niedziela, 14 lutego 2016

[v] kilka życzeń

Długość: 4 178 wyrazów.
Czas publikacji: 14 lutego 2016.

Choinkę ubraliśmy dwa dni temu. Kurek przytaszczył ją z pobliskiego targu, skarżąc się, że niczego cięższego w życiu nie dźwigał, a po świętach pozbywamy się jej sami.
On nie kiwnie nawet palcem.
Jego obietnice były oczywiście bez pokrycia, bo Mariusz od razu zaproponował zrobienie zakładów, kiedy dokładnie zdenerwowany Bartek wyrzuci ją przez okno, klnąc na wbijające się w jego palce igły i obsypie nimi przy okazji cały dywan, którego wyodkurzanie będzie graniczyło z cudem.
Bartosz Kurek uwielbiał żywe choinki. Nadawały one świętom specyficznego nastroju, a zapach lasu unoszący się w powietrzu wywoływał uśmiech na twarzach każdego z domowników.
 Zmęczony i spocony Kurek włożył później drzewko do wiaderka, przysypał jego korzenie piaskiem, brudząc przy tym parkiet i odgonił natrętnego kota, który zainteresowany nowym obiektem do obgryzania, czuł potrzebę spędzenia tego czasu z nim. Bartek poodkurzał, otrzepał dłonie z piasku i dumny ze swojego dzieła, chwycił w dłonie pierwsze światełka. To nic, że piasku ze swojego ciała powinien pozbyć się dużo wcześniej. On nie zwracał na to uwagi.
-Bartosz, zaczyna się od łańcuchów.
Ale Bartosz jedynie fuknął na tę drobną uwagę, skrzywił się na dźwięk swojego pełnego imienia i objął rękami choinkę, zaczynając ją ubierać.
-Nie ucz ojca dzieci robić.
A Bartek nie wyglądał ani na ojca, ani osobę, która miałaby tym ojcem w niedalekiej przyszłości zostać. Bardziej przypominał to dziecko. To duże, nieporadne, rozkapryszone i rozwydrzone, ale za to duże dziecko.
-Kura, to naprawdę nie będzie dobrze wyglądać.
-Idź coś upiec.
Wyrobił się. Nie ma co. Dokopał mi.
Ja i coś piec – to graniczyło z cudem większym niż porządne ubranie tego biednego drzewka, które sięgało mu do ramienia. Kurek zignorował więc tę subtelną uwagę i znów przytulił się do choinki. Zamachał kilka razy dłońmi w powietrzu, kilka razy zaplątał dłonie w zielony kabel i w ostateczności wpiął wtyczkę w przedłużacz, a salon domu państwa Wlazłych rozświetliły niebieskie, zielone, czerwone i żółte diody. Święta pełną parą, nie ma co.
-Widzisz?
-Boże, jaki ja jestem twórczy.
Jeżeli sztuką należy nazwać to co przede mną świeciło, to tak – Bartosz Kurek wyrasta na drugiego Rubensa.
Zadowolony ze swojego dzieła i dumny jak paw z terrarium we Wrocławiu, chwycił w dłonie kolejne światełka i zaczął oplatać nimi drugą, nieoświetloną jeszcze, część drzewka.
To wcale nie jest tak, że ja nie doceniałam jego starań, wcale a wcale. Podziwiałam Uszatego i bardzo mocno mu kibicowałam, ale każdy w Bełchatowie wiedział, że on po prostu do takich rzeczy się nie nadaje. Może robić dobrą jajecznicę, doskonale kosić trawę i jeszcze lepiej grać w siatkówkę, ale duszy artysty nie ma w nim za grosz. Malować nie umiał (no bo jak utrzymać pędzel w tych ogromnych palcach), tańczyć nie potrafił, a na ucho to mu słoń nadepnął, chociaż pani Grażynka i pan Adam absolutnie zaprzeczają jakoby mieli go w młodości zabierać na wycieczki do Afryki. Ja tam swoje wiem – Kurek dostał od słonia i koniec, kropka.
Ani się obejrzałam na czubku choinki spoczywała już wielka gwiazda, która przykrzywiała całą gałąź o jakieś 50 stopni, tworząc kąt ostry, a pozostałe ramiona uginały się pod ciężarem bombek, pierników i cukierków z galaretką (moich ulubionych). Od razu cieplej mi się na sercu zrobiło. Zakradłam się więc do Kurka i wyciągnęłam dłoń, żeby w ukryciu ukraść jednego z nich, ale nawet nie zdążyłam obrać swojego celu, a już dostałam po łapach.
-Co ty robisz?!
Wypowiedział to szybciej niż ja zdążyłam zamrugać. W swój ton głosu wmieszał jednocześnie irytacje, złość i agresje, która mówiła mi mniej więcej: „TY ZBRODNIARZU TY”, a ja tymczasem chciałam zaspokoić jedynie swój słodyczowy głód. Właśnie dlatego nie zapowiadało się na to, żeby Kura została ojcem – za cholerę nie rozumiał potrzeb kobiet. Zmiażdżył mnie przy tym swoim niebieskim spojrzeniem i posłusznie wyprowadził pod rękę z pokoju. To nie było miłe z jego strony, ale wykalkulowałam, że jeszcze tysiąc dziesięć razy zdążę go z trakcie tych świąt zdenerwować. Niech dziecko się wybawi. Skutki i wnioski wyciągniemy później.

