najszybciej zmyć z siebie kawałki marchewki oraz zapach bulionu warzywnego. Droga do windy nie zajęła mi dużo czasu i już kilkanaście sekund później czekałam na jej przyjazd wyklinając się w myślach, że ostatnio zdecydowanie zbyt łatwo daje się wyprowadzić z równowagi. Oczywiście wszyscy zgodnie zgadzamy się, że niecny występek Bartosza Kurka był karygodny i każdemu mogło po nim ciśnienie skoczyć, jednak jeszcze do niedawna skomentowałabym to jakimś wybitnie śmiesznym żartem i wcale nie planowała zemsty na jednej z potencjalnych przyszłych gwiazd polskiej siatkówki. Coś ewidentnie było nie tak.
I wcale nie chodziło mi o twarze Mariusza Wlazłego i Michała Winiarskiego, które pojawiły się przede mną gdy tylko drzwi windy się rozsunęły. Przklnęłam w myślach i obiecałam sobie później porozmawiać z tym na górze za co każe mnie w życiu ostatnio tak bardzo i posłałam w ich kierunku jeden ze swoich markowych uśmiechów. Atakujący zrobił krok do przodu i posłał mi pytające spojrzenie, na które zareagowałam jedynie wzruszeniem ramionami, no bo jak inaczej miałam to skomentować? Następnie odwrócił się i spojrzał w głąb windy na swojego przyjaciela, a ten wciąż stojąc wewnątrz, zmieszał się i skrzywił, kręcąc głową na prawo i lewo.
-Ale ze mnie idiota, zapomniałem telefonu ze stolika. - Westchnął i szybko nacisnął na panelu guzik z napisem cztery, po czym szybko cofnął się, ustępując mi miejsca. Zmarszczyłam czoło, nie kryjąc zdziwienia i kliknęłam na przycisk oznaczający zamykanie drzwi.
Winda ruszyła, a jej wnętrze wypełniała cisza. Ze zniecierpliwieniem czekałam jednak aż coś (a raczej ktoś) ją zakłóci i już wkrótce okazało się, że wcale nie trwało to długo.
-Chciałbym poznać tę intrygującą historię.
-To masz pecha. - Odpowiedziałam od niechcenia. - Nie wciskaj swojego wścibskiego nosa w nieswoje sprawy.
-Podobasz mi się taka. - Przysięgam, że gdybym w tamtym momencie coś piła, właśnie wypluwałabym to, próbując złapać oddech. Szybko jednak odzyskałam fason i zareagowałam na tę żałosną uwagę:
-Niby jaka?
-Taka zimna. - Szepnął tuż za moim uchem. - Kręci mnie to.
Głośne piknięcie i otwierające się drzwi windy pozwoliły mi na szczęście nie skomentować tych żałosnych słów i udać się prosto do wynajmowanego przeze mnie pokoju numer trzydzieści siedem. Przekręciłam jak najszybciej klucz w zamku i zamknęłam drzwi tuż przed nosem przyjmującego Skry, oddychając z ulgą i uśmiechając się szeroko, ponieważ czułam się jakbym miała prawo do świętowania swojego prywatnego, małego sukcesu. Nie miałam pojęcia czego mógł on dotyczyć, nie wiedziałam jaką wagę mógł mieć, lecz smakował wybornie. Jak wino z najlepszej winnicy na świecie. Chciałam się nim upijać i upajać godzinami.

