[rozdział dziewiąty - trwać dopóki]
Siedziałam na krześle przy stole kuchennym, przeżuwałam kawałek jajecznicy z szynką i pieczarkami i patrzyłam z niezrozumieniem na Łukasza, który z dezorientacją skanował całe pomieszczenie i co jakiś czas przerzucał wzrok na korytarz. Wiedziałam, że zjawi się u mnie prędzej czy później tamtego dnia, czułam to całą sobą, ale skąd mogłam wiedzieć, że zmieni się w rannego ptaszka i kilka minut po ósmej rano minie się na klatce schodowej z siatkarzem Skry? Nie mogłam. Po prostu nie mogłam tego przewidzieć.
-Widujecie się? - Westchnął z
przerażeniem i spięty czekał aż udzielę odpowiedzi na zadane pytanie. Uniosłam
ze zdziwieniem brwi i nieprzerwanie jedząc wciąż ciepłe śniadanie, próbowałam
zrozumieć o co tak właściwie mu chodzi. Łukasz miał problem, ewidentnie. Był
zdenerwowany, może trochę wkurzony, miał mnóstwo pytań i sprawiał wrażenie
człowieka, który stracił kontrolę nad otoczeniem. Momentami przypominał
wariata, ale tę opcję szybko wyrzuciłam ze swoich myśli. Najzwyczajniej w
świecie gość być zdezorientowany. Nie istniało lepsze wytłumaczenie jego
postawy.
-Pracujemy razem. To jasne, że się
widujemy. - Położyłam nacisk na ostatnie słowo i posłałam Łukaszowi wymuszony
uśmiech. Tak, chciałam go wkurzyć. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale chciałam
patrzeć jak z jego uszu dymi para, a nozdrza zabawnie się zwężają. To sprawiało
mi satysfakcje.
-Wiesz, że nie o to mi chodzi. -
Wyrecytował przez zaciśnięte zęby. - Sypiacie ze sobą?
Łukasz zawsze miał tendencje do
bywania zdecydowanie zbyt nadopiekuńczym bratem. Zdecydowanie. Co było cholerną
ironią, biorąc pod uwagę, że sam był dużym dzieckiem, którego powinno się
pilnować dwadzieścia cztery godziny na dobę. Rozumiałam doskonale, że chciał
dla mnie jak najlepiej i zwykł troszczyć się o moje dobro, ale czasami zdecydowanie
za bardzo wtrącał się w nie swoje sprawy. Momentami nie potrafił pojąć, że
każdy człowiek żyje własnym życiem i nikt nie jest w stanie zrobić tego za
niego. Nie może wymusić swoją postawą czy decyzjami drogi, którą podążać będzie
ktoś inny. Przynajmniej nie powinien. Wiecie, wolna wola czy coś w tym stylu.
Łukasz miał skłonności do bycia
przysłowiowym starszym bratem. Przez pół życia musiałem znosić jego humorki, bo
Dawid z 5c był zbyt chudy, Krystian z 3g chciał dobrać mi się do majtek, a Adam
z technikum na pewno chciał mnie wykorzystać i porzucić. Oczywiście nigdy nie
miał w planach zniszczyć mojej pewności siebie i wmówić, że każdy facet uważa
mnie za nic nie wartą i pustą lalkę, jednak nie potrafił uwierzyć, że ktoś może
mieć w stosunku do mnie dobre intencje. I zawsze, ale to zawsze przejmował się
moim życiem uczuciowym zdecydowanie bardziej ode mnie.
-Oczywiście, że tak! - Krzyknął,
unosząc ręce, którymi następnie uderzył w blat. Wzdrygnęłam się. - Michał
żadnej nie przepuści. - Dorzucił z ironią.
Wkurzyłam się.
-Możesz przestać? Czy możesz
przestać próbować przeżyć moje życie za mnie? Potrafię podejmować rozsądne i
mądre decyzje, okej? Tak, przespałam się z nim. Dzisiaj. Ale to ja
wykorzystałam jego. Rozumiesz? To ja zaciągnęłam go do łóżka. Nie on mnie.