Dlatego teraz, po upływie dokładnie dwóch dni od tego nieszczęsnego zdarzenia, siedzę na kanapie w salonie państwa Wlazłych, patrzę na choinkę, która stoi w ich kącie i nie wychodzę z podziwu jak można w tak nieestetyczny sposób skomponować ozdoby choinkowe. A jakby tego jeszcze było mało i brakowało mi problemów – metka gryzie mnie w szyję i nie zapowiada się na to, żeby chciała przestać. Nie ubrałam się w ten wieczór Wigilijny jakoś szczególnie wyjątkowo. Mam na sobie czarną, rozkloszowaną od pasa do kolan sukienkę, wysokie buty i pomalowane na czerwono usta, co by uniknąć całowania się w policzki z Kurkiem przy dzieleniu się opłatkiem.
Wstaję z kanapy, nie mogąc już wytrzymać oczekiwania na kolację i krążę po pokoju. To wcale nie jest tak, że bardzo chcę wychodzić w salonie Wlazłych wielką dziurę. Po prostu nie mogę się doczekać. Pierwsza gwiazdka świeci, stół jest nakryty, a Mariusz wciąż lata po domu w bokserkach w renifery.
Nie o takie święta walczyłam.
Kurek ma natomiast niesamowite zdolności do pojawiania się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Moja ręka kolejny już raz prawie dotyka przeraźliwie kłujących igieł na jednej z gałęzi, a ten wchodzi do pomieszczenia i znów oskarża mnie o kradzież tych nieszczęsnych cukierków. Ten człowiek nigdy nie zrozumie moich uczuć. Potrafi jedynie irytować i siać nieporozumienia. Jak to jest, że tyle lat znoszę jego charakter?
-Chcę tylko jednego! – Żalę się, załamując głos i wyklinając w myślach tradycję, której Duże Uszy tak bardzo przestrzega.
-O jednego za dużo, moja droga. – Tłumaczy i siada na kanapie. Wyciąga do góry nogi i kładzie je na stojącej dość blisko kanapie. Ma białe skarpetki za co jestem w stanie się na niego zdecydowanie mniej zacząć gniewać i kapcie Mariusza, co nie umyka mojej uwadze. Nie ma za to mózgu. TEGO NIE DA SIĘ NIE ZAREJESTROWAĆ.
-Czy ty sugerujesz, że jestem gruba?
-Kochana, ty się za niedługo w drzwi nie zmieścisz.
W sumie to nie wiem czy żartuję, czy wnioskuje na podstawie obserwacji.
-Ty cholerna, uszata, ofermo!
-Jestem Mistrzem Europy, nie wiem czy coś ci to mówi.
-Mówi mi tyle, że ktoś się mocno pierdolnął w łeb, dając ci ten medal.
Kończę i chwytam w dłoń moją upragnioną słodycz, po czym wkładam ją sobie do budzi. A ma Kura to czego chciała – wkurwioną Zuzkę.
Mijają minuty, raz jest lepiej, raz jest gorzej. Czasami zostaje obdarzona kolejnymi mordującymi spojrzeniami, innym razem jest dużo bardziej dobroduszny – zasługuję na miły, choć kryjący również ironię uśmiech.
Bartosz Kurek ma swoje żelazne zasady, których nie należy łamać. Ja natomiast mam je w dupie. Rozumiemy się bez słów, bo jak mówimy to jest źle, a pokój wypełniają kłótnie. Dlatego milczymy. Tak jest od zawsze i tak już zawsze będzie. Jak to się mówi? Panta rhei? Wszystko płynie? Z nami jest inaczej. My stoimy w miejscu i jest nam fajnie. Wszystko jest bez zmian, zawsze takie same. Możemy spotykać się kilka razy w roku, każdy dzień jest niby inny, a jednak w święta zawsze między nami wywiązuje się ten sam dialog i klimat. Kocham takie sytuacje. Kocham to, że jest jedno małe miejsce na ziemi, w którym nigdy nic się nie zmienia.
-Nie byłaś taka.
-Jaka? – Pytam odkładając na stół książkę, którą ściągnęłam z regału Pauliny i patrzę na niego oczekując na odpowiedź. Spodziewam się najgorszego.
-Taka.
-Czyli jaka?
-Taka.
Taka. Taka. Czyli jaka?
-Jeszcze nie wiem jaka. Coś się zmieniło. – Oświecił mnie i zmierzwił mi fryzurę swoimi wielkimi łapskami. Skoro on nie wie to ja mam wiedzieć? – Ale się dowiem i na pewno ci o tym powiem.
-Okej. – Szepnęłam, rejestrując jego obietnice.
To jasne, że coś się zmieniło, Duże Uszy. Też mi odkrywca. Panta rhei. Wszystko płynie. W każdy inny dzień roku wszystko zapieprza do przodu jak Pliński na autostradzie, więc nie może nic się nie zmieniać. Idziemy do przodu. Czasami powoli, czasami wszystko zmienia się w jeden dzień. Ale idziemy do przodu. Tylko głupcy swoją w miejscu. Panta rhei. Płyniemy.
Czy ktoś da mi w końcu te pierogi?

