Długość: 4 178 wyrazów.
Czas publikacji: 14 lutego 2016.
Choinkę
ubraliśmy dwa dni temu. Kurek przytaszczył ją z pobliskiego targu, skarżąc się,
że niczego cięższego w życiu nie dźwigał, a po świętach pozbywamy się jej sami.
On
nie kiwnie nawet palcem.
Jego
obietnice były oczywiście bez pokrycia, bo Mariusz od razu zaproponował
zrobienie zakładów, kiedy dokładnie zdenerwowany Bartek wyrzuci ją przez okno,
klnąc na wbijające się w jego palce igły i obsypie nimi przy okazji cały dywan,
którego wyodkurzanie będzie graniczyło z cudem.
Bartosz
Kurek uwielbiał żywe choinki. Nadawały one świętom
specyficznego nastroju, a zapach lasu unoszący się w powietrzu wywoływał
uśmiech na twarzach każdego z domowników.
Zmęczony
i spocony Kurek włożył później drzewko do wiaderka, przysypał jego korzenie
piaskiem, brudząc przy tym parkiet i odgonił natrętnego kota, który
zainteresowany nowym obiektem do obgryzania, czuł potrzebę spędzenia tego czasu
z nim. Bartek poodkurzał, otrzepał dłonie z piasku i dumny ze swojego dzieła,
chwycił w dłonie pierwsze światełka. To nic, że piasku ze swojego ciała
powinien pozbyć się dużo wcześniej. On nie zwracał na to uwagi.
-Bartosz,
zaczyna się od łańcuchów.
Ale
Bartosz jedynie fuknął na tę drobną uwagę, skrzywił się na dźwięk swojego
pełnego imienia i objął rękami choinkę, zaczynając ją ubierać.
-Nie
ucz ojca dzieci robić.
A
Bartek nie wyglądał ani na ojca, ani osobę, która miałaby tym ojcem w
niedalekiej przyszłości zostać. Bardziej przypominał to dziecko. To duże,
nieporadne, rozkapryszone i rozwydrzone, ale za to duże dziecko.
-Kura,
to naprawdę nie będzie dobrze wyglądać.
-Idź
coś upiec.
Wyrobił
się. Nie ma co. Dokopał mi.
Ja
i coś piec – to graniczyło z cudem większym niż porządne ubranie tego biednego
drzewka, które sięgało mu do ramienia. Kurek zignorował więc tę subtelną uwagę
i znów przytulił się do choinki. Zamachał kilka razy dłońmi w powietrzu, kilka
razy zaplątał dłonie w zielony kabel i w ostateczności wpiął wtyczkę w
przedłużacz, a salon domu państwa Wlazłych rozświetliły niebieskie, zielone,
czerwone i żółte diody. Święta pełną parą, nie ma co.
-Widzisz?
-Boże,
jaki ja jestem twórczy.
Jeżeli
sztuką należy nazwać to co przede mną świeciło, to tak – Bartosz Kurek wyrasta
na drugiego Rubensa.
Zadowolony
ze swojego dzieła i dumny jak paw z terrarium we Wrocławiu, chwycił w dłonie
kolejne światełka i zaczął oplatać nimi drugą, nieoświetloną jeszcze, część
drzewka.
To
wcale nie jest tak, że ja nie doceniałam jego starań, wcale a wcale.
Podziwiałam Uszatego i bardzo mocno mu kibicowałam, ale każdy w Bełchatowie
wiedział, że on po prostu do takich rzeczy się nie nadaje. Może robić dobrą
jajecznicę, doskonale kosić trawę i jeszcze lepiej grać w siatkówkę, ale duszy
artysty nie ma w nim za grosz. Malować nie umiał (no bo jak utrzymać pędzel w
tych ogromnych palcach), tańczyć nie potrafił, a na ucho to mu słoń nadepnął,
chociaż pani Grażynka i pan Adam absolutnie zaprzeczają jakoby mieli go w
młodości zabierać na wycieczki do Afryki. Ja tam swoje wiem – Kurek dostał od
słonia i koniec, kropka.
Ani
się obejrzałam na czubku choinki spoczywała już wielka gwiazda, która przykrzywiała
całą gałąź o jakieś 50 stopni, tworząc kąt ostry, a pozostałe ramiona uginały
się pod ciężarem bombek, pierników i cukierków z galaretką (moich ulubionych).
Od razu cieplej mi się na sercu zrobiło. Zakradłam się więc do Kurka i
wyciągnęłam dłoń, żeby w ukryciu ukraść jednego z nich, ale nawet nie zdążyłam
obrać swojego celu, a już dostałam po łapach.
-Co
ty robisz?!
