środa, 26 grudnia 2018

[v] spadam za szybko [9]

[rozdział dziewiąty - trwać dopóki]

Siedziałam na krześle przy stole kuchennym, przeżuwałam kawałek jajecznicy z szynką i pieczarkami i patrzyłam z niezrozumieniem na Łukasza, który z dezorientacją skanował całe pomieszczenie i co jakiś czas przerzucał wzrok na korytarz. Wiedziałam, że zjawi się u mnie prędzej czy później tamtego dnia, czułam to całą sobą, ale skąd mogłam wiedzieć, że zmieni się w rannego ptaszka i kilka minut po ósmej rano minie się na klatce schodowej z siatkarzem Skry? Nie mogłam. Po prostu nie mogłam tego przewidzieć.
-Widujecie się? - Westchnął z przerażeniem i spięty czekał aż udzielę odpowiedzi na zadane pytanie. Uniosłam ze zdziwieniem brwi i nieprzerwanie jedząc wciąż ciepłe śniadanie, próbowałam zrozumieć o co tak właściwie mu chodzi. Łukasz miał problem, ewidentnie. Był zdenerwowany, może trochę wkurzony, miał mnóstwo pytań i sprawiał wrażenie człowieka, który stracił kontrolę nad otoczeniem. Momentami przypominał wariata, ale tę opcję szybko wyrzuciłam ze swoich myśli. Najzwyczajniej w świecie gość być zdezorientowany. Nie istniało lepsze wytłumaczenie jego postawy.
-Pracujemy razem. To jasne, że się widujemy. - Położyłam nacisk na ostatnie słowo i posłałam Łukaszowi wymuszony uśmiech. Tak, chciałam go wkurzyć. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale chciałam patrzeć jak z jego uszu dymi para, a nozdrza zabawnie się zwężają. To sprawiało mi satysfakcje.
-Wiesz, że nie o to mi chodzi. - Wyrecytował przez zaciśnięte zęby. - Sypiacie ze sobą?
Łukasz zawsze miał tendencje do bywania zdecydowanie zbyt nadopiekuńczym bratem. Zdecydowanie. Co było cholerną ironią, biorąc pod uwagę, że sam był dużym dzieckiem, którego powinno się pilnować dwadzieścia cztery godziny na dobę. Rozumiałam doskonale, że chciał dla mnie jak najlepiej i zwykł troszczyć się o moje dobro, ale czasami zdecydowanie za bardzo wtrącał się w nie swoje sprawy. Momentami nie potrafił pojąć, że każdy człowiek żyje własnym życiem i nikt nie jest w stanie zrobić tego za niego. Nie może wymusić swoją postawą czy decyzjami drogi, którą podążać będzie ktoś inny. Przynajmniej nie powinien. Wiecie, wolna wola czy coś w tym stylu.
Łukasz miał skłonności do bycia przysłowiowym starszym bratem. Przez pół życia musiałem znosić jego humorki, bo Dawid z 5c był zbyt chudy, Krystian z 3g chciał dobrać mi się do majtek, a Adam z technikum na pewno chciał mnie wykorzystać i porzucić. Oczywiście nigdy nie miał w planach zniszczyć mojej pewności siebie i wmówić, że każdy facet uważa mnie za nic nie wartą i pustą lalkę, jednak nie potrafił uwierzyć, że ktoś może mieć w stosunku do mnie dobre intencje. I zawsze, ale to zawsze przejmował się moim życiem uczuciowym zdecydowanie bardziej ode mnie. 
-Oczywiście, że tak! - Krzyknął, unosząc ręce, którymi następnie uderzył w blat. Wzdrygnęłam się. - Michał żadnej nie przepuści. - Dorzucił z ironią.
Wkurzyłam się.
-Możesz przestać? Czy możesz przestać próbować przeżyć moje życie za mnie? Potrafię podejmować rozsądne i mądre decyzje, okej? Tak, przespałam się z nim. Dzisiaj. Ale to ja wykorzystałam jego. Rozumiesz? To ja zaciągnęłam go do łóżka. Nie on mnie.
-Jesteś tego pewna?