Karol z Olką się spóźniali, a mi powoli kończyła się cierpliwość. Arek już dawno wypatrzył na niebie pierwszą gwiazdkę i wesoło zaczął podskakiwać mi w ramionach. Młody ledwie zaczął mówić, a już krzyczał mi do ucha, że „jeść, bo gwiazdka”. Tak, mały. Gdyby to było takie proste to już dawno przywiązałabym cię do stołu i wszyscy bylibyśmy szczęśliwi, a tymczasem goście mają odwagę odwalać takie rzeczy. Brak słów. Brak, a jak już wspominałam dużo książek czytam.
Staliśmy tak przy balkonie i patrzyliśmy na ogromne góry śniegu, które uformowały się w ogrodzie. Śnieg. Białe święta. Zapamiętajmy ten moment – być może przyszłe pokolenia będą mogły o tym marzyć i śnić po nocach. Arek był niespokojny. Wyciągał swoje rączki w kierunku szyby i patrzył na mnie błagalnym wzrokiem. Co prawda, nigdy nie miałam dobrych kontaktów z dziećmi, ale swojego chrześniaka rozumiałam doskonale. Sama marzyłam o wbiegnięciu w jedną z zasp i leżeniu w niej do późnego wieczora. Nasze pragnienia jednak się nie spełniają. Wtedy właśnie Arek krzyknął kolejny raz, a moje bębenki uszne podrażnił dźwięk dzwonka do drzwi. Prawdopodobnie jesteśmy uratowani.
-Uszaty, otwórz drzwi.
Poprosiłam, podnosząc dziecko Wlazłych do góry i znów opuszczając. Wiedziałam, że młody liczył na samolot, ale niedoczekanie. Nie jestem wujkiem Kurą, który wciąż siedział na kanapie w niezmiennej pozycji, wertował książkę, udając, że potrafi czytać i miał wszystkich dookoła w dupie.
Nic.
Zero reakcji.
Człowiek z kamienia.
Przepaść.
-Uszaty, otwórz drzwi.
Powtórzyłam, nie spuszczając z niego wzroku. Mały zaczął szaleć w moich rękach, co powoli zaczynało mnie irytować, a ten wciąż udawał, że fabuła wciągnęła go na tyle, że świata poza nią nie widział.
Nie była ciekawa.
Kurka na pewno nie interesowała książka o kobiecie, która w pogoni za szczęściem wyjechała do innego kraju i założyła organizację opiekującą się porzuconymi zwierzętami. No proszę. Nic.
Podeszłam więc do niego, wcisnęłam mu w ręce Arka Wlazłego, otrzepałam sukienkę, wyrażając swoje zdenerwowanie i wycelowałam w niego palcem, słysząc kolejny raz dzwonek do drzwi.
-Duże uszy, masz szczęście, że jest z nami dziecko.
-Oczywiście, że mam szczęście. Rzuciłabyś się jeszcze na mnie gdybyśmy byli sami i na zawsze zmieniłabyś mój światopogląd.
-Twoje niedoczekanie.
Wyrzuciłam z siebie jak z automatu i odpuściłam sobie dalsze komentarze. Olka i Karol musieli być już naprawdę dość wkurwieni, stojąc za drzwiami od dobrych pięciu minut i dzwoniąc bez skutku. Kiedy wychodziłam z salonu usłyszałam tylko jak Bartek wmawia małemu, że tak naprawdę tylko zgrywam taką niedostępną, a na sam jego widok miękną mi kolana. Tak, na widok Arka rzeczywiście mam ochotę się rozpłynąć. Na widok Kurka już niekoniecznie. Śmieje się więc pod nosem sama do siebie, ciesząc się, że jestem w miejscu, w którym jestem i otwieram drzwi w momencie, kiedy dzwonienie zamienia się w mocne walnięcie pięścią o drewno.
Automatycznie robię kilka kroków do tyłu, bojąc się, że oberwę z pięści. To nie byłoby miłe i świąteczne powitanie jednak nieotwieranie drzwi właśnie w taki sposób może się skończyć. Na szczęście nic się nie dzieje. Moja twarz pozostaje w niezmienionym stanie, z nosa nie leje się krew, a szminka wciąż pokrywa jedynie wargi. Uśmiecham się, chwaląc swój refleks, lecz po kilku sekundach wyraz mojej twarzy się zmienia, ponieważ uświadamiam sobie w jakiej sytuacji się znalazłam i zauważam, że coś tutaj jest nie tak. Nie stoi przede mną wcale małoletni Karol Kłos wraz ze swoją ukochaną, którą powinien ściskać za rękę. Stoi przede mną tylko jedna osoba. Ma intensywnie błękitne tęczówki. Nie jestem w stanie tego dostrzec w ciemności – opieram się na swojej wiedzy. Zmierzwione włosy, rozpiętą pod szyją koszulę (zdążył zdjąć już szalik) i szeroki uśmiech, który krył w sobie jednocześnie i ironię, i prawdziwy szczery gest. W dłoni ponad to ma wino, które od razu wciska mi w ręce, a sam zajmuje się zdjęciem swojego płaszcza.
Michał Winiarski.
Zmora mojego życia.
Największy hipokryta tego świata.
Kłamca i krętacz.
Podchodzi do mnie i zabiera swoją własność, której przygląda się jakby widział ją po raz pierwszy.
-Twoje ulubione. – Podnosi do góry butelkę i głośno wypuszcza z płuc powietrze. Jest cały czerwony. Mróz dał mu się we znaki. Kiwam potakująco głową, chociaż wiem, że nie zdaje sobie z tego sprawy. Wciąż wpatruje się w etykietkę wina. – Ale nie będziemy dzisiaj pić. Jestem autem.
Później wszystko dzieje się w przyśpieszonym tempie. W pierwszej chwili naprawdę żałuję, że ubrałam dzisiejszego wieczoru szpilki. Mimo że dodają mi one w całej tej sytuacji odwagi i sprawiają, że prawie dorównuje wzrostem tym wielkoludom to jednak czuję, że dzisiejszego wieczoru zdecydowanie lepiej wypadłabym w płaskim obuwiu. Przede wszystkim zachowywałabym się bardziej stabilnie. Nie wiem, w którym dokładnie momencie moje wargi łączą się z ustami Michała. Może jest to ta chwila, kiedy mrugam, ponieważ od uważnego obserwowania jego postaci moje oczy powoli zostają wypełnione przez łzy, czy jednak zbyt dużą uwagę przywiązuję do tej jednej konkretnej sekundy, w której jego dłoń ląduję na mojej tali. Mimo że ma zimne dłonie, od razu robi mi się cieplej na sercu. Jego wargi są miękkie. Smakują miętą. Chcę je całować przez najbliższe dziesięć dni. Przytomnieje jednak w momencie, kiedy moje uszy kolejny już raz tego wieczoru drażni dzwonek do drzwi. Jęczę ze złości. Niebieskooki się natomiast śmieje. Jakby co najmniej było z czego.
-Starałem się na ciebie nie patrzeć, ale nie potrafię. – Mówi w końcu, wzruszając ramionami. – Dopóki na ciebie nie spojrzałem to naprawdę doskonale sobie radziłem. – Kontynuuje i przyciska mnie do siebie, kompletnie ignorując gości. – Pragnę cię.
Kłos, jak ja cię, kuźwa, nienawidzę.
Nie odpowiadam nic. No bo co miałabym odpowiedzieć. Na odpowiedzi przyjdzie jeszcze czas.
A teraz Michał Winiarski będzie musiał się tłumaczyć.