/

Mecz zakończył się naszą porażką. I słowo porażka należało do tej grupy rzeczowników, które najdelikatniej opisywały to wszystko, co wydarzyło się tamtego wieczoru w Niemczech, bo dosłownie zostaliśmy zbici. Stałam przy linii bocznej boiska, wpatrywałam się w przestrzeń jak przez mgłę rejerstując skaczących kilka metrów dalej Niemców i próbowałam udawać, że przegrana nie zabolała mnie aż tak bardzo, ale jednak prawda była taka, że nie potrafiłam ukryć prawdziwych uczuć. Z zaskoczeniem na czele. Kilka następnych czynności wykonywałam jak w automacie i już piętnaście minut później znajdowałam się w autobusie wiozącym nas prosto do hotelu. Siedziałam, lekko przymykałam powieki i przypominałam sobie, że niepowodzenia są ważnym elementem sportu, uczą oraz dają pozytywnego kopa na przyszłość jeżeli wyciąga się z nich wnioski. A my byliśmy zbyt ambitni, zeby tej porażki nie przekuć w sukces.
Droga nie była długa, nie zarejestrowałam nawet momentu, w którym zaparkowaliśmy przed budynkiem. Wyjrzałam przez zaparowane okno by upewnić się czy aby na pewno jesteśmy we właściwym miejscu i po krótkim rekonesansie mogłam ze stu procentową pewnością opuścić pojazd i żwirową ścieżką podążyć prosto do niewygodnego łóżka. Zabrałam więc swoją torbę i już miałam w podskokach pokonać wymaganą trasę, kiedy niespodziewanie do moich uszu dotarło pytanie wypowiedziane lekko zachrypniętym barytonem: 
-Kornelio, poświęcisz mi kilka minut?
Ten głos należał do samego Konrada Piechockiego.
Lekko zdezorientowana skinęłam szybko na potwierdzenie w duszy płacząc za gorącym prysznicem i ciepłą kołdrą, która w wyobraźni właśnie tuliła mnie do snu. W zamian spojrzałam z zainteresowaniem na prezesa i czekałam na rozwinięcie niewypowiedzianego wciąż tematu. 
-Jak się u nas czujesz?
Nie będę przeczyć, że to pytanie zbiło mnie z pantałyku. Co prawda nie miałam w głowie żadnego kanonu, który zawierał przykładowe zdania, które mógł skierować do mnie wielki prezes Skry Bełchatów, jednak nigdy nie spodziewałam się, że kiedykolwiek moglibyśmy rozmawiać o pogodzie bądź moim samopoczuciu, więc nie miałam przygotowanej odpowiedzi na takową sytuacje. Uśmiechnęłam się więc delikatnie i wzruszyłam ramionami.
-Nie mam powodów by narzekać. Jest mi tu dobrze, ludzie mnie akceptują, wszyscy w stu procentach skupieni są na sporcie, który kochają równie mocno jak ja. To moje miejsce. Czuję, że tutaj pasuje.
Konrad odpowiedział mi uśmiechem i odetchnął głęboko. Nie da się ukryć, że wyglądało to nieco komicznie. Ale pamiętajcie, tylko troszkę. 
 -Kamień z serca. - Przerwał by podnieść torbę, która stała tuż obok jego nogi i kontnuował: - Raczej nie przywykłaś do takich porażek. 
 Zmarszczyłam lekko brwi, próbując zrozumieć sens wypowiedzianych przez niego słów. Nie potrzebowałam na to jednak dużo czasu. Olśnienie przyszło błyskawicznie. 
  Trydent, chodziło mu o Trydent. 
 -Trento nigdy nie było niepokonane. Może we Włoszech i na arenie międzynarodowej przegrywają rzadko, ale jak każdy zespół często też odnoszą porażki, które pozostawiają za sobą zdecydowanie większy wstyd niż nasza dzisiejsza. 
-Więc czujesz po dzisiejszym meczu wstyd? 
-A kto go nie czuje? To ważne by go w sobie mieć. Tylko takim sposobem będziemy mogli wyciągnąć z tego jakąś naukę, być może nawet wygrać następnym razem. Nie możemy chodzić teraz z podniesioną głową, to prowadzi do zguby. To były fatalne zawody. 
  -Tak, masz rację. - Potwierdził moje słowa i wcisnął na panelu windy numer z piętrem, które zajmowaliśmy. Nie zauważyłam nawet kiedy znaleźliśmy się we wnętrzu hotelu. - Naprawdę cieszę się, że mam cię w swoim klubie.
  -Ja również się cieszę i naprawdę dziękuję za ofiarowaną szansę. To wielki zaszczyt, postaram się wykorzystać ją w stu procentach.
Roześmiał się. Rozśmieszyłam go. W mojej wypowiedzi nie było absolutnie nic śmiesznego, ale gość ewidentnie był zadowolony. Zmarszczyłam czoło.
-Tylko czy my, Kornelio, możemy cię jeszcze czegoś nauczyć?