Wypowiedział
to szybciej niż ja zdążyłam zamrugać. W swój ton głosu wmieszał jednocześnie
irytacje, złość i agresje, która mówiła mi mniej więcej: „TY ZBRODNIARZU TY”, a
ja tymczasem chciałam zaspokoić jedynie swój słodyczowy głód. Właśnie dlatego
nie zapowiadało się na to, żeby Kura została ojcem – za cholerę nie rozumiał
potrzeb kobiet. Zmiażdżył mnie przy tym swoim niebieskim spojrzeniem i
posłusznie wyprowadził pod rękę z pokoju. To nie było miłe z jego strony, ale
wykalkulowałam, że jeszcze tysiąc dziesięć razy zdążę go z trakcie tych świąt
zdenerwować. Niech dziecko się wybawi. Skutki i wnioski wyciągniemy później.
Dlatego
teraz, po upływie dokładnie dwóch dni od tego nieszczęsnego zdarzenia, siedzę
na kanapie w salonie państwa Wlazłych, patrzę na choinkę, która stoi w ich
kącie i nie wychodzę z podziwu jak można w tak nieestetyczny sposób skomponować
ozdoby choinkowe. A jakby tego jeszcze było mało i brakowało mi problemów –
metka gryzie mnie w szyję i nie zapowiada się na to, żeby chciała przestać. Nie
ubrałam się w ten wieczór Wigilijny jakoś szczególnie wyjątkowo. Mam na sobie
czarną, rozkloszowaną od pasa do kolan sukienkę, wysokie buty i pomalowane na
czerwono usta, co by uniknąć całowania się w policzki z Kurkiem przy dzieleniu
się opłatkiem.
Wstaję
z kanapy, nie mogąc już wytrzymać oczekiwania na kolację i krążę po pokoju. To
wcale nie jest tak, że bardzo chcę wychodzić w salonie Wlazłych wielką dziurę.
Po prostu nie mogę się doczekać. Pierwsza gwiazdka świeci, stół jest nakryty, a
Mariusz wciąż lata po domu w bokserkach w renifery.
Nie
o takie święta walczyłam.
Kurek
ma natomiast niesamowite zdolności do pojawiania się w nieodpowiednim miejscu,
w nieodpowiednim czasie. Moja ręka kolejny już raz prawie dotyka przeraźliwie
kłujących igieł na jednej z gałęzi, a ten wchodzi do pomieszczenia i znów
oskarża mnie o kradzież tych nieszczęsnych cukierków. Ten człowiek nigdy nie
zrozumie moich uczuć. Potrafi jedynie irytować i siać nieporozumienia. Jak to
jest, że tyle lat znoszę jego charakter?
-Chcę
tylko jednego! – Żalę się, załamując głos i wyklinając w myślach
tradycję, której Duże Uszy tak bardzo przestrzega.
-O
jednego za dużo, moja droga. – Tłumaczy i siada na kanapie.
Wyciąga do góry nogi i kładzie je na stojącej dość blisko kanapie. Ma białe
skarpetki za co jestem w stanie się na niego zdecydowanie mniej zacząć gniewać
i kapcie Mariusza, co nie umyka mojej uwadze. Nie ma za to mózgu. TEGO NIE DA
SIĘ NIE ZAREJESTROWAĆ.
-Czy
ty sugerujesz, że jestem gruba?
-Kochana,
ty się za niedługo w drzwi nie zmieścisz.
W
sumie to nie wiem czy żartuję, czy wnioskuje na podstawie obserwacji.
-Ty
cholerna, uszata, ofermo!
-Jestem
Mistrzem Europy, nie wiem czy coś ci to mówi.
-Mówi
mi tyle, że ktoś się mocno pierdolnął w łeb, dając ci ten medal.
Kończę
i chwytam w dłoń moją upragnioną słodycz, po czym wkładam ją sobie do budzi. A
ma Kura to czego chciała – wkurwioną Zuzkę.
Mijają
minuty, raz jest lepiej, raz jest gorzej. Czasami zostaje obdarzona kolejnymi
mordującymi spojrzeniami, innym razem jest dużo bardziej dobroduszny –
zasługuję na miły, choć kryjący również ironię uśmiech.
Bartosz
Kurek ma swoje żelazne zasady, których nie należy łamać. Ja natomiast mam je w
dupie. Rozumiemy się bez słów, bo jak mówimy to jest źle, a pokój wypełniają
kłótnie. Dlatego milczymy. Tak jest od zawsze i tak już zawsze będzie. Jak to
się mówi? Panta rhei? Wszystko płynie? Z nami jest inaczej. My stoimy w miejscu
i jest nam fajnie. Wszystko jest bez zmian, zawsze takie same. Możemy spotykać
się kilka razy w roku, każdy dzień jest niby inny, a jednak w święta zawsze
między nami wywiązuje się ten sam dialog i klimat. Kocham takie sytuacje. Kocham
to, że jest jedno małe miejsce na ziemi, w którym nigdy nic się nie zmienia.