-Co? - Szepnęłam i spojrzałam na niego jak na kosmitę. Czy mogłam nie być pewna tego, że kilka godzin wcześniej zaproponowałam Michałowi powtórzenie nocy, którą spędziliśmy razem w mieszkaniu Łukasza? Tak, wypowiedziałam te słowa. Nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Jednak Kadziewicz chciał zasiać w mojej głowie mętlik i skutecznie mu to wychodziło. No bo przecież to Winiarski pierwszy wspomniał o tamtym wydarzeniu. Dlaczego? Może taki właśnie był jego plan - przypomnieć przeszłość i liczyć na to, że wyskoczę z propozycją powtórki, naiwnie wierząc, że to ja wszystko zainicjowałam; że to ja chciałam seksu. Może tak naprawdę chciał zbudować moje przekonanie o tym, że panuje nad wszystkim co się dzieje i mam pełną kontrolę nad swoim życiem, że tylko ja podejmuje w nim każdą pojedynczą decyzje. Przestrzegam swoich zasad.
Jaką mogłam mieć pewność, że Michał nie był manipulatorem? Że wcale nie zaplanował sobie tego wszystkiego już wcześniej i został na noc tylko po to by osiągnąć swój cel? Mam swoje zasady, Kornelio. I kieruje się nimi w każdym momencie swojego życia. A co jeżeli właśnie takie były jego zasady? Wykorzystywanie ludzi i bawienie się nimi do tego stopnia, że zaczynają wierzyć, że tylko oni winni są swojej ostatecznej porażki? Przecież to śmieszne. Potrząsnęłam głową, próbując wyrzucić z głowy swoją wcześniejszą dedukcje. Musiałam być po prostu ostrożniejsza i wyczulona na każdy ruch Winiarskiego. Nie zarzucać mu od razu tych złych intencji tylko po prostu obserwować. Byłam wybitna w rozpracowywaniu ludzkiej psychiki. Potrzebowałam jedynie skupienia.  - Tak, jestem tego pewna. Dlaczego denerwuje cię to, że przespałam się z twoim przyjacielem? Nie powinno być na odwrót?
-Bo chcę dla ciebie jak najlepiej. A Michał manipuluje kobietami, sprawia mu przyjemność patrzenie jak je niszczy. Nie chcę być trafiła na konto jego zasług. Nie pozwolę na to.
-Więc dlaczego nie ostrzegłeś mnie przed nim wcześniej? - Zmarszczyłam czoło, udając zdziwienie i niezrozumienie i uważnie obserwowałam jego reakcje. - Wtedy, w kuchni? Wiedziałeś, że będzie grał w Bełchatowie. Wiedziałeś, że będziemy pracować w jednym klubie. Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej?
Te myśli nie dawały mi spokoju. Dlaczego ostrzegał mnie przed swoim przyjacielem o dwa miesiące później niż powinien to robić. Przecież przez ten czas mogło wydarzyć się dosłownie wszystko - mogłam się zakochać, zabić z powodu nieodwzajemnionej miłości, zrujnować swoją karierę. Mogło wydarzyć się wszystko. Wszystko. A on jakby za machnięciem czarodziejskiej różdżki na sześćdziesiąt jeden dni niespodziewanie zapomniał o swojej nadopiekuńczej naturze.
-Nie rozumiem dlaczego zachowałeś się tak, a nie inaczej, ale puszczę to w niepamięć. Kiedyś się tego dowiem. Mam nadzieje, że nie będziesz tego żałować.
Urwałam kontakt wzrokowy z bratem i odłożyłam brudne naczynia do zlewu. Zagryzłam delikatnie wargę i wpatrywałam się w swoje dzieło, nieprzerwanie analizując ostatnie wydarzenia. Coś ewidentnie w zachowaniu starszego z rodzeństwa Kadziewiczów mi nie pasowało. Czułam jakąś zadrę na duszy, chociaż nie potrafiłam jednoznacznie określić o co tak właściwie chodziło. Musiałam go obserwować. Uważnie siedzieć każdy jego ruch. Zamierzałam zacząć od razu. Póki miałam taką możliwość.