Na początku sens tego pytania wcale do mnie nie dotarł. Analizowałam w głowie jego brzmienie, próbowałam połączyć pojedyncze słowa z ich właściwym znaczeniem, ale każda droga dedukcji prowadziła mnie do stwierdzenia, że Konrad najzwyczajniej w świecie zdecydowanie przeceniał moje umiejętności. Tak, to prawda, że chciałam być najlepsza i przez całe życie właśnie do tego dążyłam. Pragnęłam zdobyć jak największą wiedzę, pojąć tajniki, którymi kieruje się sport i jak dotąd bardzo dobrze udawało mi się moje założenia spełniać. W Skrze jednak każdy uważał mnie za super doświadczoną w swoim fachu, a przecież tak naprawdę miałam dopiero dwadzieścia cztery lata. Nic nie wiedziałam jeszcze o świecie. Skinęłam na potwierdzenie i włożyłam kluczyk do zamka od mojego pokoju. Los sprawił, że prezes Skry mieszkał dokładnie naprzeciwko mnie. 
Otworzyłam drzwi i na oślep próbowałam znaleźć włącznik światła, kiedy niespodziewanie coś wciągnęło mnie w ciemność, z hukiem zatrzasnęło drzwi i zasłoniło dłonią usta, gdy z gardła wydostał się krótki krzyk. Co prawda od razu zorientowałam się kto dokładnie jest sprawcą tego zamieszania jednak moje serce wciąż z przerażeniem pompowało podwójną ilość krwi. A jakby tego było mało, pomieszczenie wypełniło głośne pukanie. Jęknęłam cicho, odepchnęłam Michała, wzięłam kilka uspokajających oddechów i znów stanęłam twarzą w twarz z Konradem.
-Wszystko w porządku? 
-W jak najlepszym - Uśmiechnęłam się czarująco, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że przyjmujący Skry był poza zasięgniem wzroku prezesa. - A skąd to pytanie?
  -Usłyszałem krzyk.
-Tak, nie mogłam znaleźć włącznika i potknęłam się o własną walizkę.
Modliłam się, żeby to wytłumaczenie zmazało z jego twarzy zaniepokojenie i zaprowadziło go prosto do łóżka w pokoju naprzeciwko, jednak Konrad długo jeszcze mierzył mnie wzrokiem, zajrzał w głąb pomieszenia z numerem trzydzieści siedem i dopiero po kilkunastu sekundach westchął z rezygnacją. 
-Uważaj na siebie. Dobranoc. 
  -Dobranoc. 
Zamknęłam drzwi na klucz i zmierzyłam Winiarskiego spojrzeniem, które gdyby mogło, to z pewnością zabijałoby w trybie pilnym. Ten jednak absolutnie nic sobie z tego nie robił, podszedł do mnie w ekspresowym tempie i wcisnął w usta pocałunek, od którego z pewnością wielu kobietom na świecie zmiękłyby nogi w kolanach. Ja jednak byłam zdenerwowana i pozostałam obojętna, ale Michał szybko postarał się znaleźć sposób by mnie do siebie przekonać. Na przykład ścisnął mój pośladek. Albo pierś. W gruncie rzeczy, nie trzeba było długo czekać na moment, kiedy nasze wargi razem zaczęły walczyć o dominację, a ubrania zaśmiecać podłogę, by po chwili już półnago opaść na łóżko. Żaden z naszych gestów nie był delikatny. Wyrażał bardziej złość, frustrację, momentami nawet wściekłość. Gdzieś pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim, gdy do moich wyostrzonych zmysłów dotarł dźwięk rozrywania materiału, a ja zrozumiałam, że ofiarą padła moja bielizna, powiedziałam mało przekonywująco, że go zabiję, ale ten skomentował to krótkim: Och, przymknij się. Pomieszczenie jednak wypełniły moje ciche jęki, które z czasem stały się dużo głośniejsze. Bo nie da się ukryć, że Michał potrafił sprawiać kobiecie przyjemność. I doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wykorzystywał swoją broń by nieść rozkosz w najokrutniejszy sposób z możliwych, ale nigdy nie dawał z siebie sto procent. 
  Dlatego kiedy kilka godzin później delikatnie przygryzł skórę na mojej szyi, wstał, zaczął zbierać swoje rzeczy i wyszedł, uprzednio informując, żebym nie wyobrażała sobie za dużo, bo trzyma się zasad i po prostu chciał tylko odreagować po przegranej, przymknęłam powieki i położyłam się spać. 
  Słowa były po prostu zbędne. 

4 komentarze:

  1. Przydałby mi się taki ciężki, ceglasty słownik do włoskiego na przykład. Jeśli mowa o Trento. Żeby przywalić Winiarskiemu w łeb. BTW skoro ona pracowała w Trydencie to oni się aby wcześniej nie znali?

    OdpowiedzUsuń
  2. kiedy budzą się sentymenty lekko po czasie.

    OdpowiedzUsuń