-Nie
byłaś taka.
-Jaka? –
Pytam odkładając na stół książkę, którą ściągnęłam z regału Pauliny i patrzę na
niego oczekując na odpowiedź. Spodziewam się najgorszego.
-Taka.
-Czyli
jaka?
-Taka.
Taka. Taka.
Czyli jaka?
-Jeszcze
nie wiem jaka. Coś się zmieniło. – Oświecił mnie i
zmierzwił mi fryzurę swoimi wielkimi łapskami. Skoro on nie wie to ja mam
wiedzieć? – Ale się dowiem i na pewno ci o tym powiem.
-Okej.
– Szepnęłam, rejestrując jego obietnice.
To
jasne, że coś się zmieniło, Duże Uszy. Też mi odkrywca. Panta rhei. Wszystko
płynie. W każdy inny dzień roku wszystko zapieprza do przodu jak Pliński na
autostradzie, więc nie może nic się nie zmieniać. Idziemy do przodu. Czasami
powoli, czasami wszystko zmienia się w jeden dzień. Ale idziemy do przodu.
Tylko głupcy swoją w miejscu. Panta rhei. Płyniemy.
Czy
ktoś da mi w końcu te pierogi?
Karol
z Olką się spóźniali, a mi powoli kończyła się cierpliwość. Arek już dawno
wypatrzył na niebie pierwszą gwiazdkę i wesoło zaczął podskakiwać mi w
ramionach. Młody ledwie zaczął mówić, a już krzyczał mi do ucha, że „jeść, bo
gwiazdka”. Tak, mały. Gdyby to było takie proste to już dawno przywiązałabym
cię do stołu i wszyscy bylibyśmy szczęśliwi, a tymczasem goście mają odwagę
odwalać takie rzeczy. Brak słów. Brak, a jak już wspominałam dużo książek
czytam.
Staliśmy
tak przy balkonie i patrzyliśmy na ogromne góry śniegu, które uformowały się w
ogrodzie. Śnieg. Białe święta. Zapamiętajmy ten moment – być może przyszłe
pokolenia będą mogły o tym marzyć i śnić po nocach. Arek był niespokojny.
Wyciągał swoje rączki w kierunku szyby i patrzył na mnie błagalnym wzrokiem. Co
prawda, nigdy nie miałam dobrych kontaktów z dziećmi, ale swojego chrześniaka
rozumiałam doskonale. Sama marzyłam o wbiegnięciu w jedną z zasp i leżeniu w
niej do późnego wieczora. Nasze pragnienia jednak się nie spełniają. Wtedy
właśnie Arek krzyknął kolejny raz, a moje bębenki uszne podrażnił dźwięk
dzwonka do drzwi. Prawdopodobnie jesteśmy uratowani.
-Uszaty,
otwórz drzwi.
Poprosiłam,
podnosząc dziecko Wlazłych do góry i znów opuszczając. Wiedziałam, że młody
liczył na samolot, ale niedoczekanie. Nie jestem wujkiem Kurą, który wciąż
siedział na kanapie w niezmiennej pozycji, wertował książkę, udając, że potrafi
czytać i miał wszystkich dookoła w dupie.
Nic.
Zero
reakcji.
Człowiek
z kamienia.
Przepaść.
-Uszaty,
otwórz drzwi.
Powtórzyłam,
nie spuszczając z niego wzroku. Mały zaczął szaleć w moich rękach, co powoli
zaczynało mnie irytować, a ten wciąż udawał, że fabuła wciągnęła go na tyle, że
świata poza nią nie widział.
Nie
była ciekawa.
Kurka
na pewno nie interesowała książka o kobiecie, która w pogoni za szczęściem
wyjechała do innego kraju i założyła organizację opiekującą się porzuconymi
zwierzętami. No proszę. Nic.
Podeszłam
więc do niego, wcisnęłam mu w ręce Arka Wlazłego, otrzepałam sukienkę,
wyrażając swoje zdenerwowanie i wycelowałam w niego palcem, słysząc kolejny raz
dzwonek do drzwi.
-Duże
uszy, masz szczęście, że jest z nami dziecko.
-Oczywiście,
że mam szczęście. Rzuciłabyś się jeszcze na mnie gdybyśmy byli sami i na zawsze
zmieniłabyś mój światopogląd.
-Twoje
niedoczekanie.
Wyrzuciłam
z siebie jak z automatu i odpuściłam sobie dalsze komentarze. Olka i Karol
musieli być już naprawdę dość wkurwieni, stojąc za drzwiami od dobrych pięciu
minut i dzwoniąc bez skutku. Kiedy wychodziłam z salonu usłyszałam tylko jak
Bartek wmawia małemu, że tak naprawdę tylko zgrywam taką niedostępną, a na sam
jego widok miękną mi kolana. Tak, na widok Arka rzeczywiście mam ochotę się
rozpłynąć. Na widok Kurka już niekoniecznie. Śmieje się więc pod nosem sama do
siebie, ciesząc się, że jestem w miejscu, w którym jestem i otwieram drzwi w
momencie, kiedy dzwonienie zamienia się w mocne walnięcie pięścią o drewno.