/

Cztery godziny później siedziałam na przednim siedzeniu w łukaszowym samochodzie i próbowałam złapać oddech oraz ostrość widzenia, co skutecznie uniemożliwiał mi wydobywający się z mojej piersi szloch. Od dokładnie dwustu czterdziestu minut na zmianę wyłam w niebogłosy i dusiłam się, aby kilka sekund później popaść w nostalgię i milczeć zamknięta w sobie przez dwadzieścia kilometrów. I tak w kółko. Jak w błędnym kole. I nie miał znaczenia fakt, że powoli zaczynała mi pękać głowa. Łzy leciały dalej, tabletki nie zaczynały działać, a przerażony i roztrzęsiony Łukasz zjeżdżał na pobocze przy jakiejś leśnej drodze i patrzył na mnie z bólem w oczach.
Nie wypowiadaliśmy żadnych zdań odkąd tylko znaleźliśmy się w aucie i ruszyliśmy we wspólną podróż do Olsztyna. Cisza wewnątrz była nie do zniesienia, ale żadne z nas nie potrafiło znaleźć odpowiednich słów, które mogłyby posłużyć za komentarz do sytuacji, w której się znaleźliśmy. Z perspektywy czasu już wiem, że po prostu takowe nie istniały. Jechaliśmy w ciszy, która co jakoś czas przerywana zostawała przez dźwięk naszych pękających serc. Ból, który je rozrywał, można było dostrzec z odległości kilometra. Nie kontaktowaliśmy się ze sobą, ale nasze ciała z pewnością wypełniały te same uczucia, a umysły zalewały identyczne myśli.
Obydwoje cierpieliśmy. Jechaliśmy do miasta, w którym dorastaliśmy, przeżywaliśmy pierwsze porażki, zdzieraliśmy kolana i uczyliśmy się żyć i rozpoznawać otaczający nas świat. Znajdowaliśmy swoje pasje, szlifowaliśmy swoje talenty i z determinacją walczyliśmy o swoją przyszłość. Ale przede wszystkim zawieraliśmy tam pierwsze znajomości; poznawaliśmy najlepszych przyjaciół, z którymi w przyszłości mieliśmy podążać ramię w ramię przez życie. 
Felicjan Makarski jednak w połowie tej podróży się zatrzymał. Wypadł z karuzeli, która nigdy nie przestawała się kręcić i już nigdy nie miał na nią powrócić. Już nigdy nie miał się kręcić, śmiać czy po prostu stać i biernie przyglądać się rzeczywistości. Felek po prostu umarł. Odszedł. Nie żył. A ja mogłam jedynie zadawać sobie pytania jak to się stało, że straciłam najlepszego przyjaciela w czasach, gdy w żadnym sklepie nie mogłam kupić zmieniacza czasu, by cofnąć te wszystkie złe wydarzenia.
Ta wiadomość z pewnością do mnie nie docierała. Wyrzuciłam ją ze świadomości w momencie, gdy poprzedniego wieczora Michał nakrzyczał na mnie bym się uspokoiła i traktowałam jedynie jako podły żart aż do momentu, gdy Łukasz boleśnie uświadomił mi, że się mylę. To była prawda. On nie żył. Nikt nie opowiadał tego typu kawałów. Nikt nie miał tak fatalnego poczucia humoru. On nie żył.