-Jesteś tego pewna?
-Co? - Szepnęłam i spojrzałam na
niego jak na kosmitę. Czy mogłam nie być pewna tego, że kilka godzin wcześniej
zaproponowałam Michałowi powtórzenie nocy, którą spędziliśmy razem w mieszkaniu
Łukasza? Tak, wypowiedziałam te słowa. Nie miałam co do tego żadnych
wątpliwości. Jednak Kadziewicz chciał zasiać w mojej głowie mętlik i skutecznie
mu to wychodziło. No bo przecież to Winiarski pierwszy wspomniał o tamtym
wydarzeniu. Dlaczego? Może taki właśnie był jego plan - przypomnieć przeszłość
i liczyć na to, że wyskoczę z propozycją powtórki, naiwnie wierząc, że to ja
wszystko zainicjowałam; że to ja chciałam seksu. Może tak naprawdę chciał
zbudować moje przekonanie o tym, że panuje nad wszystkim co się dzieje i mam
pełną kontrolę nad swoim życiem, że tylko ja podejmuje w nim każdą pojedynczą
decyzje. Przestrzegam swoich zasad.
Jaką mogłam mieć pewność, że Michał
nie był manipulatorem? Że wcale nie zaplanował sobie tego wszystkiego już
wcześniej i został na noc tylko po to by osiągnąć swój cel? Mam swoje
zasady, Kornelio. I kieruje się nimi w każdym momencie swojego życia. A
co jeżeli właśnie takie były jego zasady? Wykorzystywanie ludzi i bawienie się
nimi do tego stopnia, że zaczynają wierzyć, że tylko oni winni są swojej
ostatecznej porażki? Przecież to śmieszne. Potrząsnęłam głową, próbując
wyrzucić z głowy swoją wcześniejszą dedukcje. Musiałam być po prostu
ostrożniejsza i wyczulona na każdy ruch Winiarskiego. Nie zarzucać mu od razu
tych złych intencji tylko po prostu obserwować. Byłam wybitna w rozpracowywaniu
ludzkiej psychiki. Potrzebowałam jedynie skupienia. - Tak, jestem tego
pewna. Dlaczego denerwuje cię to, że przespałam się z twoim przyjacielem? Nie
powinno być na odwrót?
-Bo chcę dla ciebie jak najlepiej. A
Michał manipuluje kobietami, sprawia mu przyjemność patrzenie jak je niszczy.
Nie chcę być trafiła na konto jego zasług. Nie pozwolę na to.
-Więc dlaczego nie ostrzegłeś mnie
przed nim wcześniej? - Zmarszczyłam czoło, udając zdziwienie i niezrozumienie i
uważnie obserwowałam jego reakcje. - Wtedy, w kuchni? Wiedziałeś, że będzie
grał w Bełchatowie. Wiedziałeś, że będziemy pracować w jednym klubie. Dlaczego
nie powiedziałeś mi tego wcześniej?
Te myśli nie dawały mi spokoju.
Dlaczego ostrzegał mnie przed swoim przyjacielem o dwa miesiące później niż
powinien to robić. Przecież przez ten czas mogło wydarzyć się dosłownie
wszystko - mogłam się zakochać, zabić z powodu nieodwzajemnionej miłości,
zrujnować swoją karierę. Mogło wydarzyć się wszystko. Wszystko. A on jakby za machnięciem
czarodziejskiej różdżki na sześćdziesiąt jeden dni niespodziewanie zapomniał o
swojej nadopiekuńczej naturze.
-Nie rozumiem dlaczego zachowałeś
się tak, a nie inaczej, ale puszczę to w niepamięć. Kiedyś się tego dowiem. Mam
nadzieje, że nie będziesz tego żałować.
Urwałam kontakt wzrokowy z bratem i
odłożyłam brudne naczynia do zlewu. Zagryzłam delikatnie wargę i wpatrywałam
się w swoje dzieło, nieprzerwanie analizując ostatnie wydarzenia. Coś
ewidentnie w zachowaniu starszego z rodzeństwa Kadziewiczów mi nie pasowało.