Automatycznie
robię kilka kroków do tyłu, bojąc się, że oberwę z pięści. To nie byłoby miłe i
świąteczne powitanie jednak nieotwieranie drzwi właśnie w taki sposób może się
skończyć. Na szczęście nic się nie dzieje. Moja twarz pozostaje w niezmienionym
stanie, z nosa nie leje się krew, a szminka wciąż pokrywa jedynie wargi.
Uśmiecham się, chwaląc swój refleks, lecz po kilku sekundach wyraz mojej twarzy
się zmienia, ponieważ uświadamiam sobie w jakiej sytuacji się znalazłam i
zauważam, że coś tutaj jest nie tak. Nie stoi przede mną wcale małoletni Karol
Kłos wraz ze swoją ukochaną, którą powinien ściskać za rękę. Stoi przede mną
tylko jedna osoba. Ma intensywnie błękitne tęczówki. Nie jestem w stanie tego
dostrzec w ciemności – opieram się na swojej wiedzy. Zmierzwione włosy,
rozpiętą pod szyją koszulę (zdążył zdjąć już szalik) i szeroki uśmiech, który
krył w sobie jednocześnie i ironię, i prawdziwy szczery gest. W dłoni ponad to
ma wino, które od razu wciska mi w ręce, a sam zajmuje się zdjęciem swojego
płaszcza.
Michał
Winiarski.
Zmora
mojego życia.
Największy
hipokryta tego świata.
Kłamca
i krętacz.
Podchodzi
do mnie i zabiera swoją własność, której przygląda się jakby widział ją po raz
pierwszy.
-Twoje
ulubione. – Podnosi do góry butelkę i głośno wypuszcza z płuc
powietrze. Jest cały czerwony. Mróz dał mu się we znaki. Kiwam potakująco
głową, chociaż wiem, że nie zdaje sobie z tego sprawy. Wciąż wpatruje się w
etykietkę wina. – Ale nie będziemy dzisiaj pić. Jestem autem.
Później
wszystko dzieje się w przyśpieszonym tempie. W pierwszej chwili naprawdę
żałuję, że ubrałam dzisiejszego wieczoru szpilki. Mimo że dodają mi one w całej
tej sytuacji odwagi i sprawiają, że prawie dorównuje wzrostem tym wielkoludom
to jednak czuję, że dzisiejszego wieczoru zdecydowanie lepiej wypadłabym w
płaskim obuwiu. Przede wszystkim zachowywałabym się bardziej stabilnie. Nie
wiem, w którym dokładnie momencie moje wargi łączą się z ustami Michała. Może
jest to ta chwila, kiedy mrugam, ponieważ od uważnego obserwowania jego postaci
moje oczy powoli zostają wypełnione przez łzy, czy jednak zbyt dużą uwagę
przywiązuję do tej jednej konkretnej sekundy, w której jego dłoń ląduję na
mojej tali. Mimo że ma zimne dłonie, od razu robi mi się cieplej na sercu. Jego
wargi są miękkie. Smakują miętą. Chcę je całować przez najbliższe dziesięć dni.
Przytomnieje jednak w momencie, kiedy moje uszy kolejny już raz tego wieczoru
drażni dzwonek do drzwi. Jęczę ze złości. Niebieskooki się natomiast śmieje.
Jakby co najmniej było z czego.
-Starałem
się na ciebie nie patrzeć, ale nie potrafię. – Mówi w końcu,
wzruszając ramionami. – Dopóki na ciebie nie spojrzałem to naprawdę
doskonale sobie radziłem. – Kontynuuje i przyciska mnie do siebie,
kompletnie ignorując gości. – Pragnę cię.
Kłos,
jak ja cię, kuźwa, nienawidzę.
Nie
odpowiadam nic. No bo co miałabym odpowiedzieć. Na odpowiedzi przyjdzie jeszcze
czas.
A
teraz Michał Winiarski będzie musiał się tłumaczyć.
Pierwszy
szok nie minął szybko. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że gdyby Bartek
nie potknął się o przedłużacz od choinki, robiąc samolot z Arkiem, a mały nie
zacząłby biegać po całym pokoju, krzycząc, że wujek prawie zepsuł mu święta, to
jeszcze długo wszyscy staliby w salonie, patrząc z otwartymi oczami na
Winiarskiego i zastanawialiby się czy wizyta u okulisty po świętach jest
konieczna. Ale nie, stało się – Michał Winiarski naprawdę był w Polsce, stał w
swoim idealnie skrojonym garniturze na środku pomieszczenia i uśmiechał się sam
do siebie, że plan się udał – wszyscy są zaskoczeni. A przecież on uwielbiał
niespodzianki z całego serca.