Pierwszy szok nie minął szybko. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że gdyby Bartek nie potknął się o przedłużacz od choinki, robiąc samolot z Arkiem, a mały nie zacząłby biegać po całym pokoju, krzycząc, że wujek prawie zepsuł mu święta, to jeszcze długo wszyscy staliby w salonie, patrząc z otwartymi oczami na Winiarskiego i zastanawialiby się czy wizyta u okulisty po świętach jest konieczna. Ale nie, stało się – Michał Winiarski naprawdę był w Polsce, stał w swoim idealnie skrojonym garniturze na środku pomieszczenia i uśmiechał się sam do siebie, że plan się udał – wszyscy są zaskoczeni. A przecież on uwielbiał niespodzianki z całego serca.
Dumny z siebie po odmówionej modlitwie sięgnął więc po opłatek i ruszył przed siebie. Ja zrobiłam to samo. Miałam jednak tego cholernego pecha, że jako pierwszy przyczepił się do mnie Uszaty. Całe życie na przypale. Jak się bawić to się bawić.
Drób wyjebać, Kurka wstawić.
-Zuzka, jak ja cię dawno nie widziałem! – Uśmiechnął się i przyciągnął mnie do siebie mocno ściskając. To było miłe, nie powiem. Bartosz Kurek ma uczucia – nie wierzę. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie moja natura i obietnica, że tego wieczoru  mu jeszcze dopiekę. Złożonych sobie deklaracji się pilnuje. On mnie tego nauczył.
-Kobiety mają pierwszeństwo.
Jego twarz markotnieje. Wyraźnie dostrzegam, że takiego obrotu spraw się nie spodziewał. Z resztą nie kryje zaskoczenia. Posłusznie więc opuszcza dłonie, dając mi w ten sposób pozwolenie na monolog. Dusi w sobie złość, a ja jestem z siebie dumna. Jestem w stanie pokusić się nawet o stwierdzenie, że w swojej rywalizacji mamy remis.
-1:1, Kurek. – Informuję go, a on automatycznie wykręca usta w ironicznym uśmiechu. W jego oczach pojawiają się iskierki. Już wiem co to oznacza – Bartosz Kurek zrozumiał wynik meczu, a jego wrodzona natura do rywalizacji, nie pozwoli mu tak łatwo odpuścić. Wpakowałam się w coś z czego wygranym będzie wyjść ciężko. – Życzę ci więc mózgu. Mózg jest najważniejszy. Nie słuchaj tych wszystkich ludzi, którzy wmawiają ci, że jest inaczej.
-Nawzajem.
-Nie przerywaj mi. – Ostrzegam, karcąc go wzrokiem. Bartek ma jeden zasadniczy problem. Kultura bakterii to jedyna forma kultury, która w nim żyję. – Czytanie książek nie sprawi, że załatasz dziury w swojej nikłej inteligencji.
-Z ust mi to wyjęłaś.
Znowu karcę go wzrokiem. W takich warunkach naprawdę ciężko się skupić.
-To może przejdźmy do tej milszej dla ciebie części mojej wypowiedzi, okej? Życzę ci spełnienia marzeń, bo bądź co bądź cię jeszcze lubię.
-Też mi coś.
-Przystopuj z samouwielbieniem, bo złotym dzieckiem polskiej siatkówki jest Mariusz, a gazety kłamią.
-Czytasz chyba same brukowce.
-Zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia!
-Nie no, na wyjazd na Malediwy jednak by się przydało.
-To zmień klub.
-Jak sobie życzysz.
Moje oczy przypominają prawdopodobnie spodki od szklanek, w których piliśmy poranną herbatę. Nie wiem czy Bartoszowi Kurkowi aż tak wyostrzył się humor w ciągu poprzednich kilku godzin, czy to ze mną jest coś nie tak. W gruncie rzeczy chodzi o to, że Duże Uszy nie potrafi zachowywać kamiennego wyrazu twarzy, kiedy stroi sobie żarty. A teraz stoi sobie przede mną taki poważny, krawat idealnie współgra z jego marynarką, a ja nie wiem czy mam się śmiać czy płakać.
-Żartowałam.
-Domyślam się.
I tu wraca jego pewność siebie. Uśmiecha się i łamie kawałek mojego opłatka, po czym połyka go z wyraźnym uśmiechem.
-Nawzajem, 2:1.