Czułam jakąś zadrę na duszy, chociaż nie potrafiłam jednoznacznie określić o co
tak właściwie chodziło. Musiałam go obserwować. Uważnie siedzieć każdy jego
ruch. Zamierzałam zacząć od razu. Póki miałam taką możliwość.
/
Cztery godziny później siedziałam na
przednim siedzeniu w łukaszowym samochodzie i próbowałam złapać oddech oraz
ostrość widzenia, co skutecznie uniemożliwiał mi wydobywający się z mojej
piersi szloch. Od dokładnie dwustu czterdziestu minut na zmianę wyłam w niebogłosy
i dusiłam się, aby kilka sekund później popaść w nostalgię i milczeć zamknięta
w sobie przez dwadzieścia kilometrów. I tak w kółko. Jak w błędnym kole. I nie
miał znaczenia fakt, że powoli zaczynała mi pękać głowa. Łzy leciały dalej,
tabletki nie zaczynały działać, a przerażony i roztrzęsiony Łukasz zjeżdżał na
pobocze przy jakiejś leśnej drodze i patrzył na mnie z bólem w oczach.
Nie wypowiadaliśmy żadnych zdań
odkąd tylko znaleźliśmy się w aucie i ruszyliśmy we wspólną podróż do Olsztyna.
Cisza wewnątrz była nie do zniesienia, ale żadne z nas nie potrafiło znaleźć
odpowiednich słów, które mogłyby posłużyć za komentarz do sytuacji, w której
się znaleźliśmy. Z perspektywy czasu już wiem, że po prostu takowe nie
istniały. Jechaliśmy w ciszy, która co jakoś czas przerywana zostawała przez
dźwięk naszych pękających serc. Ból, który je rozrywał, można było dostrzec z
odległości kilometra. Nie kontaktowaliśmy się ze sobą, ale nasze ciała z
pewnością wypełniały te same uczucia, a umysły zalewały identyczne myśli.
Obydwoje cierpieliśmy. Jechaliśmy do
miasta, w którym dorastaliśmy, przeżywaliśmy pierwsze porażki, zdzieraliśmy
kolana i uczyliśmy się żyć i rozpoznawać otaczający nas świat. Znajdowaliśmy
swoje pasje, szlifowaliśmy swoje talenty i z determinacją walczyliśmy o swoją
przyszłość. Ale przede wszystkim zawieraliśmy tam pierwsze znajomości;
poznawaliśmy najlepszych przyjaciół, z którymi w przyszłości mieliśmy podążać
ramię w ramię przez życie.
Felicjan Makarski jednak w
połowie tej podróży się zatrzymał. Wypadł z karuzeli, która nigdy nie
przestawała się kręcić i już nigdy nie miał na nią powrócić. Już nigdy nie miał
się kręcić, śmiać czy po prostu stać i biernie przyglądać się rzeczywistości.
Felek po prostu umarł. Odszedł. Nie żył. A ja mogłam jedynie zadawać sobie
pytania jak to się stało, że straciłam najlepszego przyjaciela w czasach, gdy w
żadnym sklepie nie mogłam kupić zmieniacza czasu, by cofnąć te wszystkie złe
wydarzenia.
Ta wiadomość z pewnością do mnie nie
docierała. Wyrzuciłam ją ze świadomości w momencie, gdy poprzedniego wieczora Michał
nakrzyczał na mnie bym się uspokoiła i traktowałam jedynie jako podły żart aż
do momentu, gdy Łukasz boleśnie uświadomił mi, że się mylę. To była prawda. On
nie żył. Nikt nie opowiadał tego typu kawałów. Nikt nie miał tak fatalnego
poczucia humoru. On nie żył.