Dumny
z siebie po odmówionej modlitwie sięgnął więc po opłatek i ruszył przed siebie.
Ja zrobiłam to samo. Miałam jednak tego cholernego pecha, że jako pierwszy
przyczepił się do mnie Uszaty. Całe życie na przypale. Jak się bawić to się
bawić.
Drób
wyjebać, Kurka wstawić.
-Zuzka,
jak ja cię dawno nie widziałem! – Uśmiechnął się
i przyciągnął mnie do siebie mocno ściskając. To było miłe, nie powiem. Bartosz
Kurek ma uczucia – nie wierzę. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie moja natura
i obietnica, że tego wieczoru mu jeszcze dopiekę. Złożonych sobie
deklaracji się pilnuje. On mnie tego nauczył.
-Kobiety
mają pierwszeństwo.
Jego
twarz markotnieje. Wyraźnie dostrzegam, że takiego obrotu spraw się nie
spodziewał. Z resztą nie kryje zaskoczenia. Posłusznie więc opuszcza dłonie,
dając mi w ten sposób pozwolenie na monolog. Dusi w sobie złość, a ja jestem z
siebie dumna. Jestem w stanie pokusić się nawet o stwierdzenie, że w swojej
rywalizacji mamy remis.
-1:1,
Kurek. – Informuję go, a on automatycznie wykręca usta w
ironicznym uśmiechu. W jego oczach pojawiają się iskierki. Już wiem co to
oznacza – Bartosz Kurek zrozumiał wynik meczu, a jego wrodzona natura do
rywalizacji, nie pozwoli mu tak łatwo odpuścić. Wpakowałam się w coś z czego
wygranym będzie wyjść ciężko. – Życzę ci więc mózgu. Mózg jest
najważniejszy. Nie słuchaj tych wszystkich ludzi, którzy wmawiają ci, że jest
inaczej.
-Nawzajem.
-Nie
przerywaj mi. – Ostrzegam, karcąc go wzrokiem. Bartek ma jeden
zasadniczy problem. Kultura bakterii to jedyna forma kultury, która w nim
żyję. – Czytanie książek nie sprawi, że załatasz dziury w swojej nikłej
inteligencji.
-Z
ust mi to wyjęłaś.
Znowu
karcę go wzrokiem. W takich warunkach naprawdę ciężko się skupić.
-To
może przejdźmy do tej milszej dla ciebie części mojej wypowiedzi, okej? Życzę
ci spełnienia marzeń, bo bądź co bądź cię jeszcze lubię.
-Też
mi coś.
-Przystopuj
z samouwielbieniem, bo złotym dzieckiem polskiej siatkówki jest Mariusz, a
gazety kłamią.
-Czytasz
chyba same brukowce.
-Zdrowia,
zdrowia i jeszcze raz zdrowia!
-Nie
no, na wyjazd na Malediwy jednak by się przydało.
-To
zmień klub.
-Jak
sobie życzysz.
Moje
oczy przypominają prawdopodobnie spodki od szklanek, w których piliśmy poranną
herbatę. Nie wiem czy Bartoszowi Kurkowi aż tak wyostrzył się humor w ciągu
poprzednich kilku godzin, czy to ze mną jest coś nie tak. W gruncie rzeczy
chodzi o to, że Duże Uszy nie potrafi zachowywać kamiennego wyrazu twarzy,
kiedy stroi sobie żarty. A teraz stoi sobie przede mną taki poważny, krawat
idealnie współgra z jego marynarką, a ja nie wiem czy mam się śmiać czy płakać.
-Żartowałam.
-Domyślam
się.
I
tu wraca jego pewność siebie. Uśmiecha się i łamie kawałek mojego opłatka, po
czym połyka go z wyraźnym uśmiechem.
-Nawzajem,
2:1.
Paulina
życzy mi męża i gromadki dzieci. Nie powiem, życzenia oryginalne i zarazem
uniwersalne od jakiś 5 lat co najmniej. Szczerze się jak głupia, kiedy składa
na moich policzkach trzy pocałunki i tłumaczę się, że niestety nie odwzajemniam
gestu, ponieważ Kurek obrazi się za szminkę. Nie mówi nic.
Kłos
i Olka wspominają coś o skończeniu studiów i powrocie do Bełchatowa. Karol
dodaje jeszcze, że w Skrze to on mi porządną posadę załatwi od ręki i
absolutnie nie mam się o co martwić. Nie mogą przecież wiedzieć, że pracę
magisterską obroniłam dwa miesiące temu już następnego dnia siedziałam w
samolocie do innego kraju, ponieważ pozwoliłam sobie wmówić, że to wcale nie
jest takie straszne, a Wrocławia nie widziałam od tygodni. Uśmiecham się
jedynie pod nosem i wyściskuje ich za wszystkie czasy.