Paulina życzy mi męża i gromadki dzieci. Nie powiem, życzenia oryginalne i zarazem uniwersalne od jakiś 5 lat co najmniej. Szczerze się jak głupia, kiedy składa na moich policzkach trzy pocałunki i tłumaczę się, że niestety nie odwzajemniam gestu, ponieważ Kurek obrazi się za szminkę. Nie mówi nic.
Kłos i Olka wspominają coś o skończeniu studiów i powrocie do Bełchatowa. Karol dodaje jeszcze, że w Skrze to on mi porządną posadę załatwi od ręki i absolutnie nie mam się o co martwić. Nie mogą przecież wiedzieć, że pracę magisterską obroniłam dwa miesiące temu już następnego dnia siedziałam w samolocie do innego kraju, ponieważ pozwoliłam sobie wmówić, że to wcale nie jest takie straszne, a Wrocławia nie widziałam od tygodni. Uśmiecham się jedynie pod nosem i wyściskuje ich za wszystkie czasy.
Powoli mam już tego wszystkiego dość. Bo święta mają właśnie to do siebie, że przygotowania do nich wysysają z człowieka wszelkie pokłady energii i później celebruje się je właśnie z takim entuzjazmem. A to nie był nawet początek.
-Zuza!
Najgorzej.
Tę chrypkę poznałabym nawet na drugim końcu świata, więc tylko przełykam ślinę i odwracam się najszybciej jak potrafię, nie łamiąc jednocześnie żadnej z nóg. Michał Winiarski szczerzy się do mnie jak głupi, poprawia krawat i wskazuje na kawałek swojego opłatka. No to teraz zacznie się cyrk. Karma zawsze wraca, pamiętajcie moi mili.
-Wszyscy są chyba naprawdę zaskoczeni. – Wzdycha. Jest dumny. Jego oczy stają się coraz mniej dostrzegalne.
-Nie spodziewali się twojej wizyty.
-A ty się spodziewałaś? – Człowieku, schowaj te zęby.
-A jak myślisz? – I się tak nie śmiej. – Jesteś świetnym aktorem.
-Dziękuję. – Zbliża się do mnie. Ja się pytam, po co? PO CO? – Twoje komplementy naprawdę dużo dla mnie znaczą.
Tak, już wiem po co. Jego dłoń na mojej szyi dość dużo mi mówi. A oddech Michała Winiarskiego na moim policzku krzyczy jeszcze głośniej i bardziej. Tak więc Michał Winiarski zamierza mnie pocałować. Jego ruchy są stanowcze i szybkie, dlatego wnioskuje, że dość dobrze sobie wszystko przemyślał. Nie wiem w którym momencie zamykam oczy, bo przysięgam, że gdybym wiedziała to z pewnością bym go pominęła.
Nagle parskam śmiechem i kręcę kilkukrotnie głową. Dałam się podejść. Z pewnością dałam się podejść. Przekonana o swojej porażce otwieram oczy, a moje spojrzenie spotyka się z iskierkami triumfu czającymi się w tęczówkach Winiarskiego. Mam ochotę zedrzeć mu ten jego pewny uśmieszek z buźki. Nienawidzę, kiedy ktoś tak ze mną pogrywa i kto jak kto, ale on powinien o tym doskonale wiedzieć. W co ja się wpakowałam? Mogę kliknąć: „Stop, ja się trochę cykam, wychodzę.”? Bo jeżeli tak, to ja zawracam. Uciekam. Wyjeżdżam. Najlepiej jak najdalej stąd.
-Naprawdę myślałaś, że pocałuję cię przy nich wszystkich?
Tak, naprawdę tak myślałam. Ale jak już wspomniałam, Michał Winiarski jest naprawdę świetnym aktorem, który nigdy nie wychodzi ze swojej roli. Ani na sekundę. Dlatego muszę znosić tę jego cholerną dumę i pogodzić się ze swoją porażką.
-A jak myślisz?
-Wyjątkowo bardzo interesuje cię dzisiaj moje zdanie.
-Powinieneś pójść w moje ślady.
Jego wyraz twarzy automatycznie się zmienia. Jakbym co najmniej była Harrym Potterem i właśnie wyczytała z księgi coś umoralniającego, rzuciła zaklęcie niewerbalne i szach mat – już nie jest tak kolorowo. O ile oczywiście takowe istnieje.
-Droga Zuzanno, życzyłbym ci z radością szczęścia, ale doszły mnie słuchy, że już takowe masz. – Marszczę czoło, usiłując zademonstrować swoją ciekawość. – Życzyłbym ci też miłości, ale lepiej żebyś sobie nikogo teraz nie szukała. W sumie to jak tak teraz sobie myślę to chyba wszystko o czym marzysz już powoli masz w swoich rękach.
-Kiedy z ciebie taki poeta się zrobił?
-Dawno się nie widzieliśmy. – Łaaaaaał. – A ja tymczasem przeszedłem ogromną metamorfozę.
-Michał, jestem głodna, więc spinaj..
-A ty musisz zdrowo się odżywiać!
-Cieszę się, że rozumiesz moje potrzeby.
-Zawsze do usług.
-Myślisz, że przytyłam?
-Myślę, że wyglądasz całkiem, całkiem. Kto ci takich głupot naopowiadał?
-Kura.
-Kura jest głupi, samotny, nie wie co to znaczy kogoś mieć, a w dodatku próbował cię poderwać. Już tęsknie.
Robimy wjazd na Wikipedię z tym opisem, panie Winiarski.

