sobota, 13 października 2018

[v] spadam za szybko [7]

[rozdział siódmy - będę trzymać cię mocno]

Kiedy dorastałam, kompletnie nie potrafiłam docenić rzeczy, które mam. Zawsze pragnęłam więcej i więcej, chociaż w zasadzie miałam wszystko, więc musiałam naprawdę wiele energii wkładać w to, żeby nie być zbyt dużą egoistką. Oczywiście nie dążyłam do celu po trupach, we wszystko wkładałam dużo energii i pracy by na końcu móc szczerze cieszyć się z sukcesu. Wiedzieć, że na niego sama zapracowałam, nie żerowałam jak pasożyt na innych ludziach, że osobista wygrana jest tylko i wyłącznie moją zasługą.
Jednak zawsze chciałam, żeby to mi poświęcano jak najwięcej uwagi i często nie potrafiłam pogodzić się ze świadomością, że rodzice koncentrują swoją uwagę w większym stopniu na moim bracie. Potrzebowałam naprawdę dużo czasu, żeby zrozumieć, że kochają mnie równie mocno. Że jestem ważnym elementem tej rodziny. I kiedy w końcu do mnie to dotarło, zaczęłam poświęcać jej każdą możliwą chwilę w życiu. Traktować ich jak przyjaciół, powierzać każdy sekret. To ogromny przywilej - mieć w niej oparcie, móc zwrócić się z każdym problemem. Ale nic nie trwa wiecznie. Życie nie jest idealne. Prędzej czy później coś musimy stracić.