Powoli
mam już tego wszystkiego dość. Bo święta mają właśnie to do siebie, że
przygotowania do nich wysysają z człowieka wszelkie pokłady energii i później
celebruje się je właśnie z takim entuzjazmem. A to nie był nawet początek.
-Zuza!
Najgorzej.
Tę
chrypkę poznałabym nawet na drugim końcu świata, więc tylko przełykam ślinę i
odwracam się najszybciej jak potrafię, nie łamiąc jednocześnie żadnej z nóg.
Michał Winiarski szczerzy się do mnie jak głupi, poprawia krawat i wskazuje na
kawałek swojego opłatka. No to teraz zacznie się cyrk. Karma zawsze wraca,
pamiętajcie moi mili.
-Wszyscy
są chyba naprawdę zaskoczeni. – Wzdycha. Jest
dumny. Jego oczy stają się coraz mniej dostrzegalne.
-Nie
spodziewali się twojej wizyty.
-A
ty się spodziewałaś? – Człowieku, schowaj te zęby.
-A
jak myślisz? – I się tak nie śmiej. – Jesteś świetnym
aktorem.
-Dziękuję.
– Zbliża się do mnie. Ja się pytam, po co? PO
CO? – Twoje komplementy naprawdę dużo dla mnie znaczą.
Tak,
już wiem po co. Jego dłoń na mojej szyi dość dużo mi mówi. A oddech Michała
Winiarskiego na moim policzku krzyczy jeszcze głośniej i bardziej. Tak więc
Michał Winiarski zamierza mnie pocałować. Jego ruchy są stanowcze i szybkie,
dlatego wnioskuje, że dość dobrze sobie wszystko przemyślał. Nie wiem w którym
momencie zamykam oczy, bo przysięgam, że gdybym wiedziała to z pewnością bym go
pominęła.
Nagle
parskam śmiechem i kręcę kilkukrotnie głową. Dałam się podejść. Z pewnością
dałam się podejść. Przekonana o swojej porażce otwieram oczy, a moje spojrzenie
spotyka się z iskierkami triumfu czającymi się w tęczówkach Winiarskiego. Mam
ochotę zedrzeć mu ten jego pewny uśmieszek z buźki. Nienawidzę, kiedy ktoś tak
ze mną pogrywa i kto jak kto, ale on powinien o tym doskonale wiedzieć. W co ja
się wpakowałam? Mogę kliknąć: „Stop, ja się trochę cykam, wychodzę.”? Bo jeżeli
tak, to ja zawracam. Uciekam. Wyjeżdżam. Najlepiej jak najdalej stąd.
-Naprawdę
myślałaś, że pocałuję cię przy nich wszystkich?
Tak,
naprawdę tak myślałam. Ale jak już wspomniałam, Michał Winiarski jest naprawdę
świetnym aktorem, który nigdy nie wychodzi ze swojej roli. Ani na sekundę. Dlatego
muszę znosić tę jego cholerną dumę i pogodzić się ze swoją porażką.
-A
jak myślisz?
-Wyjątkowo
bardzo interesuje cię dzisiaj moje zdanie.
-Powinieneś
pójść w moje ślady.
Jego
wyraz twarzy automatycznie się zmienia. Jakbym co najmniej była Harrym Potterem
i właśnie wyczytała z księgi coś umoralniającego, rzuciła zaklęcie niewerbalne
i szach mat – już nie jest tak kolorowo. O ile oczywiście takowe istnieje.
-Droga
Zuzanno, życzyłbym ci z radością szczęścia, ale doszły mnie słuchy, że już
takowe masz. – Marszczę czoło, usiłując zademonstrować swoją
ciekawość. – Życzyłbym ci też miłości, ale lepiej żebyś sobie nikogo
teraz nie szukała. W sumie to jak tak teraz sobie myślę to chyba wszystko o
czym marzysz już powoli masz w swoich rękach.
-Kiedy
z ciebie taki poeta się zrobił?
-Dawno
się nie widzieliśmy. – Łaaaaaał. – A ja tymczasem
przeszedłem ogromną metamorfozę.
-Michał,
jestem głodna, więc spinaj..
-A
ty musisz zdrowo się odżywiać!
-Cieszę
się, że rozumiesz moje potrzeby.
-Zawsze
do usług.
-Myślisz,
że przytyłam?
-Myślę,
że wyglądasz całkiem, całkiem. Kto ci takich głupot naopowiadał?
-Kura.
-Kura
jest głupi, samotny, nie wie co to znaczy kogoś mieć, a w dodatku próbował cię
poderwać. Już tęsknie.
Robimy
wjazd na Wikipedię z tym opisem, panie Winiarski.