Karp ma ości.
Już gorzej być nie może, bo karp ma ości.
Odwołajmy całą kolację wigilijną, powiedzmy Najwyższemu, żeby przełożył narodziny Jezusa na przyszły rok i odwołał Sobieskiego, Chrobrego i Batorego, no bo przecież ryba ma ości.
Zakopmy wszystkie choinki z powrotem w lesie i wydłubmy cały farsz z pierogów, bo karp ma ości.
Albo po prostu niech ktoś przywali Kurze z prawego sierpowego, bo damie nie wypada.
-Bartek! Gratuluję Mistrzostw. Świetny turniej.
Nie wierzę. Winiarski jest Bogiem. Wszyscy patrzymy na niego jak na kosmitę, ale to nieważne. On uciszył Kurę. Naprawdę on to zrobił. Jest Bogiem. Oscar dla niego. Złoty Glob na półkę – Bartosz nie wie co powiedzieć. Przez kilka sekund zamyka i otwiera na zmianę usta, jąka się, wypluwa pieroga z ust, a ja mam ochotę wyściskać gościa z Włoch za wszystkie czasy. Moje bębenki czują upragnioną ulgę, a sama jem z największą przyjemnością. Rozmowa przy stole toczy się na różne sportowe tematy, Kurek wciąż się dławi, a Winiarski mówi, że zbiera się, bo musi jeszcze pogadać z żoną i całą atmosferę szlag trafia. Wlazły stwierdza, że on to chyba sobie co najwyżej może kpić, a Michał jednocześnie żegna się z każdym i życzy mu wesołych świąt. Szepczę mi jeszcze do ucha, że już nie może się doczekać następnego spotkania i znika w przedpokoju, a Mariusz tuż za nim. Kapitan Skry krzyczy jeszcze, że w tej oto chwili ma wracać do salonu, jest podłym łajdakiem i to był ostatni raz, kiedy odstawia takie cyrki. W momencie, kiedy pada moje imię wyłączam się i powtarzam sobie w myślach, żeby tego wszystkiego nie słuchać. Próbuję przypomnieć sobie kilka anegdot z mojego życia, ale nic mnie akurat nie śmieszy. Wciąż skutecznie nie dopuszczam do siebie sensu słów, które wypowiadają, aż w końcu słyszę trzask drzwi i koniec.
Michał Winiarski znowu wygrał. Michał Winiarski znowu miał rację. Michał Winiarski nigdy się nie myli. Michał Winiarski zawsze zwycięża.