/

Od imprezy minął tydzień, a ja ani na kilka minut nie wyszłam z domu i to wcale nie była wina Michała, nie wyobrażajcie sobie za dużo. Po prostu życie postanowiło kolejny raz ze mnie zażartować, więc rozchorowałam się w tygodniu, kiedy graliśmy aż trzy mecze. Tak obładowany terminarz zdarza się rzadko. A ja zostawiłam Olafa z tym wszystkim samego. Byłam pewna, że gość mnie zabije, pobiegnie do Konrada, złoży skargę i urządzi strajk. Ale nie. Olaf przyniósł mi rosół, zrobił zakupy i jeszcze śmieci wyniósł. Złoty człowiek. Miałam ochotę wycałować go po stopach. Żyłam jak w raju. I nieważne, że nie mogłam swobodnie oddychać, a przy każdym głębszych oddechu wypluwałam płuca. Raj.
Nic jednak nie trwa wiecznie. Przekonałam się o tym dwa dni później, kiedy w dniu powrotu do pracy, leżałam na kanapie w salonie i zażywałam drugą tabletkę na ból głowy. Miałam wrażenie, że coś w środku rozsadzi moją czaszkę, a mój mózg wybuchnie i udekoruje ściany pokoju. Czułam się jak wrak człowieka, a łzy wypływające spod zaciśniętych powiek nie chciały przestać płynąć. Mijały godziny, a ja na zmianę uspokajałam się by kilka minut później wybuchnąć jeszcze większym i bardziej niekontrolowanym płaczem. Nie mogłam przestać. Nie pomagało nic. Spokojne oddychanie doprowadzało mnie jedynie do jeszcze większej rozpaczy, a jedzenie nie wchodziło w grę. Po prostu nie było żadnego sposobu, którym mogłabym wprowadzić w życie i by zadziałał. To naprawdę koszmarne uczucie.
Kiedy słońce zaszło, pomieszczenie wypełnił mrok, a na wyświetlaczu telefonu pojawiła się informacja "Wygraliśmy!", cisze zakłócił nieznośny dźwięk dzwonka do drzwi, który drażnił moje bębenki słuchowe i wywoływał tępy ból w głowie. Przykryłam się kocem i mocno docisnęłam go do ucha, ale moje starania skończyły się fiaskiem. Podskoczyłam przerażona, kiedy ktoś z ogromnym impetem uderzył o drzwi. Nigdy nie byłam przeciwniczką horrorów, przeciwnie - szczerze je uwielbiałam, ale w tamtym momencie poczułam lekką panikę. Z podniesioną głową wstałam więc i się wysmarkałam.
Na próżno. Gdy spojrzałam przez wizjer i zrozumiałam, że jednak nie mam najmniejszej ochoty otwierać, mieszkanie znów wypełniło głośne łomotanie, a ja podskoczyłam zaskoczona i niekontrolowanie pisnęłam. Straciłam ostatnią szansę na ucieczkę.
-Wiedziałem, że tam jesteś. - Jęknęłam, ponieważ miałam chociaż odrobinę nadziei, że mój nieproszony gość stwierdzi, że mieszkanie jest puste, ja wyjechałam do Honolulu i wszyscy pójdziemy w przeciwne strony, ale życie uwielbia pisać scenariusze, których pragniemy uniknąć za wszelką cenę, a ja musiałam spojrzeć w lustro i jęknąć jeszcze głośniej.
Włosy sterczące na wszystkie strony, tusz rozmazany na pół twarzy, zapuchnięte oczy, czerwony nos. Mogłam wyliczać tak do północy.
-Otworzysz w końcu czy mam wyważyć drzwi?
Cholera, lubiłam je. Miały genialny kolor, nie robiły krzywdy, gdy z bezsilności uderzało się w nie głową. Same zalety. Jednak tamtego dnia było mi wszystko obojętne.
-Idź sobie.
-Kornelka, przecież wiesz, że nie chciałem tego powiedzieć.
Że... Że co?
Nie potrafię opisać słowami jak potężna fala złości zalała wtedy mój organizm. Miałam ochotę jednocześnie wydrapać mu oczy, złamać rękę, wbić nóż w plecy albo obciąć nogę. Katować godzinami. Cokolwiek. Wiedziałam, że Michał jest egoistą, bo on naprawdę potrafił myśleć tylko o sobie. Okej, ja też byłam egoistką, ale mój egoizm miał jakieś granice. On natomiast traktował swoją osobę jako jednostkę, która znajduje się w centrum wszechświata i każda rzecz musi dotyczyć wyłącznie jego. Zawsze. To on ma wpływ na wszystkie zjawiska występujące na naszej planecie, decyduje o wszystkich uczuciach, które nas otaczają. To on jest alfą i omegą. Pieprzony samolub.
Szarpnęłam za klamkę i z wściekłością przekręciłam zamek w drzwiach, powtarzając sobie, że gość przyda nam się jeszcze w tym sezonie i z wyładowaniem agresji będę musiała jeszcze jakiś czas zaczekać. Po ostatnim gwizdku mogę go jednak okaleczyć na wszystkie możliwe sposoby.
-Czy ty naprawdę myślisz, że twoje słowa jakkolwiek na mnie wpłynęły? Naprawdę myślisz, że miały dla mnie jakąś wartość? Otóż mam je w dupie. Spłynęły po mnie jak woda pod prysznicem dzisiaj rano. Zapomniałam nawet o twoim istnieniu. Kiedy w końcu zrozumiesz, że jesteś dla mnie nikim?