Karp
ma ości.
Już
gorzej być nie może, bo karp ma ości.
Odwołajmy
całą kolację wigilijną, powiedzmy Najwyższemu, żeby przełożył narodziny Jezusa
na przyszły rok i odwołał Sobieskiego, Chrobrego i Batorego, no bo przecież
ryba ma ości.
Zakopmy
wszystkie choinki z powrotem w lesie i wydłubmy cały farsz z pierogów, bo karp
ma ości.
Albo
po prostu niech ktoś przywali Kurze z prawego sierpowego, bo damie nie wypada.
-Bartek!
Gratuluję Mistrzostw. Świetny turniej.
Nie
wierzę. Winiarski jest Bogiem. Wszyscy patrzymy na niego jak na kosmitę, ale to
nieważne. On uciszył Kurę. Naprawdę on to zrobił. Jest Bogiem. Oscar dla niego.
Złoty Glob na półkę – Bartosz nie wie co powiedzieć. Przez kilka sekund zamyka
i otwiera na zmianę usta, jąka się, wypluwa pieroga z ust, a ja mam ochotę
wyściskać gościa z Włoch za wszystkie czasy. Moje bębenki czują upragnioną
ulgę, a sama jem z największą przyjemnością. Rozmowa przy stole toczy się na
różne sportowe tematy, Kurek wciąż się dławi, a Winiarski mówi, że zbiera się,
bo musi jeszcze pogadać z żoną i całą atmosferę szlag trafia. Wlazły stwierdza,
że on to chyba sobie co najwyżej może kpić, a Michał jednocześnie żegna się z
każdym i życzy mu wesołych świąt. Szepczę mi jeszcze do ucha, że już nie może
się doczekać następnego spotkania i znika w przedpokoju, a Mariusz tuż za nim.
Kapitan Skry krzyczy jeszcze, że w tej oto chwili ma wracać do salonu, jest
podłym łajdakiem i to był ostatni raz, kiedy odstawia takie cyrki. W momencie,
kiedy pada moje imię wyłączam się i powtarzam sobie w myślach, żeby tego
wszystkiego nie słuchać. Próbuję przypomnieć sobie kilka anegdot z mojego
życia, ale nic mnie akurat nie śmieszy. Wciąż skutecznie nie dopuszczam do
siebie sensu słów, które wypowiadają, aż w końcu słyszę trzask drzwi i koniec.
Michał
Winiarski znowu wygrał. Michał Winiarski znowu miał rację. Michał Winiarski
nigdy się nie myli. Michał Winiarski zawsze zwycięża.
Śpiewanie
kolęd po raz tysięczny udowadnia, że Kurze słoń na ucho nadepnął. Kłos skrzeczy
jak kaczka, za to Ola śpiewa jak zawodowiec. Atmosfera w pomieszczeniu
zdecydowanie się oczyściła, a Mariusz spogląda na mnie od czasu do czasu i
puszcza pokrzepiające oczko.
Tylko
Arek jest jakiś smutny, skubie guziki przy Kurkowej marynarce i mruczy pod
nosem jakąś nieokreśloną melodię.
A
czas płynie jak pojebany i nie zamierza zwalniać. Mijają minuty, a ja próbuję
zrozumieć sens kolejnego już suchara Uszatego, ale wciąż mi nie wychodzi. No bo
co ma zakaz parkowania do blondynki, która nie ma prawa jazdy? Nic. Nie mają
nic wspólnego. Uderzam więc Bartka w bark, a później wszystko dzieje się w oka
mgnieniu. Ten łapie mnie za rękę, patrzy na moją dłoń, w moje oczy, znów na
moją dłoń, następnie mierzy mnie wzrokiem i tak przez pięć kolejnych dni aż w
końcu krzyczy:
-ALE
ZA KOGO TY ŻEŚ WYSZŁA?!
Szanowni
państwo, zapraszamy na drugą część przedstawienia.
Paulina
śmieje się, że bez dramatów w święta to się nie obejdzie. Mariusz stoi i
próbuję zabić mnie wzrokiem, bo przecież takich żartów to się absolutnie nie
robi. Bartosz siedzi i powtarza, że teraz to on zdecydowanie wie co się
zmieniło. Ola się nie odzywa, ponieważ wciąż próbuje zrozumieć czy to tak na
niby, czy mówimy serio. Karol natomiast patrzy i próbuje skojarzyć fakty, ale
mu nie wychodzi.
A
ja modle się, żeby zadzwonił ten cholerny dzwonek do drzwi.
-Ja
naprawdę tego nie planowałam. To się po prostu stało. – Szepczę, jednak na tyle
głośno, żeby każdy zdołał mnie usłyszeć.
-Niby
nie planowałaś, a jednak obrączkę kupić zdążyłaś.
-Mariusz,
nie patrz tak na mnie. Obrączki kupiliśmy po ślubie.