Wydawać by się mogło, że na przestrzeni lat więzi dziecięcej przyjaźni tracą na sile i wartości, jednak mimo upływu czasu czy odległości, która nas dzieli, ja zawsze uważałam go za swojego przyjaciela. Może nie rozmawialiśmy codziennie – czasami odzywaliśmy się do siebie raz na miesiąc, innymi razy co pół roku wysyłaliśmy sobie jedno zdjęcie, ale świadomość, że ta druga osoba, której możemy powierzyć pół świata gdzieś tam jest, dodawała odwagi i wiary. Dawała poczucie, że nie jesteśmy sami na tym świecie. I nagle to wszystko znika. Nagle tego nie ma. Nagle jedziesz na pogrzeb swojego przyjaciela, a w drodze do rodzinnego miasta tracisz oddech.
-Za chwilę będziemy na miejscu. – Ciszę przerwał cichy, ale wciąż pocieszający głos Łukasza. Na sam jego dźwięk przymknęłam powieki. Nie potrafiłam zrozumieć jakim cudem znajdował w sobie siłę, by prowadzić samochód, trzymać emocje na wodzy i jednocześnie mnie pocieszać, ale naprawdę go podziwiałam. Ja już dawno wjechałabym w pierwsze lepsze drzewo. – Musisz tylko jeszcze chwilę wytrzymać.
-Nigdy nie brałam pod uwagę opcji, że to nas spotka. – Szepnęłam, gdy ponownie włączyliśmy się do ruchu. Kilka minut później zaczęliśmy mijać pierwsze budynki, znajdujące się w stolicy warmińsko-mazurskiego. Łukasz milczał. Między nami od zawsze istniała niepisana zasada, że gdy zaczynaliśmy wylewać swoje żale, to drugie nam w tym nie przeszkadzało. Byliśmy specyficzni. Dawaliśmy sobie tylko jedną szansę na zwierzenia i żadne z nas nigdy nie próbowało tych chwil sobie nawzajem przerywać. Jakby wypowiedzenie tych samych słów dwa razy bolało. Jakbyśmy mieli zostać za to skazani na śmierć. Byliśmy pokręceni. Na swój własny sposób. – Na świecie jest tyle zła… Wypadki zdarzają się codziennie… A ludzie wciąż uważają, że ich to nie dotyczy, że są bezpieczni. Ja tak myślałam. Tysiące razy wyobrażałam sobie czarne scenariusze, ale nigdy nie brałam pod uwagę opcji, że to może mieć jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości. Czy jestem złym człowiekiem, bo kreowałam w głowie wizje, że ktoś z moich najbliższych ginie, a ja muszę sobie poradzić w tym świecie bez niego? Tak, jestem złym człowiekiem. Ale najgorsze w tym wszystkim wcale nie jest posiadanie świadomości, że nie jesteśmy dobrzy. Najgorsza jest świadomość, że to wszystko ma się nijak do realnego świata. Bo to boli dużo bardziej. To boli tak, że nie da się oddychać.
Łukasz ścisnął moją dłoń, chcąc pokazać, że doskonale mnie rozumie i uśmiechnął się z grymasem na twarzy. Nie pokazywał swoich uczuć, ale wiedziałam, że to tylko kwestia czasu. Każdy kiedyś musi wyjść ze swojej perfekcyjnej roli, zdjąć maski i pokazać prawdziwe oblicze. To tylko kwestia czasu.
-Jesteśmy w domu.
Zdezorientowana spojrzałam przed siebie i zrozumiałam, że rzeczywiście znajdowaliśmy się na podjeździe tuż przed znajomym budynkiem. Nie zauważyłam, kiedy zaparkowaliśmy. Byliśmy w domu. W domu.

3 komentarze:

  1. wczorajszy wieczór taki piekny i alkopiękny, a ja się prawie poryczałam jak to czytałam. Zdania nie zmieniam i namawiam nadal - proszę publikowac bo jest najpiękniej ever <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Winiar dawno nie zarobił cegłą między oczy.

    OdpowiedzUsuń