[rozdział pierwszy - to co nadejdzie]
Mogłabym się założyć o całe szczęście
jakie spotkało mnie w życiu, że nie ma na tym świecie człowieka, który
chociażby jednej decyzji nie podjął pod wpływem chwili. Nie analizował
konsekwencji jakie ze sobą przyniesie, nie brał pod uwagę plusów i minusów, ale
po prostu zdecydował i pokornie czekał, co wydarzy się później. Jutro.
Następnego dnia. Kiedyś. Po prostu czekał i poddawał się chwili. Nie ma.
Ja dokonałam tysiące takich wyborów.
Jedne były lepsze, drugie gorsze, ale z każdego starałam się wyciągnąć jakąś
naukę i każdy akceptowałam. Czasami wyzywałam się za nie w myślach, innym razem
uśmiechałam z radością i patrzyłam w piękną i lepszą przyszłość. Wiele razy
zastanawiałam się co by było gdyby, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym
chociaż raz zachowała się nieco bardziej rozważnie. Co by było gdybym pierwsze
piwo wypiła trochę później, gdybym nigdy nie zapaliła pierwszego papierosa,
nigdy nie skręciła żadnego blanta, nie mówiłabym co ślina przyniesie mi na
język? Czy gdybym chociaż kilka razy powstrzymała swoje myśli i nie pozwoliła
słowom przejść przez moje gardło tak swobodnie, zachowałabym więcej znajomości,
miała lepszy kontakt z rodzicami? Co by było gdybym wyśniła sobie inny plan
dotyczący mojego życia? Gdyby inne rzeczy mnie inspirowały, gdybym była chociaż
troszkę rozważniejsza?
Co i gdyby to dwa nic nie znaczące
słowa, ale jeżeli je połączymy mogą męczyć latami. Mogą zatruwać nasze życie w
każdej sekundzie jego trwania i nie pozwalać ruszyć nam do przodu. Sprawiają,
że wygląda ono zupełnie inaczej. Po prostu jest inne – mamy inne priorytety,
odmiennie patrzymy na świat. Nic nie jest takie samo.
Bo właściwie, co by było gdyby nasze
wargi tamtego wieczoru się nie połączyły, a spojrzenia nigdy nie spotkały?
/
Łukasz wrócił do Polski i koniecznie
chciał kolejny już raz z rzędu uczcić sukces, jaki odniósł z reprezentacją na
Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie. Alkohol lał się strumieniami, a wieża grała
na full najnowsze hity Linkin Park. W salonie jego dość dużego mieszkania w
Żorach goście grali w pijanego ping ponga, przekrzykiwali się, śpiewając teksty
piosenek i ruszali w nieokreślonych rytmach, które prawdopodobnie miały
przypominać taniec.
Nagle ktoś wypchnął najniższego z
imprezowiczów z tłumu i krzyknął: „Tańczysz
jak pijana żmija.” Wszyscy wybuchnęli śmiechem i wstrzymali oddech,
czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
-Jak chcesz zobaczyć pijaną żmije, to
stań przed lustrem i zakręć się trzy razy. – Odburknął poszkodowany i przybił
piątkę z facetem, który porównał go do węża.
Impreza toczyła się dalej, minuty
mijały, jedno krzesło wylądowało za oknem, ale całe spotkanie wciąż stało na
bardzo wysokim poziomie pod względem kultury, a sąsiedzi przyzwyczajeni do
cyklicznych spotkać na metrze kwadratowym u słynnego Kadziewicza, nie
reagowali. Każdy przecież chociaż raz w roku może urządzić jakąś huczną
imprezę, która nie skończy się interwencją policji, ponieważ miły pan z
naprzeciwka ma darmowe na komisariat.
Stałam z boku i obserwowałam, głęboko
żałując, że akurat tamtego dnia postanowiłam wesprzeć Łukasza i pocieszyć po
najdotkliwszej porażce w życiu. Wiedziałam, że nie będzie siedział i opłakiwał
przegranej, bo jego natura najzwyczajniej w świecie mu tego zabraniała, ale
miałam również nadzieje, że nie postanowi wykupić wszystkich butelek wódki w
promieniu kilometra, nie zaprosi połowy siatkarzy w tym kraju i nie zabierze
kluczyków do mojego samochodu, żeby przetrzymać mnie w tym miejscu. Sytuacja
wyglądała podle. Ale drink w dłoni smakował wybornie.
Przez całe życie nie potrafiłam
zrozumieć dlaczego faceci uważają, że kobiety są dobre w kwestii pocieszania,
doradzania czy wspierania. Ja osobiście byłam w tym po prostu kiepska. Kiedy
moja przyjaciółka przyszła do mnie zapłakana, tłumacząc, że teraz wszystko się zmieni,
stałam skrępowana i delikatnie klepałam ją w ramię, powtarzając, że na pewno
będzie lepiej. Z pewnością. A niby skąd mogłam to wiedzieć? Gdyby ktoś
zareagował tak na mój mały kryzys egzystencjalny, to prawdopodobnie zostałby
wyproszony z pomieszczenia i zamierzony groźnym wzrokiem. Ale się postarałeś, naprawdę. Dlatego nigdy nie zrozumiem w jakim
celu ludzie pakują wszystkich do jednego worka i naklejają im karteczkę z
napisem: „Jesteś facetem i masz depresję?