-Bo
w urzędzie pożyczyliśmy od znajomych.
Czuję
jak z mojego serca spada wielki kamień i zabiera ze sobą wszystkie oznaki tej
cholernej mistyfikacji. Mój oddech od razu staję się spokojniejszy, a
spojrzenia wszystkich zebranych już wcale nie próbują prześwietlić mojego
umysłu. Uśmiecham się jak głupia, bo mój wzrok również spotyka się z
intensywnie niebieskimi tęczówkami, które patrzą tylko na mnie i mają daleko
gdzieś całe otoczenie.
Tak,
mowa o oczach Michała Winiarskiego.
Tak,
mowa o oczach zmory mojego życia.
Tak,
chodzi o największego hipokrytę tego świata.
Ale
przede wszystkim mam na myśli największą miłość mojego życia, mężczyznę przy
którym chcę się zestarzeć, który jest spełnieniem moich marzeń i pragnień.
I
ma najpiękniejszy uśmiech na całym tym świecie.
Uśmiech,
który zapiera dech w piersiach.
I
to on wszystko wymyślił. To on wywiózł mnie do Włoch, zaciągnął do urzędu stanu
cywilnego, codziennie szeptał jak bardzo mnie kocha i sprawił, że świat ma
różowe barwy.
I
jestem mu bardzo za to wdzięczna, chociaż z całego serca nienawidzę różowego.
A tłumaczyć to on się teraz będzie sam.
A tłumaczyć to on się teraz będzie sam.
tekst o kulturach bakterii rozjebawszy na amen
OdpowiedzUsuńAdko, Adeczko, czy ja naprawdę muszę ci mówic, jak bardzo to KOCHAM? od pierwszej literki do ostatniej kropki, matko kochana, zniszczyłaś mnie w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu i nie rozumiem, dlaczego tu jest tylko jeden komentarz, bo powinna być cała długa ich lista.
OdpowiedzUsuńnie powiem, bo mnie zaskoczyłaś tym Michałem. myślałam, że wiesz, no, że Bartosz, że Zuzka, turururu, ale jak tak teraz o tym myślę, to oni nie mogliby turururu ani terefere ani nic z tych rzeczy. matko, Adka, to jest tak genialne. lekkie, fajne. takie twoje. to jest tak w stu procentach adkowe!
a tekst "jak się bawić, to się bawić, Drób wyjebać, Kurka wstawić" spowodował, że smarknęłam herbatą. nauka na przyszłość: nie pij, jak czytasz coś Adkowego. no.
matko, mamusiu, jak ja uwielbiam twojego Michała. pod każdą postacią. znaczy on postać ma jedną, ale chodzi mi o to, że w każdym wydaniu. cokolwiek o nim napiszesz, trafia prosto w moje serduszko, ale że ono należy do Kurczaka tak troszkę, to jednak roztopiło się już wtedy, kiedy wyobraziłam sobie Buraka ubierającego choinkę (no i, hej, przecież to właśnie od światełek się zaczyna, a łańcuchy idą na koniec!). Adko, pisz mi.
no, właśnie, Adko, a może byś mi coś takiego Kurczakowego od stóp do zakoli napisała? :3333 nic nie sugeruję, to tylko jakiś Burak w mojej głowie, przepraszam.
kocham, kocham, kocham.
Kurczak! Wroce!
OdpowiedzUsuńCo tu sie wlasnie wydarzyło? Ide ochłonąć na szkoleniu...
UsuńCzy Ty wiesz, że ja kocham to co piszesz? I dlatego również ubolewam, że piszesz mało ostatnio... Ale rozumiem, że życie wciąga.
UsuńCzy Ty również wiesz, że ja kocham miłością bezwarunkową Kurczaka? Ideał faceta pod każdym względem, szczególnie gdy rozchodzi się o karykaturalnego Kurczaka, który jest powyżej. A Kurczak ubierający choinkę? P O E Z J A <3 Może przyjść do mnie w grudniu i mi też ją ubrać, najlepiej sam, bez towarzystwa Anki, jej nie chcemy!
A że tu się w ogóle pojawił Winiarski i to z takiego kopyta.
Ja tylko czegoś tu nie rozumuję. Zuza hajtnęła się z Winiarem, oui? To z jaką żoną Winiar poszedł pogadać i dlaczego na nikim nie zrobiło to wrażenia. Czy ja coś nie doczytałam?
Miał na myśli Zuzkę! Ale wszyscy myśleli, że chodzi o jego byłą, także Mariuszowi trochę skoczyło ciśnienie.
UsuńPS. Jak spotkam Kurczaka, to zapytam czy wpadnie. Najlepiej sam. Najlepiej też przebrany w choinkę.
No no właśnie, to ja dobrze ogarnęłam <3 dziękuję i czekam! :D
Usuń