Śpiewanie kolęd po raz tysięczny udowadnia, że Kurze słoń na ucho nadepnął. Kłos skrzeczy jak kaczka, za to Ola śpiewa jak zawodowiec. Atmosfera w pomieszczeniu zdecydowanie się oczyściła, a Mariusz spogląda na mnie od czasu do czasu i puszcza pokrzepiające oczko.
Tylko Arek jest jakiś smutny, skubie guziki przy Kurkowej marynarce i mruczy pod nosem jakąś nieokreśloną melodię.
A czas płynie jak pojebany i nie zamierza zwalniać. Mijają minuty, a ja próbuję zrozumieć sens kolejnego już suchara Uszatego, ale wciąż mi nie wychodzi. No bo co ma zakaz parkowania do blondynki, która nie ma prawa jazdy? Nic. Nie mają nic wspólnego. Uderzam więc Bartka w bark, a później wszystko dzieje się w oka mgnieniu. Ten łapie mnie za rękę, patrzy na moją dłoń, w moje oczy, znów na moją dłoń, następnie mierzy mnie wzrokiem i tak przez pięć kolejnych dni aż w końcu krzyczy:
-ALE ZA KOGO TY ŻEŚ WYSZŁA?!
Szanowni państwo, zapraszamy na drugą część przedstawienia.