Wydawać by się mogło, że na
przestrzeni lat więzi dziecięcej przyjaźni tracą na sile i wartości, jednak
mimo upływu czasu czy odległości, która nas dzieli, ja zawsze uważałam go za
swojego przyjaciela. Może nie rozmawialiśmy codziennie – czasami odzywaliśmy
się do siebie raz na miesiąc, innymi razy co pół roku wysyłaliśmy sobie jedno
zdjęcie, ale świadomość, że ta druga osoba, której możemy powierzyć pół świata
gdzieś tam jest, dodawała odwagi i wiary. Dawała poczucie, że nie jesteśmy sami
na tym świecie. I nagle to wszystko znika. Nagle tego nie ma. Nagle jedziesz na
pogrzeb swojego przyjaciela, a w drodze do rodzinnego miasta tracisz oddech.
-Za chwilę będziemy na miejscu. –
Ciszę przerwał cichy, ale wciąż pocieszający głos Łukasza. Na sam jego dźwięk
przymknęłam powieki. Nie potrafiłam zrozumieć jakim cudem znajdował w sobie
siłę, by prowadzić samochód, trzymać emocje na wodzy i jednocześnie mnie
pocieszać, ale naprawdę go podziwiałam. Ja już dawno wjechałabym w pierwsze
lepsze drzewo. – Musisz tylko jeszcze chwilę wytrzymać.
-Nigdy nie brałam pod uwagę opcji,
że to nas spotka. – Szepnęłam, gdy ponownie włączyliśmy się do ruchu. Kilka
minut później zaczęliśmy mijać pierwsze budynki, znajdujące się w stolicy
warmińsko-mazurskiego. Łukasz milczał. Między nami od zawsze istniała niepisana
zasada, że gdy zaczynaliśmy wylewać swoje żale, to drugie nam w tym nie
przeszkadzało. Byliśmy specyficzni. Dawaliśmy sobie tylko jedną szansę na
zwierzenia i żadne z nas nigdy nie próbowało tych chwil sobie nawzajem
przerywać. Jakby wypowiedzenie tych samych słów dwa razy bolało. Jakbyśmy mieli
zostać za to skazani na śmierć. Byliśmy pokręceni. Na swój własny sposób. – Na
świecie jest tyle zła… Wypadki zdarzają się codziennie… A ludzie wciąż uważają,
że ich to nie dotyczy, że są bezpieczni. Ja tak myślałam. Tysiące razy
wyobrażałam sobie czarne scenariusze, ale nigdy nie brałam pod uwagę opcji, że
to może mieć jakiekolwiek odzwierciedlenie w rzeczywistości. Czy jestem złym człowiekiem,
bo kreowałam w głowie wizje, że ktoś z moich najbliższych ginie, a ja muszę
sobie poradzić w tym świecie bez niego? Tak, jestem złym człowiekiem. Ale
najgorsze w tym wszystkim wcale nie jest posiadanie świadomości, że nie
jesteśmy dobrzy. Najgorsza jest świadomość, że to wszystko ma się nijak do
realnego świata. Bo to boli dużo bardziej. To boli tak, że nie da się oddychać.
Łukasz ścisnął moją dłoń, chcąc
pokazać, że doskonale mnie rozumie i uśmiechnął się z grymasem na twarzy. Nie
pokazywał swoich uczuć, ale wiedziałam, że to tylko kwestia czasu. Każdy kiedyś
musi wyjść ze swojej perfekcyjnej roli, zdjąć maski i pokazać prawdziwe
oblicze. To tylko kwestia czasu.
-Jesteśmy w domu.
Zdezorientowana spojrzałam przed
siebie i zrozumiałam, że rzeczywiście znajdowaliśmy się na podjeździe tuż przed
znajomym budynkiem. Nie zauważyłam, kiedy zaparkowaliśmy. Byliśmy w domu. W domu.
wczorajszy wieczór taki piekny i alkopiękny, a ja się prawie poryczałam jak to czytałam. Zdania nie zmieniam i namawiam nadal - proszę publikowac bo jest najpiękniej ever <3
OdpowiedzUsuńWiniar dawno nie zarobił cegłą między oczy.
OdpowiedzUsuń<3
OdpowiedzUsuń