-Płakałaś?
-Przespałam się z tobą i wyrzuciłam do kosza. Nic dla mnie nie znaczysz, rozumiesz? - Krzyknęłam, ponieważ za wszelką cenę starałam się, żeby sens moich słów wreszcie do niego dotarł i żeby zostawił mnie w spokoju. Żeby chociaż raz w życiu przestał robić selekcje słów, które się do niego wypowiada i zaakceptował każde zdanie. Michał jednak zrobił krok w moją stronę i wyciągnął dłoń, która prawdopodobnie miała dotknąć mojej twarzy. Jego próba okazała się fiaskiem. Cofnęłam się i pokręciłam przecząco głową, dając mu znać, że nie może zbliżyć się już nawet na centymetr. Dopiero wtedy zachciało mi się naprawdę płakać. I to było najgorsze.
-Dlaczego płakałaś? - Szepnął i w międzyczasie, który tak naprawdę nie istnieje, pamiętajcie, zamknął drzwi. Ja natomiast przymknęłam powieki, powtarzając sobie, że muszę zaczekać tylko chwilę, a on sobie pójdzie i znów będę mogła w samotności kontemplować swój ból. Musi minąć tylko kilka minut. Wytrzymam. - Rozumiem cię. Może nawet bardziej niż ci się wydaje. Ty też nic dla mnie nie znaczysz. Nic. Ale to nie znaczy, że zostawię cię tutaj w tym stanie. Nie wyjdę dopóki nie powiesz mi co się stało, dociera to do ciebie?
-Zostaw mnie samą. - Szepnęłam i zrozumiałam, że mój plan również upadł. Czułam na policzkach gorące łzy, które płynęły jedna za drugą. - Proszę.
-Co się stało? - Michał znów spróbował złapać mnie za nadgarstek i nawet mu się to udało, ale szybko wyrwałam się z jego uścisku. Kilka sekund później ponowił próbę, a ja cofnęłam się o kilka kroków. Nie ustępował. W jego oczach czaiła się determinacja, ale ja również zaprogramowana byłam na walkę. Nie było mowy o poddaniu się czy jakimś śmiesznym odpuszczaniu.
-Wyjdź.
-CO SIĘ STAŁO?! - Krzyknął, unosząc jednocześnie dłonie na wysokość mojej twarzy. Chciał mi pokazać jak jego palce, zaplecione na moich nadgarstkach, zabierają mi ostatnią drogę ucieczki i straciłam swoją ostatnią deskę ratunku. Przegrałam. Rozpłakałam się jak małe dziecko i znów nic nie pozwalało mi tego przezwyciężyć. Następnego dnia na mojej skórze miały pojawić się sine ślady, ale ignorowałam to i wciąż próbowałam uwolnić się od tego dotyku. Czułam się jak w pułapce. - PRZESTAŃ! - Mimo wszystko wciąż nie odpuszczałam. Michał obniżył ton głosu i powtórzył. - Przestań, Kornelia. Uspokój się. Spójrz na mnie.
Na początku ignorowałam jego słowa, ale ten cichy i melodyjny szept spowodował, że potrafiłam zacząć normalnie oddychać. Łapałam więcej powietrza i zaczynałam odzyskiwać kontrolę nad własnymi płucami. Z moich oczu wciąż płynęły łzy, które zamazywały obraz, ale doskonale widziałam nasze dłonie i parę błękitnych oczu tuż nad nimi. Wciąż trzęsłam się jak narkomanka, która nie dostała swoich prochów, jednak przez moje ciało zaczęła rozchodzić się niezidentyfikowana fala ciepła. Wiedziałam, że musiałam się w końcu uspokoić i nareszcie znalazłam na to działający sposób. Musiałam jedynie pozwolić mu sobie pomóc. a to było cholernie trudne. Ja nie korzystałam z pomocy. Nigdy.
Michał cofnął się o kilka kroków wciąż trzymając moją dłoń. Usiadł na kanapie w salonie i pociągnął mnie za sobą jednocześnie próbując zakomunikować, że wie co robi i nawet jemu czasami warto zaufać. Doskonale wiedziałam, że nie miałam żadnej alternatywy, więc postanowiłam sprawdzić działanie jego genialnego planu. Usiadłam tuż obok, ale szybko przekonałam się, że to nie tak miało wyglądać. Kilka sekund później byłam na jego kolanach, przyciśnięta do jego ciała i próbowałam uspokoić oddech, opierając czoło o jego prawy obojczyk. Wdychałam męskie perfumy, czułam ciepłą dłoń jeżdżącą w górę i dół moich pleców i cichy szept, że przecież będzie dobrze.
Chciałam w to wierzyć. Naprawdę cholernie chciałam w to wierzyć. 
______
Przepraszam. Ten rozdział jest fatalny. Ale moje życie ostatnio było jeszcze bardziej fatalne, więc jakoś usprawiedliwiam się przed samą sobą. Na pocieszenie mogę dodać, że teraz przejdziemy do etapu opowiadania, które naprawdę lubię. Mam więc nadzieje, że moje myśli wykażą się odrobiną sympatii i dadzą się łatwo napisać. Pozdrawiam!

1 komentarz:

  1. W sumie to nie. Nie jest fatalny, bo Michał jaki jest to wiemy, a zdarzają się czasami w życiu takie chwile w których nawet najtwardsze maski opadają i trzeba nauczyć dać sobie wtedy pomóc.

    OdpowiedzUsuń