Paulina śmieje się, że bez dramatów w święta to się nie obejdzie. Mariusz stoi i próbuję zabić mnie wzrokiem, bo przecież takich żartów to się absolutnie nie robi. Bartosz siedzi i powtarza, że teraz to on zdecydowanie wie co się zmieniło. Ola się nie odzywa, ponieważ wciąż próbuje zrozumieć czy to tak na niby, czy mówimy serio. Karol natomiast patrzy i próbuje skojarzyć fakty, ale mu nie wychodzi.
A ja modle się, żeby zadzwonił ten cholerny dzwonek do drzwi.
-Ja naprawdę tego nie planowałam. To się po prostu stało. – Szepczę, jednak na tyle głośno, żeby każdy zdołał mnie usłyszeć.
-Niby nie planowałaś, a jednak obrączkę kupić zdążyłaś.
-Mariusz, nie patrz tak na mnie. Obrączki kupiliśmy po ślubie.
-Bo w urzędzie pożyczyliśmy od znajomych.
Czuję jak z mojego serca spada wielki kamień i zabiera ze sobą wszystkie oznaki tej cholernej mistyfikacji. Mój oddech od razu staję się spokojniejszy, a spojrzenia wszystkich zebranych już wcale nie próbują prześwietlić mojego umysłu. Uśmiecham się jak głupia, bo mój wzrok również spotyka się z intensywnie niebieskimi tęczówkami, które patrzą tylko na mnie i mają daleko gdzieś całe otoczenie.
Tak, mowa o oczach Michała Winiarskiego.
Tak, mowa o oczach zmory mojego życia.
Tak, chodzi o największego hipokrytę tego świata.
Ale przede wszystkim mam na myśli największą miłość mojego życia, mężczyznę przy którym chcę się zestarzeć, który jest spełnieniem moich marzeń i pragnień.
I ma najpiękniejszy uśmiech na całym tym świecie.
Uśmiech, który zapiera dech w piersiach.
I to on wszystko wymyślił. To on wywiózł mnie do Włoch, zaciągnął do urzędu stanu cywilnego, codziennie szeptał jak bardzo mnie kocha i sprawił, że świat ma różowe barwy.
I jestem mu bardzo za to wdzięczna, chociaż z całego serca nienawidzę różowego.
A tłumaczyć to on się teraz będzie sam.

7 komentarzy:

  1. tekst o kulturach bakterii rozjebawszy na amen

    OdpowiedzUsuń
  2. Adko, Adeczko, czy ja naprawdę muszę ci mówic, jak bardzo to KOCHAM? od pierwszej literki do ostatniej kropki, matko kochana, zniszczyłaś mnie w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu i nie rozumiem, dlaczego tu jest tylko jeden komentarz, bo powinna być cała długa ich lista.
    nie powiem, bo mnie zaskoczyłaś tym Michałem. myślałam, że wiesz, no, że Bartosz, że Zuzka, turururu, ale jak tak teraz o tym myślę, to oni nie mogliby turururu ani terefere ani nic z tych rzeczy. matko, Adka, to jest tak genialne. lekkie, fajne. takie twoje. to jest tak w stu procentach adkowe!
    a tekst "jak się bawić, to się bawić, Drób wyjebać, Kurka wstawić" spowodował, że smarknęłam herbatą. nauka na przyszłość: nie pij, jak czytasz coś Adkowego. no.
    matko, mamusiu, jak ja uwielbiam twojego Michała. pod każdą postacią. znaczy on postać ma jedną, ale chodzi mi o to, że w każdym wydaniu. cokolwiek o nim napiszesz, trafia prosto w moje serduszko, ale że ono należy do Kurczaka tak troszkę, to jednak roztopiło się już wtedy, kiedy wyobraziłam sobie Buraka ubierającego choinkę (no i, hej, przecież to właśnie od światełek się zaczyna, a łańcuchy idą na koniec!). Adko, pisz mi.
    no, właśnie, Adko, a może byś mi coś takiego Kurczakowego od stóp do zakoli napisała? :3333 nic nie sugeruję, to tylko jakiś Burak w mojej głowie, przepraszam.
    kocham, kocham, kocham.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. Co tu sie wlasnie wydarzyło? Ide ochłonąć na szkoleniu...

      Usuń
    2. Czy Ty wiesz, że ja kocham to co piszesz? I dlatego również ubolewam, że piszesz mało ostatnio... Ale rozumiem, że życie wciąga.
      Czy Ty również wiesz, że ja kocham miłością bezwarunkową Kurczaka? Ideał faceta pod każdym względem, szczególnie gdy rozchodzi się o karykaturalnego Kurczaka, który jest powyżej. A Kurczak ubierający choinkę? P O E Z J A <3 Może przyjść do mnie w grudniu i mi też ją ubrać, najlepiej sam, bez towarzystwa Anki, jej nie chcemy!
      A że tu się w ogóle pojawił Winiarski i to z takiego kopyta.

      Ja tylko czegoś tu nie rozumuję. Zuza hajtnęła się z Winiarem, oui? To z jaką żoną Winiar poszedł pogadać i dlaczego na nikim nie zrobiło to wrażenia. Czy ja coś nie doczytałam?

      Usuń
    3. Miał na myśli Zuzkę! Ale wszyscy myśleli, że chodzi o jego byłą, także Mariuszowi trochę skoczyło ciśnienie.
      PS. Jak spotkam Kurczaka, to zapytam czy wpadnie. Najlepiej sam. Najlepiej też przebrany w choinkę.

      Usuń
    4. No no właśnie, to ja dobrze ogarnęłam <3 dziękuję i czekam! :D

      Usuń