Odezwij się do najbliższej kobiety w odległości trzech metrów.”. Krzysztof
Ignaczak wybrał tamtego dnia akurat mnie.
-Nelka, Neleczka, ty mojaaa.. To był
taki waaaaażny turniej, tak nam na tym zależałooo.. – Wydusił z siebie dość
sprawie posługując się polszczyzną, mimo upojenia alkoholowego, w którym się
znajdował. – Ale nie, Raul postanowił inaczej. A mówiliśmy, że z tego nic nie
będzie? Mówiliśmy. – Kontynuował wymachując prawą ręką, którą zdążył uderzyć
już trzy osoby. Lewą nie mógł, ponieważ zawiesił ją na moim ramieniu. Bo
przecież ważył tylko jakieś sto kilo. Co
to dla mnie?
-Krzysiu, o czym ty mówisz?
-No bo Plina powiedział, że skoro w dwa
tysiące szóstym trenowaliśmy dwie i pół godziny dziennie i zdobyliśmy srebro,
to teraz trzeba trzy i będzie złoto. A Raul to podłapał. – Wyjęczał i stęknął.
– Zrujnować taką okazję!
Krzysztof uderzył głową o blat kuchenny
i zachrapał trzy razy. Daniel Pliński i Grzesiu Szymański wyciągnęli z szuflady
ze sztućcami marker, który nie zmyje się
do przyszłego tygodnia, choćby drapał drucianką i zaczęli malować na jego
twarzy historie, którą tylko oni mogli zrozumieć. Westchnęłam zrezygnowana,
oceniając, że jestem zdecydowanie zbyt trzeźwa, żeby śmieszyły mnie tego typu
zagrywki i napełniłam swój kubek wódką z sokiem pomarańczowym, którego szczerze
nienawidziłam. Znajdowałam się wśród bandy dzieciaków, którzy zapijali porażkę
i smutki w alkoholu i nijak nie mogłam stamtąd uciec. Ten wieczór zapowiadał
się naprawdę beznadziejnie.
-Jak się tu znalazłaś? – Dobiegł mnie
głos zza pleców. Odwróciłam się i posłałam nieznajomemu zdziwione spojrzenie,
próbując udawać jednocześnie, że jego widok nie wywołał we mnie żadnych
dziwnych odruchów ciała, przyśpieszonych reakcji czy kompleksów, że ludzie tak
perfekcyjni istnieją. Wychwycił mój wzrok i robiąc drinka złożonego z pepsi i
whisky, pośpieszył mi z tłumaczeniami. – Imprezy Kadzia odwiedza tylko jeden
typ kobiet, a ty zdecydowanie do niego należysz. Jeżeli wiesz co mam na myśli.
Wiedziałam. Ale to nie było ważne. Miał
najpiękniejszy uśmiech pod słońcem – szczery, ale też zadziorny, co potęgowało
wrażenie, które mógł wywoływać i z pewnością z premedytacją wywoływał na
kobietach, tego byłam pewna. Wbrew własnej woli kąciki moich warg wykrzywiły
się w półuśmiechu, a ja zamroczona procentami (absolutnie nie mam pojęcia kiedy
to się wydarzyło), błyskotliwie stwierdziłam:
-Nie jestem prostytutką.
-Dokładnie to miałem na myśli.
Odetchnęłam z ulgą i automatycznie
skrytykowałam się w myślach za tę reakcję. Nie chciałam dawać mu kolejnych
argumentów, którymi mógł poprzeć tezę, że podczas naszego pierwszego i
bezsprzecznie ostatniego spotkania, nie grzeszyłam inteligencją, kiedy na tacy
miałam do zaprezentowania dziesiątki powodów, żeby ta rozmowa nigdy się nie
kończyła. Musiałam po prostu troszeczkę się ogarnąć i zacząć myśleć. Myśl, Kornelia.
-Michał. – Wyciągnął w moim kierunku
dłoń, którą mocno uścisnęłam.
-Kornelia.
Michał usiadł obok mnie i zaczął bawić
się szklanką, z której co jakiś czas upijał łyka swojego magicznego napoju.
Przed naszymi oczami średnio co pięć minut przebiegał już ledwo trzymający się
na nogach Łukasz i zachęcał gości do dalszej zabawy, ponieważ wciąż było
zdecydowanie za wcześnie, żeby wyprosić ich z mieszkania. To niesamowite, ale
miałam wrażenie, że człowiek, który siedział ze mną ramię w ramię, towarzyszył
mi przez całe życie; znał na wylot; ratował ze wszystkich opresji, których
doświadczyłam. Śmialiśmy się z tych samych żartów, milczeliśmy, kiedy sytuacja
nie wymagała żadnego komentarza. Jakbyśmy średnio co tydzień spotykali się
razem na kawce i rozważali tysiące tematów, które nas łączyły. Mimo że
kompletnie się nie znaliśmy.
-Orientujesz się jakoś w sporcie? –
Zapytał, kiedy Łukasz kolejny już raz krzyknął, że sport to gówno, przybił
piątkę Siezieniewskiemu i wybiegł na korytarz bez butów. Ta porażka naprawdę
nie dawała mu spokoju i nikt w żaden sposób nie potrafił go powstrzymać przed
robieniem kolejnych kompromitujących rzeczy w swoim życiu. Właściwie nikt nie
chciał go powstrzymywać. Niebieskooki wnikliwie mi się przyglądał, czekając na
odpowiedź.
-Jakoś.
-Łukasz czuje się winny tej porażki.
Uważa, że gdyby bardziej skupił się na siatkówce i podniósł chociaż dziesięć
kilo więcej w czasie przygotowań, zablokowałby tę piłkę. Ale tego nie wie nikt.
– Powiedział stanowczo i popatrzył na mnie w identyczny sposób. – Może tak po
prostu miało być. Może po prostu było nam pisane zostać drużyną, która nie
potrafi wygrać dwóch najważniejszych piłek w czteroleciu. Po przegranym
ćwierćfinale powiedział, że zagra za cztery lata w Londynie.
-Ze wygracie za cztery lata w Londynie.
– Dopowiedziała, naprawdę mocno wierząc, że tak się stanie. Jednocześnie chciałam
rozładować atmosferę. Chociaż na chwile. Nie wiedziałam co przyniesie jutro,
ale zawsze starałam się być optymistką, mimo że dokładnie zdawałam sobie sprawę
z tego, że ten szalony olbrzym może nie wytrzymać kolejnych czterech lat.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że rozciąga się przed nim pochyła droga w dół i
musi naprawdę mocno się zmobilizować, żeby odwrócić jej bieg. Trzymałam więc
kciuki i wierzyłam bez opamiętania, że mu się uda. Musiało mu się udać.
Popatrzyłam na Michała z pocieszającą
miną. Odwzajemnił gest. Wznieśliśmy kolejny toast, który miał być symbolem
lepszego jutra. Wódka nieprzyjemnie drażniła przełyk, organizm wyraźnie
sygnalizował, że na dziś koniec z alkoholem. Gdzieś pomiędzy jedną myślą a
drugą, poczułam ciepłą dłoń delikatnie odgarniającą pasma włosów z mojej
twarzy. A później usta. Gorące, smakujące colą i pistacjami, najbardziej
pociągające wargi na całym świecie.
Całowaliśmy się.
_______
Wiecie, bo to będzie takie właśnie luźne opowiadanko. Czasami się będą śmiać, czasami płakać - jak to w życiu momentami bywa. Trochę też się nad nimi poznęcam. Ale przede wszystkim mogę wam obiecać, że to już naprawdę ostatnia opublikowana przeze mnie historia z Michałem w roli głównej. Dlatego jeżeli chcecie wyruszyć z nami w tę ostatnią wspólną podróż, to zapraszam. Może być fajnie. Nie zawsze.
Dzisiaj nie powiem, ze przyjde wieczorem. Czasami czuje sie, jak facet, ktory wiele obiecuje, a malo robi. Mowi, ze sie zjawi a nie przychodzi. Dzisiaj przyszlam i zostalam.
OdpowiedzUsuńCiesze sie, ze jest Cie wiecej z nami. Ze masz czas i checi, a i pomysly sie rodza. Bo zaczelas tak naturalnie i lekko. Nie wymusilas, nie staralas sie napisac byleby napisac. Te czasy juz dawno za mna. ostatnio wymuszam kazde slowo, a pozniej je kasuje.
Pierwsza akapit to zlo. Zlo samo w sobie, bo gdybanie zabija. Zabija uczucia, checi i zycie. Bo moze zawsze bylo cos co moglibysmy zrobic lepiej. Tyle ze czas nie zawroci, a my sie nie przekonamy, bo w zyciu nie ma drugich szans, choc uporczywie w to wierzymy.
Nie dostanie jej Nela, nie dostanie Krzys, ani Michal, ani ja i Ty...
yummy
Stęskniłam się. Nawet nie masz pojęcia jak bardzo. Szczególnie, ze sama jestem właśnie a takim okresie, ze miałam nie mieć żadnych uczuć wyższych do płci przeciwnej, a potem poznałam jego i nagle mój mózg bez mojego udziału doszedł do wniosku, ze jak to mieliśmy nic nie czuć? Ale przecież on jest taki przystojny a w jego ramionach jest nam tak dobrze i odtąd jestem totalnie przegranym przypadkiem. Tym bardziej chętnie zagłębie się w tą historię.
OdpowiedzUsuń